Artykuł
Noc, w której runął mur
PIOTR TYMOCHOWICZ
Esej autobiograficzny • Berlin, 9 listopada 1989 roku

Tego dnia w redakcji panowała gorączka. Okazało się, że nie bardzo jest kogo wysłać do Berlina – a miała się odbyć ważna konferencja prasowa Güntera Schabowskiego, członka Politbiura SED i rzecznika rządu NRD w Berlinie Wschodnim.
Wtedy wydarzenia w NRD nabierały tempa: rząd Ericha Honeckera padł, a władzę objął Egon Krenz w roli energicznego, młodszego reformatora.
Politbiuro miało nadzieję, że szeroko zakrojonymi reformami da się jeszcze uratować i ustrój, i władzę, i przywileje. W NRD nie było atmosfery buntu ani jakiejś widocznej rebelii. Była chęć ucieczki na Zachód – i trwał wielki exodus emigracji, głównie młodych ludzi. Coraz więcej tworzono pociągów i przejazdów – określanych jako pociągi Wolności.
Dostałem propozycję, aby pojechać natychmiast do Berlina jako wysłannik „Gazety" razem z Jurkiem jako fotoreporterem. Była szansa, że jeszcze zdążymy. A poza tym mieliśmy zbadać „nastroje ulicy" w Berlinie.
Nie myśląc wiele, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę.
Przy wyjeździe samochodem z parkingu „Gazety" przeżyliśmy historię zabawną i straszną jednocześnie. Otóż w pewnym momencie zobaczyliśmy, jak z impetem cofa się w naszą stronę jakiś samochód osobowy – nie hamując. Zaczęliśmy na niego trąbić, bo nie było gdzie uciec. Zatrzymał się w ostatniej chwili. Wtedy wysiadła starsza pasażerka i zaczęła nas przepraszać za sytuację, mówiąc, że jej mąż dziś świeżo wyszedł ze szpitala i prawie nic nie widzi – i dlatego ta nieszczęsna sytuacja. A sama nie ma prawa jazdy.
Popatrzyliśmy wymownie na siebie.
Przez moment zastanawialiśmy się z Jurkiem, co zrobić – bo skoro facet nic nie widzi, a upiera się, by gdzieś jechać samochodem, może dla bezpieczeństwa innych warto by mu było zabrać kluczyki. Taka myśl przyszła do głowy nam obu, ale małżeństwo pospiesznie odjechało, a my nie mieliśmy czasu ich gonić.
Zapamiętałem to niepozorne zdarzenie, bo skojarzyło mi się z sytuacją w Niemczech Wschodnich. Tam było trochę podobnie – partyjni towarzysze próbowali ratować swój świat operacją, czyli reformami, będąc jednak ślepymi na to, co się dzieje wokół nich, zarówno w państwach sąsiednich, jak i w ZSRR. A może należało oddać kluczyki nie żonie, bez prawa jazdy, ale jednak niemieckiej opozycji.


Wyjazd do Berlina.
Na granicy ciągnęła się niekończąca kolejka samochodów osobowych, naprzemiennie z ciężarówkami. Wiodła do niej wtedy jednopasmowa, wąska droga. Gdybyśmy przyzwoicie stali w tej kolejce, musielibyśmy tam spędzić ponad dobę.
Na szczęście nasze legitymacje prasowe działały jak papiery dyplomatyczne – zwalniały nas z konieczności oczekiwania na swoją kolej. Tak było, jeśli chodzi o funkcjonariuszy granicznych – gorzej natomiast traktowali nas kolejkowicze, wściekli, że przeciskamy się poza kolejnością. Niektórzy specjalnie nas blokowali, zajeżdżając nam drogę.
Wtedy wysiadaliśmy i spokojnie tłumaczyliśmy, że jesteśmy dziennikarzami, że nie jedziemy prywatnie. To nie trafiało do nikogo. Ileż ja się nasłuchałem wtedy inwektyw, pomstowań, gróźb i złorzeczeń od rodaków.
Wjeżdżałem do Berlina z podobnym uczuciem, jak się wraca do domu po bardzo długiej tułaczce – do dziś mi tak pozostanie.
Byliśmy przed czasem, więc mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby się zainstalować w hotelu i spokojnie podjechać na Mohrenstraße 36/37 w Berlinie-Mitte, gdzie mieściło się wtedy Międzynarodowe Centrum Prasowe NRD. Było to, jak sama nazwa wskazuje, w samym sercu Berlina – jednocześnie nieopodal słynnego przejścia granicznego do Berlina Zachodniego, Checkpoint Charlie.
Było popołudnie w czwartek, 9 listopada 1989 roku. Ten dzień przejdzie do światowej historii, mimo że wcześniej nic podobnego się nie zapowiadało.
Planowana konferencja prasowa nowego rzecznika rządu nie była czymś nadzwyczajnym czy niespodziewanym. Schabowski regularnie prowadził tego typu konferencje, starając się pokazać otwartość informacyjną swojego rządu wobec publiczności i dziennikarzy międzynarodowych.
Była to regularna konferencja prasowa Politbiura, transmitowana na żywo przez telewizję NRD (Aktuelle Kamera). Wiele milionów Niemców śledziło ją przed telewizorami, ponieważ dotyczyła ich żywotnych spraw: wprowadzanych reform oraz zasad podróżowania.
Było bardzo tłoczno. Scenę otaczał cały las kamer, jupiterów, słychać było wokół wszystkie możliwe języki świata. Punktualnie – co do minuty, jak to od zawsze było w niemieckim zwyczaju – rozpoczęła się konferencja o 18.00, o ile dobrze pamiętam, czasu lokalnego. Nudna jak cholera – więc tłumaczyłem Jurkowi co dziesiąte zdanie.
Schabowski stawał na głowie, aby pozować na transparentnego polityka, reprezentującego rzekomo stabilny rząd odpowiadający na rzeczywiste potrzeby obywateli. Podkreślał swój koncyliacyjny stosunek do pociągów wolności i gwarantował ich pełne respektowanie.
Tuż przede mną przebił się pytaniem pewien dziennikarz – jak się później okazało, Riccardo Ehrman z włoskiej agencji ANSA, choć przez lata w pamięci zbiorowej utrwalił się jako przedstawiciel „Bilda" – z prośbą o wyjaśnienie, co nowego oznaczają nowe zasady wyjazdowe dla zwykłych obywateli.
Schabowski odczytał je starannie z kartki. Była to zapowiedź otwartego podróżowania dla obywateli niemieckich – jednak pierwotnie brzmiało to w żargonie partyjnym, jak zapowiedź, że partia przygotowała plan i będzie jeszcze nad nim pracować.
Wtedy padło pytanie o sprecyzowanie dokładnej daty – i tu Schabowski najprawdopodobniej zrozumiał je jako pytanie, od kiedy partia zacznie intensywnie przygotowywać w ramach zapowiadanych reform nowe plany wyjazdowe.
I w tym momencie wypowiedział z odpowiednią stanowczością i determinacją, wyuczoną na treningach partyjnych:
– „Das tritt nach meiner Kenntnis… sofort, unverzüglich ein."
(„Według mojej wiedzy… to od razu, niezwłocznie.")
Ale wbrew intencjom Schabowskiego zabrzmiało to tak, jakby swoboda wyjazdowa – również do krajów zachodnich – miała być zatwierdzona i wejść w życie natychmiast, performatywnie, wraz z jej ogłoszeniem na niniejszej konferencji prasowej.
Zabrzmiało to tak, jakby w ramach reform rzecznik rządu podzielił się z dziennikarzami tym, jaką niespodziankę zafundowano obywatelom niemieckim.
Na całej sali zawrzało. Podniósł się niesamowity szum, kiedy dziennikarze prześcigali się w tym, jak te wieści najszybciej przekazać jako rewelację roku swoim redakcjom.
Pamiętam rysujące się zamieszanie na twarzy Schabowskiego – który zdawał się nie rozumieć, co właśnie przed chwilą się wydarzyło.
Byłem pewien, że nastąpiło totalne nieporozumienie, które Schabowski lub jego ludzie za moment wyjaśnią. Ale zniknęli pospiesznie za kulisami sceny. Nie wrócili.
Wokół mnie dziennikarze powtarzali słowa: rewolucja, wolność, koniec izolacji – i odmieniali je we wszystkich przypadkach.
Konferencja uzyskała nowe życie po konferencji. Dziennikarze komentowali nową sytuację jeden przez drugiego. Zastanawiałem się, jak dość zachowawcze społeczeństwo niemieckie przyjęło tę zapowiedź i jak następnego dnia będą reagować i komentować dzisiejszą konferencję.
Postanowiłem, wzorem innych, napisać na ten temat krótki tekst, wysłać go faksem do redakcji i wyruszyć z Jurkiem na zasłużoną kolację, aby potem odwiedzić z nim moich znajomych i przyjaciół niemieckich w części wschodniej.


Konferencja prasowa Güntera Schabowskiego.
Po czasie około pół godziny, gdy wychodziliśmy z budynku w pochmurny, chłodny wieczór, poczułem coś dziwnego. Jakieś wielkie ożywienie na ulicy, gdzie Berlińczycy pospiesznie zdążali – narastał cały tłum. Zaczepiani, powtarzali: jesteśmy wolni, otwierają przejścia graniczne. Widzieliśmy, jak coraz bardziej gęstnieje tłum przed przejściem granicznym. Wtedy nie wiązałem tego jeszcze z właśnie opuszczaną konferencją prasową Schabowskiego – myślałem, że były jakieś inne rządowe komunikaty mówiące wprost o otwieraniu granic natychmiast.
Mogliśmy zapomnieć o kolacji.
Znaleźliśmy się w samym centrum pęczniejącego, rozentuzjazmowanego tłumu.
W tłumie jednak powtarzano, że ludzie słyszeli na żywo oświadczenie rzecznika rządu i jego zapowiedź nie prac nad większymi swobodami, ale wprowadzenie owych swobód natychmiast. Dla Niemców „natychmiast" znaczyło natychmiast, bez niedomówień, więc ludzie traktowali to dosłownie – ale z widocznym niedowierzaniem.
Widziałem, jak Jurek czuł się w swoim żywiole i jak z ciekawością obserwował i robił setki zdjęć.
Otwarcie granic wydało mi się dość nieprawdopodobne, raczej podejrzewałem, że tłum rozczarowany zaraz się rozejdzie do domu. Ale ludzi było z każdą minutą coraz więcej i coraz większe odczuwało się napięcie i determinację.
Wtedy pomyślałem, że ogromna grupa – przeważnie młodych Niemców – nie będzie potulnie wracać do domu, a może siłą będzie napierać na posterunek graniczny.
W tłumie coraz mocniej skandowano, by ruszyć na szturm.
Nie ukrywam, że czułem się podobnie jak kiedyś w liceum mieszczącym się w szkole pożarniczej – gdy odbywało się siłowe przerwanie strajku.
Czułem strach, ale i podniecenie całą sytuacją, i ciekawość, jak to się za moment rozwinie. Dodatkowo – pamiętam, że wtedy poczułem się prawdziwie dziennikarzem z krwi i kości, którego obowiązkiem jest być w samym centrum wydarzeń, by potem napisać szczegółowy reportaż.
Wydawało mi się wtedy, że cały Berlin Wschodni zmobilizował się, aby ruszyć na swoją stygmatyzującą, sztuczną granicę, że głęboko ukrywane pragnienie wolności i swobody teraz znajdowało swoje ujście. Różne media podawały wiadomość później, że w kierunku przejść granicznych ruszyło ponad milion Niemców.
Berlin w tamtym momencie przestał nagle być dumną stolicą nowego niemieckiego państwa, a stał się wyspą kojarzącą się z więzieniem Sing Sing Correctional Facility.
To więzienie o najbardziej zaostrzonym rygorze w Stanach Zjednoczonych, kojarzone pod skróconą nazwą – Sing Sing.
Berlińczycy nie wyglądali na dumnych obywateli przyszłych reform partyjnych, ale na zbuntowanych więźniów pragnących za wszelką cenę wyjść na wolność. I to Tu i Teraz.
Zimno paraliżowało dłonie i twarz, ale serca rozgrzewała coraz większa temperatura atmosfery – którą rozsiewał pęczniejący tłum.
Nagle rozległo się powtarzane hasło: naprzód, idziemy, ruszamy.


Tłum zmierzający ku przejściom granicznym.
Będąc w samym sercu zdeterminowanego tłumu, ani nie mogliśmy go wyprzedzić, ani się wycofać – musieliśmy, jak w wielkiej ławicy ryb, falować i napierać z całym tłumem.
Przerażała mnie nieprzewidywalność całej sytuacji.
Wokół rozlegały się sprzeczne okrzyki i sprzeczne informacje.
Ktoś obok krzyczał: szturmujemy siłą! Ktoś inny: pouciekali! – mając na myśli wojsko zabezpieczające granicę. Jeszcze inni krzycieli, że bramy otwarte, że wypuszczają nas na wolność. Uroczysty moment tej chwili mieszał się ze zwykłym strachem i obawami.
W tamtej chwili straciliśmy się z Jurkiem z oczu, nie odnajdziemy się już w tłumie, spotkamy się w centrum prasowym rano, następnego dnia. Jurek będzie nocować w hotelu, w którym się zainstalowaliśmy; dla mnie to będzie historyczna, bezsenna noc.
Nie pozostałem dziennikarzem w tamtej chwili. Obudziły się we mnie wszystkie wspomnienia z dzieciństwa w jednym momencie. Znowu – jak kiedyś – byłem jednym z nich, byłem jednocześnie Berlińczykiem Berlina Wschodniego i Berlina Zachodniego.
Wraz z całym tłumem udzielał mi się niewyobrażalny entuzjazm, łzy wielkiego wzruszenia i niedowierzanie, że właśnie razem z całym tłumem przekraczam niepilnowaną granicę, skąd wszyscy graniczni funkcjonariusze pouciekali.
To było jak przekraczanie niedostępnego horyzontu zdarzeń w kierunku nowego świata, pozostawiając starą czasoprzestrzeń – jako bezpowrotnie znikającą w nicości powłokę przemijającego świata.
Ktoś pozostawił mundury, typowy płaszcz funkcjonariusza i czapkę wojskową.
Teraz zdobiła ona głowę kogoś przygodnego z tłumu.
Sam nie wiem, jak to się stało, ale nagle znalazłem się rzeczywiście po stronie zachodniej – zaczęło mi się mylić, co stanowi stronę zachodnią, a co wschodnią, ponieważ po drugiej stronie muru – jak się właśnie okazało – oczekiwał na nas tak samo wielki, narastający tłum, jakby tłum zwierciadlany.
Ludzie padali sobie ze łzami w oczach w objęcia. Nigdy w życiu nie przytulałem tyle osób obcych i nie wpadałem w tyle objęć, ile tej nocy.
Nie trzeba było żadnych słów, żadnych wyjaśnień, żadnych rozmów.
Wszyscy czuliśmy to samo. Czułem się cząstką jednego wielkiego organizmu, który nagle się jednoczy. Na ulicy było wielkie szaleństwo, szampan, radość, podniecenie i celebracja prawdziwej wolności.
To zabawne, ale wtedy wyraźnie można było odróżnić Niemca Wschodniego od Berlińczyka Zachodniego. I wcale nie po ubiorze, nie po przedmiotach osobistych, ale po sposobie bycia i oczach rozlatanych na wszystkie strony, patrzące z zachwytem i niedowierzaniem.
Ludzie szturmowali mur – zaczęli się na niego wspinać i wnosić radosne okrzyki, widziałem innych walących w mur kilofami, czy łopatami, młotkami – czymkolwiek, co ktokolwiek miał przy sobie, by go lokalnie rozdrabniać na fragmenty.
Jeden z takich odprysków przechwyciłem i schowałem do kieszeni.


Nocne rozbijanie muru berlińskiego.
Czułem się wtedy Berlińczykiem obu bliźniaczych, zwierciadlanych Berlinów.
Miałem świadomość, że dla nikogo innego niedostępne były te emocje, które wtedy przeżywałem. Zauważyłem, że jak cień towarzyszy mi bardzo młoda, zapłakana Niemka o dziecięcej twarzy.
Miała wielkie, piękne, szmaragdowe i zapłakane oczy, które wydawały niesamowity blask tej nocy. Powiedziała mi, że zgubiła się w tłumie, w którym była z rodzicami i swoim chłopakiem oraz jego rodziną, nie wiedziała, gdzie jest i dokąd ma iść. Czuła się jednocześnie niezwykle podekscytowana i przestraszona.
Zaopiekowałem się nią i zaproponowałem swoje towarzystwo. W Berlinie – jednym i drugim – znałem każdy kamień. W jakiś naturalny sposób wziąłem ją za rękę, abyśmy i my nie zgubili się w tłumie. Nie pytała, kim jestem, ale dziwiła się, że tak dobrze znam topografię terenu nowego dla niej świata.
Poszliśmy razem w stronę Siegessäule – postumentu zwycięstwa w Tiergarten, aby potem znaleźć się w samym sercu Berlina Zachodniego, przy Gedächtniskirche i Kudamm. Tam przysiedliśmy na chwilę, a ona opowiedziała mi całą historię swojego życia. Była urocza – ale nie przestawała mówić i płakać jednocześnie.
Tym zdradzała wokół, skąd właśnie przychodzimy.
Ludzie wokół traktowali nas jako parę z wschodniego Berlina – często padaliśmy w objęcia z obcymi ludźmi, niektórzy na siłę wciskali nam banknoty do ręki.
To niesamowite – ale łącznie uzbieraliśmy ponad 2 tysiące marek zachodnich, jak potem podekscytowana Caroline będzie liczyć.
To wszystko było jak sen. Jak niemożliwy sen.
Oddawałem jej wszystkie pieniądze – pamiętając, jak mówiła wcześniej, że pochodzi z biednej robotniczej rodziny. Za każdym razem, gdy oddawałem jej jakiś banknot, całowała mnie – to było urocze. Dlatego dawałem jej banknoty pojedynczo.
Mieliśmy taką zabawę – każdy następny pocałunek był coraz bardziej namiętny.
Były także takie chwile, gdy nie mogliśmy się od siebie oderwać.
Chciałem wtedy, aby te chwile trwały wiecznie.
Było w niej coś symbolicznego dla mnie – niewinność wschodu pomieszana z ciekawością i odwagą podróżniczki.
To była bezsenna noc, setki krótkich rozmów ulicznych, dzielony szampan pity z butelki, ale również zaproszenie do prywatnych domów. Z jednego skorzystaliśmy. Zaprosiło nas starsze małżeństwo do swojego apartamentu na kolację. Niemcy pamiętający wojnę i losy powojenne. Myśleli, że ja także jestem Niemcem ze wschodu. Nie wyprowadzałem ich z błędu, aby czuli się bardziej swobodnie, opowiadając swoją historię.
Ich historia to wstrząsający temat – na osobną książkę albo sensacyjno-dramatyczny film.
Opowiadali, że będąc cywilami niezaangażowanymi w wojnę – wraz z całą rodziną padli ofiarami brutalnych, żądnych ślepej zemsty Rosjan, którzy nie rozróżniali cywilów od wojskowych.
Prowadziliśmy rozmowy przez wiele godzin, pełne serdeczności i zrozumienia.
Trzeba być berlińczykiem, aby w pełni zrozumieć przeżycia tej jednej nocy.
Ja byłem wtedy Berlińczykiem.
Po kolacji leżeliśmy na ich tapczanie około godziny, by trochę chociaż odpocząć i ochłonąć – nie tyle ze zmęczenia, co z niesamowitych emocji.
Caroline zasnęła natychmiast w moich objęciach, potem powie, że nie pamięta, kiedy czuła się tak dobrze i bezpiecznie.
Nie mogłem zasnąć. Dopiero wtedy zobaczyłem, jaką jest piękną, wrażliwą dziewczyną.
Miała piękne, długie blond włosy i przejmujący zapach wiosennych kwiatów zwiastujących przygodę.
O samym świcie przekroczyliśmy z Caroline granicę w drugą stronę.
Była oczarowana – ciągle powtarzała, że pewnie jej się to wszystko śni, że czuje się jak w bajce braci Grimm. Że pewnie i ja jestem tylko postacią z jej snu i zaraz zniknę na zawsze. Na samej granicy – niepilnowanej jak poprzednio – złapała mnie za rękę i zatrzymała.
– A jak drugi raz już nas nie wpuszczą?
– A może nie przechodźmy na drugą stronę?
– Może zostaniemy tu już na zawsze?
Uśmiechnąłem się do niej, wytarłem jej świeże łzy i zapewniłem ją, że tego już nie da się odwrócić, że byliśmy i jesteśmy świadkami historii. I zamarliśmy w pocałunku na samym środku granicznego przejścia Check Point Charlie.
Mijali nas uśmiechający się do nas ludzie – życząc nam szczęśliwego życia.
Pomyślałem sobie wtedy – że nawet jeśli to będzie tylko ta jedna noc – noc wolności i miłości jednocześnie – to warto było całe życie przeżyć – dla tej jednej nocy właśnie.
W ogóle nie czuliśmy zmęczenia. Jakiś przygodnie spotkany kierowca podwiózł nas do jej domu, najpierw na Leninplatz, do tzw. S-Haus – charakterystycznego domu-mrówkowca w kształcie litery S. Upewniłem się, że jej rodzice są w domu i że jest bezpieczna. Witali nas uradowani, że cała i zdrowa wróciła do domu. Zaniemówili, gdy wyciągnęła zebrane przez nas pieniądze. Zostawiłem ich w tym entuzjazmie i poczuciu ulgi.
W całym ferworze zamieszania nie zostawiłem jej adresu, więc od tamtej pory nie znam losów Caroline – ale mam nadzieję, że zrealizowała swoje marzenia na studiach artystycznych i mieszka gdzieś w miejscu, które przypomina jej dziecięce bajki.


Piotr i Caroline o świcie przy Checkpoint Charlie.
Wróciłem do centrum prasowego, gdzie spotkałem Jurka – nieprzytomnego z powodu zbyt dużej dawki alkoholu. Ledwo się dowlókł z hotelu. Przywieźli go jacyś dziennikarze rosyjscy, z którymi pił całą noc.
Jurek trzeźwiał pół dnia. Do tego czasu zdążyłem wysłać swój reportaż do „Gazety" i przygotować się do powrotu.
Mój tekst ukazał się następnego dnia – jak zwykle jednak podpisany innym nazwiskiem, ale wtedy nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.
Wracaliśmy w milczeniu, w poczuciu, że byliśmy świadkami kawałka ważnej historii.
W kieszeni miałem fragment odprysku muru berlińskiego, który kilofem był rozbijany przez Niemca w czapce funkcjonariusza granicznego.
Ciekawe, czy to była tylko czapka wojskowa, czy sam funkcjonariusz – który dołączył się do tłumu.
Tego nigdy się nie dowiem.
Wracałem już nie ze świata, który był kiedyś moim domem, ale z nowego świata, który na moich oczach powstał.
Zawsze z wielkim sentymentem, ale i pewną melancholią, wracałem do tych chwil.
Piszę o nich po raz pierwszy w życiu, mój reportaż do Gazety miał bardziej formalny charakter. Dopiero teraz, kiedy te wspomnienia spisałem – czuję pewną ulgę i mam poczucie domknięcia tej pięknej historii.

KONIEC