Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 9

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA

Poznaję legendę późniejszego czasu…

#Piotr Tymochowicz#Jerzy Popiełuszko#wspomnienia#religia#katecheza#PRL#msze za ojczyznę

Poznaję legendę późniejszego czasu…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Ilustracja 1 z 2 do materiału „CZĘŚĆ DZIEWIĄTA Poznaję legendę późniejszego czasu…”

Bardzo długo zastanawiałem się, czy pominąć ten wątek zupełnie, czy też przeciwnie – być wiernym mojej zasadzie, że nie zataję niczego, co ważne w moim życiu. Właśnie po to, aby dać przykład samym sobą, że nie ważne, jakie zapłacimy koszty – Prawda jest najważniejsza. Przynajmniej w jej subiektywnym sensie.

Postawiłem na swoją Prawdę. Sądzę, że nie mógłbym uczynić inaczej. Dla mnie samego moje zwierzenia nie budowałyby żadnej wartości w przeciwnym razie. Więc zaryzykuję – opiszę swoje obserwacje na przekór polskiej usankcjonowanej świętości, wyznawanej bezkrytycznie tylko dlatego, że stała się przykładną ofiarą na wzór i zgodnie z paradygmatem polskiej martyrologii.

Kiedy odwiedzałem Polskę, mieszkając na stałe w Berlinie Zachodnim, nie tylko bywałem gościem i obserwatorem polskiej szkoły w czerwcu, gdy ja już miałem wakacje, ale z ciekawości odwiedzałem też plebanię, na której moi koledzy mieli zajęcia z katechezy.

Jako dziecko nie byłem przygotowany na to, aby w spokoju i w pełnej akceptacji wysłuchiwać katechetycznych nauczycieli. Zdaje się, że zachowywałem się niezwykle krnąbrnie i mało pokornie wobec prawd, które głosili. Może też trochę by zaimponować innym, może z mojej wewnętrznej potrzeby przekory…

A jednym z katechetycznych nauczycieli na ulicy Krasińskiego był właśnie ksiądz Jerzy Popiełuszko z kościoła Stanisława Kostki.

Pamiętam, że za moje dociekliwe lub złośliwe pytania – na przykład jak to możliwe, że Dobry Bóg jest dobry, skoro skazuje własnego syna na bezmiar cierpienia, tortur oraz finalnie na okrutną śmierć? Czy to naprawdę jest ponadczasowo Przykładny Ojciec?

Lub: jak może nas kochać ktoś, kto w razie braku bezmyślnej miłości i uwielbienia w stosunku do samego siebie skazuje nas na nieskończenie długi czas w cierpieniu w otchłaniach piekła?

Oraz rzecz, która pamiętam najbardziej mnie bulwersowała: Jak to możliwe, że nie życie człowieka, nie jego dobroć i uczynki wobec innych będą miarą zbawienia, ale niemal wyłącznie bezrefleksyjna wiara i szczerość skruchy, nawet jeśli ktoś wcześniej był okrutnym mordercą?

Pamiętam, że kilka razy katecheci wyrzucali mnie z zajęć. Ale gdy przychodziłem ponownie i akurat nauczał ksiądz Jerzy, pewnego dnia zareagował niespodziewanie inaczej. Po zajęciach podszedł i zaprosił mnie następnego dnia do przyjścia do kościoła Stanisława Kostki na indywidualną rozmowę.

Rozmawialiśmy, przechadzając się po sadzie na terenie plebanii, niczym starożytny filozof ze swoim uczniem. Ale to było tylko pierwsze wrażenie. W rzeczywistości ksiądz interesował się moim życiem zagranicznym i chyba miał na celu szybkie nawrócenie mnie. Mówił rzeczy sprzeczne z moim dotychczasowym doświadczeniem. Pamiętam jego frustrujące pouczenia, że jestem nikim, że dziecko ma być posłuszne – jeśli nie rodzicom bogobojnym, to księdzu, bo jest przedłużeniem samego Pana Boga. Mówił, że to nie moi rodzice są prawdziwymi moimi rodzicami, ale sam Bóg w Trójcy jedyny. W końcu namawiał mnie na nawrócenie pod swoim wpływem oraz przyjęcie nauk celem dopuszczenia do komunii świętej.

Nie tylko odmawiałem, ale starałem się logicznie, czy na tyle, na ile wtedy potrafiłem filozoficznie, stawiać opór i prezentować swoje stanowisko. Pamiętam, jak rosła frustracja księdza Jerzego, gdy widział swoje nadaremne działania. Ale mimo to spotykaliśmy się na takich prywatnych rozmowach kilka razy. Tym bardziej, że jak stwierdził ksiądz Jerzy, miałem zakaz bywania na zajęciach katechetycznych, póki nie spokornieję.

To wszystko wyglądałoby może bardzo niewinnie i wręcz dowartościowująco, gdyby nie moje wrażenia osobiste. A widziałem całkowity brak porozumienia intelektualnego, chęć wymuszenia na mnie pewnej swoistej dyscypliny, pokory.

Kilka razy zdarzyło mi się powiedzieć coś per ty do księdza, ale w moim pojęciu z normalnym, należnym szacunkiem. Pamiętam, jak agresywnie reagował, wręcz krzyczał na mnie z furią, jakiej nigdy nie poznałem od swoich najbliższych nawet. Nazywał mnie przy tym nieznośnym bękartem, który nie potrafi docenić, że taka dostojność jak sam ksiądz poświęca mu swój cenny czas.

Bardzo szybko spotkania te przestały być dla mnie przyjemne, ani nie stanowiły żadnej intelektualnej wartości. Wręcz przeciwnie – miałem wrażenie, że ksiądz zachowuje się nienormalnie.

Teraz towarzyszy mi uczucie przykrości, gdy o tym piszę, ponieważ zdecydowanie wolałbym wpisać się w wyznawaną legendę i tak jak pewnie większość by oczekiwała, z dumą wspominać refleksyjne, filozoficzne pogawędki z księdzem, który został świętym. Ale to byłoby kłamstwo. Może kłamstwo w szczytnym celu, ale jednak kłamstwo.

Jednak jakiś sentyment do księdza we mnie pozostał. Ponieważ tylko z racji na naszą wcześniejszą znajomość, bo przecież nie z powodu wiary, bywałem może kilkanaście razy na mszach za ojczyznę, jakie prowadził ksiądz Jerzy. Pamiętam jednak, że najczęściej miałem bardzo mieszane wrażenia i nigdy nie czułem poparcia dla sposobu, w jaki te msze prowadził.

Jako młody człowiek odbierałem je jako napełnione wielką falą goryczy pomieszanej z nienawiścią, z eskalacją agresji i chęcią dzielenia ludzi na dobrych, nieszczęśliwych i ich oprawców – komunistów, złych do szpiku kości, niczym pomiot samego diabła.

Nie było w tym ani spokoju, ani pokory, prawdziwej wiary, a tym bardziej nie było w tym nawet śladu nauk Chrystusa.

Ksiądz Jerzy traktował nagłośnioną ambonę jak scenę wiecową, na której występowali często agresywni działacze, aktorzy, opozycjoniści, czyli de facto politycy. Miałem momentami przygnębiające wrażenie, że nie jest to wszystko całkiem normalne. Wiecowe kazania przypominały bardziej szczucie na siebie niż religijne ukojenie i religijną pokorę. Cóż, nie wiedziałem wtedy, że to jeden z dogmatów charakterystycznych dla Polaków, by uprawiać rodzaj religii politycznej i że prawie nikogo to nie bulwersowało.

Niezależnie jednak, jaki miałem wtedy stosunek do księdza i niezależnie od tego, co i jak o nim myślałem – przeżyłem jego zamordowanie bardzo osobiście. Tak jakby zginął jednak ktoś mi bliski.

Ilustracja 2 z 2 do materiału „CZĘŚĆ DZIEWIĄTA Poznaję legendę późniejszego czasu…”

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Premium

Tu nie kończy się opowieść. Premium zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się wersja publiczna – wchodząc w szczegóły, historie i idee, których wcześniej nie było gdzie przeczytać.

Zaloguj się lub załóż konto, aby uzyskać dostęp do pełnego materiału.

Społeczność

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Czarek

Superrr wspomnienie. A Ksiadz Jerzy , fajnie bylo go poznac. Piotrze dziekuje za prawde.

Adam W.

Ja sam najbardziej kojarzę ks. Popiełuszko z ciągłym powracaniem do zasady: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”, które nie pochodzą z Ewangelii, lecz z Listu do Rzymian świętego Pawła. Stanowią one jednak podsumowanie nauczania Ewangelii i słów samego Jezusa o miłości nieprzyjaciół. To że zło przypisywał komunistom, broniąc praw zwykłych ludzi, nie było dla mnie zaskoczeniem. W mojej pracy w Instytucie otrzymałem w pewnym momencie propozycję od kierownika: powinien pan wstąpić do partii. Zapytałem dlaczego? No jak to, nie widzi pan? - zostanie pan nikim. Odpowiedziałem, muszę się zastanowić. Kilka dni później dostałem telefon ze Szwecji z ciekawą ofertą pracy i niedługo po tym wyemigrowałem.

Zaloguj się