Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 36
CZĘŚĆ TRZYDZIESTA SZÓSTA
Trudne decyzje życiowe i Świat Ciszy
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#język migowy#osoby niesłyszące#integracja#edukacja#Świat Ciszy#Instytut Głuchych#Warszawa#młodzież
Trudne decyzje życiowe i Świat Ciszy
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Moja oficjalna narzeczona Dorota wraca z rocznego pobytu w Londynie. Niby wszystko jest w porządku, przecież sporadycznie mieliśmy ze sobą kontakt. Odbieram ją z lotniska Okęcie. Wygląda pięknie – ale nie „jak zawsze", prezentuje się znacznie lepiej niż kiedykolwiek.
Powinienem być przeszczęśliwy – mając taką narzeczoną. I na swój sposób jestem – ale gdzieś w głębi duszy czuję, że to nie ten moment, w którym powinienem myśleć o małżeństwie i jakiejś stabilizacji. Jestem świadom, że ona dokładnie tego oczekuje. Nie mam pojęcia, jak jej powiedzieć, że czekałem na nią, nie zdradziłem jej, ale czuję, że mam najbardziej chłonny i płodny intelektualnie okres w życiu.
Mam prawie pewność, że nie będzie tego ani rozumieć, ani akceptować. Może gdybyśmy dali sobie więcej czasu… może…
Ale ona ma ze sobą piękną suknię ślubną, ma plany rodzinne, ma swoje marzenia, które przecież nie są ani mniejszej wagi, ani gorsze od moich. Czeka nas trudna rozmowa – a już zanim do niej dojdzie, czuję ogromne wyrzuty sumienia, że nie mogę jej dziś, teraz, dać tego wszystkiego, co pragnie, co razem wcześniej planowaliśmy.
Nie pamiętam dokładnie przebiegu tej rozmowy, ale utkwił mi w pamięci jej argument – pretensja, którą wyartykułowała dość dobitnie. Argument, że już ją wpędzam w tak zwane lata, bo już ma ponad dwadzieścia lat, i że jest w najlepszym czasie, by urodzić dziecko. Nie było początkowo mowy o rozstaniu. Raczej chciałem przesunąć termin ślubu, termin naszego ponownego wspólnego mieszkania. Wyobrażałem sobie, że jeszcze jeden rok lub najwyżej dwa będziemy spotykać się okazjonalnie.
Ale gdy padł argument o „wpędzaniu w lata", poczułem przytłaczające mnie brzmienie relacyjnej odpowiedzialności. A jeśli nic nam się po roku albo dwóch nie uda i jednak się rozstaniemy, to przecież powie – nie bez pewnej racji – że zmarnowałem jej życie.
Paradoksalnie może, ale naprawdę ją kochałem. Może minął etap motyli w brzuchu, ale była mi najbliższą osobą. I właśnie dlatego chciałem przede wszystkim, aby była szczęśliwa w życiu, a dopiero na drugim miejscu myślałem o nas jako parze.
Wiedzieliśmy, że nadszedł czas – nie tyle nagłego rozstania, ale powolnego oddalania się od siebie. Cóż, pamiętam, że nie było to łatwe. Pamiętam, że przeżywałem ogromne wewnętrzne rozterki, aż nadszedł ten moment, kiedy zaprzestaliśmy spotkań.
Mimo że była to może przeze mnie trochę wymuszona, ale po części i wspólna decyzja, nie było mi przez to łatwiej. Pamiętam, że odbierałem zanik relacji identycznie jak się odbiera okres żałoby po odejściu kogoś bardzo bliskiego. Zjawisko to wyjaśni mi niebawem moja własna teoria. Nie mieliśmy nigdy z Dorotą formalnego ślubu, ale związek z nią będę po latach wspominał tak, jakby to było jednak małżeństwo – a ona moją pierwszą żoną.
Rzucam się tym bardziej w wir pracy i staram się głównie myśleć o przyszłości. Czuję także wyraźnie, że rzeczywiście mam umiejętność błyskawicznego uczenia się.
Pewnego dnia, gdy zepsuł mi się samochód, jadę na zajęcia do szkoły autobusem i jestem świadkiem, jak młodzież niesłysząca rozmawia sobie w języku migowym i jak te kilka osób jest po chamsku przedrzeźnianych przez grupę wyrostków.
Interweniuję stanowczo – na tyle przynajmniej, że agresorzy wolą wysiąść na najbliższym przystanku niż kontynuować niebezpiecznie ewoluującą wymianę zdań ze mną. Niesłyszący dziękują mi, a ja staram się z nimi porozumieć. Nie było to takie trudne, bo okazało się, że świetnie czytają z ust i potrafią też mówić, co prawda niewyraźnie i gardłowo, bo przecież sami się nie słyszą.
Ale powiedzieli mi, że jest Instytut Głuchych na placu Trzech Krzyży w Warszawie i szkoła podstawowa, a nawet liceum dla głuchych przy ulicy Łuckiej w Warszawie. Zapamiętałem. Powiedzieli także, że właściwie wyłącznie przebywają tylko we własnym gronie – nie są powszechnie akceptowani.
Dało mi to wszystko do myślenia przez kilka tygodni. Pewnego dnia zrobiłem sobie wycieczkę na plac Trzech Krzyży i odwiedziłem ów Instytut. Rozmawiałem z kilkoma nauczycielami i rzeczywiście potwierdzili, że nie ma żadnych programów integracyjnych dla młodzieży, ale że mają kontakty za granicą i czasem podróżują.

Instytut Głuchych – plac Trzech Krzyży w Warszawie
Zastanowiło mnie to trochę. Bo co to znaczy, że nie ma oficjalnych programów integracyjnych? To co z tego, że nie ma? Należy je samemu stworzyć – jeśli instytucje nie są w stanie, albo przynajmniej wywierać presję, aby takie programy powstały. Rozumiałem jednak, że chodziło im raczej o coś innego – bardziej o budżet z tym związany, a nie jakiś konkretny program. Ludzie – w tym nauczyciele – często palcem w bucie nie kiwną, jeśli na coś z góry nie mają funduszy – to przecież jasne.
Pamiętam, że przyglądała mi się wtedy młoda, ładna nauczycielka. Rozpoczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że mamy bardzo podobne przemyślenia. Ona była dzieckiem rodziców niesłyszących, doskonale znała język migowy i nauczała dzieci. Zapytałem ją o jakieś materiały szkoleniowe. Wtedy takowych nie było, ale nagle, niespodziewanie, powiedziała mi, że bardzo chętnie może mnie nauczyć języka migowego.
Była to fantastyczna nauczycielka tego języka – Małgorzata Czajkowska. Początkowo myślałem, że pragnie po prostu dorobić sobie do pensji, ale później okazało się, że nigdy nie wzięła ode mnie żadnych pieniędzy.
Spotykaliśmy się bardzo często, a ja byłem coraz bardziej zafascynowany tak językiem migowym, jak i nią samą. Jednak czułem, że to zbyt wcześnie, aby związać się z kimś po tak świeżym rozstaniu z Dorotą, więc nic poważnego się między nami nie wydarzyło. A jak znacznie później mogłoby się wydarzyć – niestety było dla mnie za późno, związała się z kimś innym.
Jednak fascynacja językiem migowym – a właściwie dwiema jego odmianami: językiem migowym, tym którym niesłyszący rzeczywiście się posługują, i językiem miganym, czyli wersją z odmianami liter na końcówkach wyrazu – pochłonęła mnie całkowicie.
Poznałem i ćwiczyłem biegłość w obu wersjach. A w głowie miałem gotowy, innowacyjny plan. Miałem taki pomysł, aby właśnie zintegrować moją młodzież z liceum z młodzieżą niesłyszącą, ale w taki sposób, aby to nie był akt łaski wobec pokrzywdzonych niesłyszących, ale aby to było coś nobilitującego dla jednych i drugich.
Wymyśliłem sobie, że najpierw nauczę moją młodzież podstaw języka migowego, chociaż sam jeszcze byłem na etapie uczenia się, ale już znałem zasadę Jeana Piageta, że opanujemy coś znacznie lepiej, jeśli jednocześnie się czegoś uczymy i kogoś tego nauczamy – a potem dopiero połączę grupy słyszących z niesłyszącymi, czy w formie wspólnych pozalekcyjnych zajęć, czy w weekendy, może podczas wspólnych wycieczek.
Czyli chodziło mi o to, aby podwójnie odwrócić funkcjonujący paradygmat.
Po pierwsze – to nie głównie niesłyszący mają się dostosować do słyszących, ale odwrotnie – słyszący do niesłyszących.
Po drugie – mają się uczyć języka migowego tak, jakby to był pełnoprawny język obcy we własnym kraju. Ale mają się go uczyć dla siebie głównie, a nie by komuś sprawić przyjemność. Integracja miała być nie celem, ale naturalnym i pożądanym skutkiem takiego podejścia.
A po co komu język migowy?
Po pierwsze – to ułatwia koordynację ruchową całego ciała.
Po drugie – to tworzy elitarną umiejętność swobodnego rozmawiania tam, gdzie inni zamilkną. Na dyskotekach, na głośnych placach budowy, za szybami dźwiękoszczelnymi.
Po trzecie – skoordynowanie mówienia sobie czy powtarzania w pamięci z gestykulacją w języku migowym pozwala uczniom znacznie szybciej i skuteczniej uczyć się, szczególnie materiałów pamięciowych. Bo zapamiętane będzie nie tylko słowo, ale i ruch, czyli słowo w formie dynamicznej.
Po czwarte – można z tego stworzyć tajny kod porozumiewania się na klasówkach i kartkówkach. Żaden nauczyciel nie zna przecież języka migowego, więc niewiele będzie mógł zrobić, by interweniować.
Po piąte – uczniowie będą mogli między sobą swobodnie rozmawiać tak i wtedy, gdy nie będą chcieli, aby ktokolwiek ich rozumiał.
Po szóste – to wzbogaci ich świadomość, trochę tak jakby poznali nowy język obcy, a język migowy można opanować w kilka tygodni. Nie ma w takim razie konkurencji wśród innych języków obcych.
Po siódme – będą mogli jako jedyni skutecznie nawiązywać kontakty z niesłyszącymi.
Okazało się, że rozpętałem prawdziwe szaleństwo – modę na język migowy. Nie nauczałem go bezpłatnie, pobierałem za to pieniądze – nie tylko dla własnych potrzeb, ale wiedziałem, że uczniowie tym bardziej to docenią, jak będą płacić za ekstra popołudniowe lekcje.
Bardzo szybko moje nauki zbudziły sensację w całej szkole, a potem i poza nią. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu po zajęciach, a niezależnie ekstra w soboty przed południem. Dyrekcja chętnie wyraziła na to swoją zgodę.
Popularność moich zajęć rosła w postępie geometrycznym. W pewnym momencie miałem ponad 600 uczniów uczących się z nami i przybywało ich coraz więcej, również z innych szkół.
Pamiętam, że nauczyciele i dyrektorki nie potrafiły ogarnąć, co się tak naprawdę dzieje. Pamiętam, że kontaktowali się ze mną liczni rodzice moich uczniów, mówiąc mi, że nie poznają swoich dzieci i że gratulują mi pomysłowości i konsekwencji. Wielu z nich będzie mi później bardzo ofiarnie pomagać przy już rzeczywistej integracji.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com