Artykuł
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 53
CZĘŚĆ PIĘĆDZIESIĄTA TRZECIA
Gorzkie Podsumowanie Rezerwatów Polskich
Gorzkie Podsumowanie Rezerwatów Polskich
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

W Polsce panuje powszechne przekonanie – że właściwie nie ma żadnych oprócz marginalnych i cząstkowych elit intelektualnych, ponieważ większość wymordowano w czasie wojen i represji a reszta już dawno opuściła Polskę.
I po części jest to prawda, tyle że czas dwóch, trzech pokoleń jest wystarczająco długi aby dowolne elity skutecznie odbudować.
Aby to jednak skutecznie uczynić – musi istnieć ku temu sprzyjające środowisko, czyli na przykład autorytet nauki, doskonale zorganizowana edukacja, realne perspektywy rozwoju intelektualnego, międzynarodowa współpraca, promowanie wartościowych ludzi. Nic z tych rzeczy nie istnieje w Polsce w sensie performatywnym, czyli sprawczym.
Istnieje niby- autorytet, niby- współpraca i niby- promocja.
Miałem okazję – zaszczyt aktywnie nawet uczestniczyć w kilku salonach i warszawskich i krakowskich. One jednak zawsze funkcjonowały jak rezerwaty Indian we wrogim środowisku kolonizatorów proletariackich, chłopskich, endecko pieniackich i innych czysto politycznych. Bardzo rzadko szczepy te współpracowały czy nawet komunikowały się ze sobą – Apacze warszawscy nie tworzyli z Czejenami krakowskimi żadnych sieci współpracy czy think tanków. Ot istniały jako kluby towarzysko refleksyjne.
Na poziomie jednostkowym dawało to chwilowe ukojenie, że nie jest się samotnym i jest z kim porozmawiać na ważne tematy. Oprócz tego cenną rzeczą było to że można było poznać i zbudować świetne relacje – z wieloma wspaniałymi ludźmi, z czego namiętnie korzystałem. Tym niemniej nie przekładało się to wszystko na żadną siłę sprawczą ani rozwój edukacji ani budowanie autorytetu – i tak jest do dziś.
Teoretycznie powinien istnieć wpływ środowisk intelektualnych na cały parlament w postaci Senatu – ale w praktyce – senat jest marginalną izbą refleksji i niewiele znaczących martwym ciałem niemal wyłącznie prestiżowym.
Teoretycznie powinien istnieć Salon Salonów Intelektualistów Polskich – jako doskonale działająca sieć komunikacyjna do wymiany myśli i działań w skali międzynarodowej.
W rzeczywistości Apacze, Komancze, Czejenowie, Nawaho polscy są odrębnymi wyspami rezerwatów nie potrafiącymi ze sobą współpracować w żadnym zakresie.
Rolę takiego Salonu Salonów – powinien ustawowo pełnić PAN, Polska Akademia Nauk.
W rzeczywistości – pełni – ale oczywiście tylko Na Niby.
Trzeba pamiętać – że ogólna nazwa PAN – oznacza dwie odrębne rzeczy, podobnie jak
Kościół Katolicki. Z jednej strony mamy bezwzględną, biurokratyczną, martwą i uwsteczniającą Instytucję Kościoła – to odpowiednik Korporacji Centralnej PAN.
A z drugiej strony mamy kościół – jako żywą wspólnotę wiernych – to odpowiednik Jednostek Naukowych PAN, czyli Instytutów badawczych.
Środowisko PAN, podobnie jak Kościół Katolicki – działa jak na siłę zjednoczone rezerwaty Indian – które między sobą mocniej walczą niż z analfabetycznymi wrogami zewnętrznymi, czyli prymitywnymi kolonizatorami. Walczą o granty europejskie, walczą o uznanie, o budżety przydzielane niezależnie, o indywidualne kariery.
Nie można oczywiście generalizować – na tym smutnym firmamencie bezradności istnieją jednostki bardzo sprawne o uznaniu międzynarodowym – jak na przykład Instytut Fizyka PAN, Instytut Nenckiego, Instytuty Medyczne. Ale poza nimi rozciąga się gigantyczna równina pustyń.
Teoretycznie PAN- powinno być instytucją która promuje tak indywidualnych naukowców polskich jak poszczególne instytuty PAN - na całym świecie. Powinna być ich Ambasadorem Międzynarodowym – w rzeczywistości – jednak stała się rodzajem przytułku w rodzaju – Intelektualnego Domu Starców i Zagubionych sierot.
Stała się bardzo osobliwym, nieprzytomnie zbiurokratyzowanym połączniem Domu Starców i Sierocińca, jakby w rezerwacie wszyscy wojownicy dawno uciekli a pozostali tylko najstarsi i małe dzieci.
A oprócz tego już dawno nie liczą się na przykład realne umiejętności jeździeckie z których słynęli Komancze czy Czejenowie – a liczy się wyłącznie liczba przystrojonych piór na łbie i na ramionach, a to odpowiednik polskiej papierologii i ślepej wiary w dyplomy, licencje, tytuły naukowe.
Przepraszam za porównanie – ale to tak samo jakby w Kabarecie Moulen Rouge
oceniać tancerki nie po figurze i umiejętnościach tanecznych ale po liczbie piór tkwiących w tyłkach. Im ich zresztą więcej – tym bardziej ociężale baletnica będzie tańczyć.
Podobnie można się przystroić w dowolną liczbę piór na głowie i ramionach,
ale w żaden sposób nie spowoduje to, że wzorem orłów wzniesiemy się w przestworza.
PAN – stał się oprócz kilku sprawnie działających instytutów – podobnie jak Kościół oprócz paru charyzmatycznych i z prawdziwego zdarzenia księży – archaicznym
Muzeum Pamięci Nauki – PAN Polskie Archiwum Nauki, podobnie jak Kościół – Skansenem
Salon Salonów – nie tylko powinien łączyć sformalizowane Instytuty, ale również żywe centra rozproszonych rezerwatów, czyli pomniejszych współpracujących spontanicznych salonów. A nigdy nie łączył i nie łączy.
PAN jako ten hipotetyczny Meta Salon od lat przegrywa walkę – na wielu frontach.
Po pierwsze na froncie międzynarodowym – ma marginalne znacznie
Po drugie na froncie z politykami i polityką polską – dla której nie jest i nigdy nie był żadną wartością – a raczej kłopotliwym utrapieniem – które z powodzeniem zastępują propagandowe ekspertyzy polityczne.
Po trzecie – z Uniwersytetami – które coraz sprawniej konkurują o umysły indywidualne, budżety, granty i autorytety.
Po czwarte – na frontach wewnętrznych walk wzajemnych.
Tak czy owak – bywałem w różnych rezerwatach polskich i sam czułem się Apaczem lub Czejenem, tyle że bez jakichkolwiek piór w jakiejkolwiek części ciała.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com