Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 38
CZĘŚĆ TRZYDZIESTA ÓSMA
Uczniowie przerastający własnych rodziców i nauczycieli
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Teoria Q#edukacja#Liceum Eksperymentalne#integracja#młodzież niesłysząca#język migowy#nauczyciel#rodzice#uprzedzenia#szkoła#Świeradów#rozwój młodzieży
Uczniowie przerastający własnych rodziców i nauczycieli
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Nauczanie w Liceum Eksperymentalnym przestało być dla mnie tylko moim własnym poligonem doświadczalnym. Stało się pewną wyspą kreatywności i możliwości w wymiarze całego projektu. Razem z moją przyjaciółką, Lidką, stałem się współwychowawcą grupy uczniów. Zobowiązywało mnie to do tego, aby czasem wychodzić poza rolę nauczyciela fizyki i matematyki, w kierunku dzielenia się z uczniami sprawami bardzo życiowymi. Lidka była kilka lat starsza ode mnie. Czułem, że okazjonalnie się we mnie podkochiwała. Mimo to nigdy nie zostaliśmy parą, ale może właśnie dlatego do dziś wiąże nas bardzo silna więź zrozumienia i przyjaźni.
Uczniom starałem się zaszczepić mój sposób na życie. Byli też pierwszymi, którzy przyswajali fundamenty Teorii Q, właściwie nawet o tym nie wiedząc. Dopiero po latach, w prywatnych rozmowach z absolwentami, dowiem się, jak bardzo moja obecność wpłynęła na ich życie. Wielu z nich będzie mi dziękować za moje przekazy. Przyznam nieskromnie, że jest to dla mnie źródłem wielkiej radości i satysfakcji.
Oczywiście wymieniona szkoła nie była ideałem. Zdarzały się sytuacje, w których górę brały schematy systemowe i stare przyzwyczajenia, ale przynajmniej istniała szansa, by wyjść poza schemat, poza system, poza siermiężny PRL. Na własne oczy obserwowałem, jak uczniowie stawali się bardziej swobodnymi, rezolutnymi i twórczymi indywidualnościami, wyprzedzając często swoich rodziców o lata świetlne.
Pamiętam znamienne zdarzenie, które dobitnie to potwierdzało. Planowaliśmy wspólną wycieczkę z klasą w góry, ale namówiłem dyrekcję i grono pedagogiczne na wyjazd integracyjny z moją, znaną już grupą młodzieży niesłyszącej, w trybie, jaki wcześniej się sprawdził. Czyli na kilka miesięcy przed wyjazdem uczyłem swoich uczniów języka migowego.
Sam, prywatnie dla siebie, poznałem wcześniej język migowy w wersji niemieckiej (Die Gebärdensprache) oraz amerykańskiej (ASL – American Sign Language). Fascynowałem się i poznawałem równolegle GESTUNO – uniwersalny, międzynarodowy język migowy, coś w rodzaju esperanto języków migowych.
Na zebraniu z rodzicami, na które zresztą nie miałem czasu, ale zawsze dzielnie mnie reprezentowała Lidka, rozpętała się awantura.
Kilku rodziców złożyło protest, będąc oburzonych, że namówiłem szkołę, aby zabrać razem z ich „zdrowymi” dziećmi – dzieci, uwaga! – „nienormalne", jak je określili. Pytali, jakim prawem? Kto będzie odpowiadał za bezpieczeństwo?
Lidka zadzwoniła do mnie prosto z zebrania, zrozpaczona i roztrzęsiona. Wsiadłem w samochód i przyjechałem na to zebranie tak szybko, jak tylko potrafiłem. Byłem zbulwersowany i postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Skoro nie odpowiada im moja koncepcja, mogę od jutra przestać być nauczycielem ich dzieci. Ale dziś, teraz – postanowiłem wejść w rolę edukatora ich rodziców.
Powiedziałem im, że rzeczywiście istnieje potoczna kategoria kalectwa zwana „nienormalnością", ale nie dotyczy ona ułomności fizycznych, a wyłącznie umysłowych. Przecież ktoś, kto traci rękę, nogę czy fiuta, nie przestaje być człowiekiem z tym samym mózgiem i umysłem.
A poza tym – argumentowałem – utrata słuchu czy wzroku nie jest ułomnością ani intelektualną, ani psychiczną, ale fizyczną. To tak, jakby stracić czucie w kończynach dolnych. Jeśli myślicie inaczej, to miejcie odwagę jutro nagrać ze mną wywiad przed kamerą, w którym oświadczycie, że uważacie wszystkich ludzi bez ręki, nogi czy nerki za nienormalnych, godnych odtrącenia, a może nawet eliminacji. Tylko bardzo proszę, przedstawcie się wtedy z imienia i nazwiska oraz odważnie podajcie swój adres zamieszkania.
Istnieje natomiast bardzo niebezpieczna ułomność umysłowa, wykraczająca poza ścisłą klasyfikację medyczną. Jest to ułomność czystego debilizmu połączonego z pieniactwem i przekonaniem o własnej wyższości tylko dlatego, że ktoś nie ma jeszcze chorej prostaty, uszkodzonego odbytu czy nie musi nosić okularów.
Prawdziwe niebezpieczeństwo, moi Szanowni Rodzice, grozi Waszym dzieciom nie na wycieczce integracyjnej w górach, ale w waszych własnych domach. Prawdziwym zagrożeniem nie jest młody chłopak niesłyszący ani młoda dziewczyna z niedosłuchem, ale niedorozwinięty, czyli nienormalny rodzic. W jakiś podświadomy sposób – kontynuowałem – sami tacy rodzice to wyczuwają i dlatego szybko projektują swoją własną nienormalność na innych. W myśl zasady: to złodziej najgłośniej krzyczy „łapcie złodzieja".
Pamiętam, że nastąpiła kłopotliwa, długa cisza, jakby przed wielką burzą, ale za chwilę prawie wszyscy rodzice dali mi owacje na stojąco. Do tego kłopotliwego tematu nigdy już nie wracaliśmy. Uczniowie często zabierali swoich nowych, niesłyszących przyjaciół na różne wspólne wycieczki. Stało się to pewną kultywowaną tradycją.
Uczyłem w tej szkole dwa lata. Uczyłem nie tylko fizyki i matematyki, ale również samego życia.
Pewnej zimy, zgodnie z planem, wyjechaliśmy na szkołę zimową do Świeradowa. Szkoła zimowa narzucała połączenie jazdy na nartach z normalnymi zajęciami szkolnymi.
Pamiętam, że spóźniłem się jedną dobę, ponieważ miałem ważne nagranie w telewizji. Gdy przybyłem na miejsce, wszyscy byli w terenie na zajęciach sportowych. Natomiast przy recepcji stała zapłakana uczennica z innej klasy. Powiedziała mi, że dyrektor Lipszyc jest wściekła, że nie pojechała razem ze swoją klasą, ale dojechała także jedną dobę później, bo coś ją zatrzymało.
Próbowałem ją pocieszyć i zachęcić, aby spokojnie porozmawiała ze swoim wychowawcą albo panią dyrektor. Odpowiedziała, że odmówili jej rozmowy, że nie ma dla niej pokoju w hotelu i że nie wolno jej dołączyć do żadnej koleżanki. Mówiła, że nie wie, co zrobić, bo jest potwornie zmęczona po nieprzespanej nocy w podróży. Ponieważ właśnie odebrałem klucze do swojego pokoju, przekazałem jej je z radą, aby poszła się wyspać, a jutro zobaczymy, co dalej. Tak właśnie zrobiliśmy.
Ja sam, ponieważ nie chciało mi się szukać klasy po stokach narciarskich, pojechałem zwiedzić Świeradów, a potem tę pierwszą noc przenocowałem w jakimś domu gościnnym, by nie siać zamieszania.
Wróciłem do hotelu nad ranem, prosto na śniadanie. Jakież było moje zdziwienie, gdy wszyscy jak zaklęci milczeli, patrząc na mnie jak na jakieś zjawisko kosmiczne. Nikt nie odpowiedział na moje pozdrowienie.
Za moment dosiadła się do mnie Lidka i z wypiekami na twarzy zapytała, czy przyjechałem z Warszawy z jakąś Karoliną czy Kamilą – już nie pamiętam. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że przyjechałem sam, ale byłem rozbawiony jej pytaniem. Zapytałem, skąd takie podejrzenie, że przyjechałem z kimś obcym, i czy jest zazdrosna. Opowiedziała mi wtedy, że nad ranem wybuchła afera, ponieważ dziewczyna za karę miała nocować na krzesłach przy recepcji, a okazało się, że nocowała w moim pokoju. Natychmiast powstało domniemanie, że nie dość, iż spędziłem noc z jakąś obcą uczennicą, to jeszcze może przyjechałem razem z nią samochodem.
Nie będąc w pełni świadomym powagi sytuacji, powiedziałem zgodnie z prawdą, że po pierwsze przyjechałem sam, po drugie uczennicę zastałem załamaną i zmęczoną dopiero w hotelu, a po trzecie – sam nocowałem w pokoju gościnnym w Świeradowie. Na koniec zażartowałem, że ani nie wiem, kim jest ta uczennica, ani nie mam pojęcia, jak ma na imię, i nawet nie bardzo wiem, jak wygląda, bo nie przyglądałem się jej, dlatego nie wiem, do kogo się zwrócić po moje klucze.
Okazało się, że to dopiero był początek całego dramatu. Dyrektor Lipszyc szalała. Począwszy od zarzutów o złamanie zasad, po zignorowanie jej zakazu przydzielenia uczennicy pokoju. Argumentowałem, że każdy normalny człowiek pomógłby w takiej sytuacji nastoletniej, zmęczonej i zagubionej uczennicy. Nie widziałem w tym ani swojej winy, ani niczego nagannego. Moja wersja zdarzeń, jak się później okazało, w pełni pokrywała się z tym, co zeznawała uczennica.
Zwołano nawet specjalne posiedzenie, aby zdecydować, co ze mną zrobić: czy od razu mnie wyrzucić, czy dopiero po powrocie. Większość nauczycieli zagłosowała jednak za mną. Formalnie niczego mi nie zarzucono, ale stałem się królem oplotkowań na rekordową skalę.
Sam do sprawy nie wracałem, prowadziłem zajęcia zgodnie z planem, tylko uczniowie sami donosili mi, jakie sensacyjne plotki o mnie krążą.
Z tamtą dziewczyną, która spędziła w moim pokoju przynajmniej jedną noc, nigdy więcej się nie spotkałem. Zadzwoniła do mnie jednak po wielu latach i opowiedziała, jak po tym zdarzeniu szykanowano ją w szkole, jak była atakowana i nazywana „kurwą" – i to zarówno przez niektórych nauczycieli, jak i uczniów. Byłem wstrząśnięty jej przeżyciami, których przy największej nawet wyobraźni nie byłem w stanie przewidzieć.
Był to dla mnie wyraźny sygnał, że to jednak nie jest mój świat, że powinienem pójść dalej własną drogą, zamiast walczyć z wiatrakami uprzedzeń, domniemań, złości i podejrzliwości innych ludzi.
Po powrocie ze szkoły zimowej pracowałem tam jeszcze kilka miesięcy, by ostatecznie, mimo kolejnych namów pani Danuty Nakonecznej – twórczyni szkoły eksperymentalnej, która rozumiała sytuację i stała po mojej stronie – nie przedłużyć szkolnego kontraktu. Dzięki temu zyskałem więcej czasu dla siebie, choć będzie mi brakowało pracy dydaktycznej przez kilka lat, dopóki nie założę własnej firmy szkoleniowej.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com