Artykuł

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 69

CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA DZIEWIĄTA

Litewska Śpiewająca Rewolucja we krwi…

Litewska Śpiewająca Rewolucja we krwi…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Niepokojące wieści dochodziły do nas od dwóch stron. Po pierwsze w samej redakcji żyliśmy kolejnymi wydarzeniami mającymi miejsce na Litwie, a po drugie mieliśmy kontakt z naszymi litewskimi przewodnikami studentami, Vaivą oraz jej partnerem Pauliusem, którzy także informowali nas o eskalacji napięć w kraju.

Niepodległość Litwy jako pierwsza – o ile dobrze pamiętam – uznała wtedy Islandia, inne państwa z rezerwą obserwowały zdarzenia. Polska nie kwapiła się ani do pomocy humanitarnej, ani zbrojnej tym bardziej. Pamiętajmy, że jest rok 1991, a w Polsce dalej stacjonują jeszcze wojska radzieckie – więc dominowało przeświadczenie, że nie należy drażnić niedźwiedzia w zimowym śnie.

Sowieci, niepogodzeni z faktem oderwania się Litwy od świętej unii republik socjalistycznych, nakładali coraz ostrzejsze sankcje gospodarcze na Litwę – powodując tym samym coraz głębszy kryzys wewnętrzny, co z kolei doprowadzało do konieczności coraz szybszego podnoszenia cen na niemal wszystkie produkty.

ZSRR zastosował swoją sprawdzoną i niezmienną taktykę – którą będzie powielać w wielu przyszłych konfliktach, nawet w dwudziestym pierwszym wieku – niby humanitarnej potrzeby obrony mniejszości rosyjskiej oraz litewskich swoich fanów, komunistów.

W odpowiedzi na opozycyjny ruch Sąjūdis – Sowieci pomagają w zdefiniowaniu prorosyjskiego ruchu Jedinstvo. Główną osią, na której ma powstać ruch dywersyjny wspierany przez Moskwę, ma być sprzeciw wobec podwyżki cen, jaką rząd Litwy sukcesywnie z konieczności ogłasza. Powstaje Komitet Ocalenia Narodowego Litewskiej SRR, w którym główny prym wiodą komuniści litewscy.

Michaił Gorbaczow ogłasza kolejne ultimatum, które nawołuje do powrotu do macierzy i szanowania starej komunistycznej konstytucji. Kolejny raz zostaje ono odrzucone. Litwie coraz mocniej grozi interwencja wojsk rosyjskich na wielką skalę. Otrzymujemy coraz więcej informacji o wzmożonych przegrupowaniach wielu rosyjskich jednostek wojskowych.

Z Jurkiem przygotowywaliśmy się do kolejnej podróży na Litwę, przeczuwając, że może dojść do dramatu, który trzeba będzie pokazać światu. W Gazecie początkowo odmawiają nam jednak, twierdząc, że to jeszcze nie właściwy moment, że taki stan napięcia może się utrzymać przez kolejnych wiele miesięcy.

Decydującym okaże się jednak dzień 8 stycznia 1991 roku. Z samego rana otrzymujemy wiadomość, że pod litewskim budynkiem sejmu w Wilnie gromadzi się coraz większy tłum – robotników z zakładów podległych ZSRR, członków organizacji Jedinstvo, litewskich komunistów i osób powiązanych ze strukturami sowieckimi. Oficjalnym powodem protestu są coraz większe podwyżki cen na podstawowe artykuły.

W pewnym momencie słyszeliśmy relację o szturmie na sejm, zmasowanym ataku, jednocześnie nowy prezydent Litwy Landsbergis wezwał obywateli do masowego obstawienia i ochrony wszelkich budynków rządowych, administracyjnych i budynków mediów.

Landsbergis głównie wzywał obywateli do czynnej obrony budynku sejmu. Obywatele licznie ruszyli na sejm – już częściowo zdobyty przez Jedinstwo.

Przed południem dostaliśmy z Jurkiem zgodę i budżet na natychmiastowy wyjazd. Nie zdążyliśmy podjechać do naszych domów po jakiekolwiek walizki czy osobiste rzeczy. Jurek zadbał tylko o to, aby skompletować sprzęt elektroniczny i kilka aparatów fotograficznych.

Pierwsze schody rozpoczęły się na samej granicy – trzeba pamiętać, że granice były kontrolowane przez służby i wojskowych radzieckich, a nie litewskich. Widać było ewidentną niechęć do tego, aby nas wpuścić jako dziennikarzy na teren Litwy. Specjalnie przedłużono nam kontrolę i dokładano kolejne – włącznie z kontrolą osobistą, gdzie musieliśmy się do naga rozebrać – a samochód rozbierany był prawie na części. Cierpliwie to znosiliśmy, wiedząc, że na podstawie międzynarodowych umów nie możemy nie zostać wpuszczeni na teren Litwy.

Po wielu godzinach upokorzeń zostaliśmy wpuszczeni. Jednak nie ujechaliśmy dalej niż może 20 czy 30 kilometrów i dopadł nas gazik z rosyjskimi funkcjonariuszami granicznymi. Zajechali nam drogę i kazali wysiadać. Pytali nas, wykrzykując przekleństwa, co mamy cennego ze sobą i do kogo konkretnie jechaliśmy. Kazali nam klęczeć, trzymając ramiona uniesione, a sami przeszukiwali kolejny raz mój samochód.

Pytania zadawali nam, przykładając kałasznikowa do skroni. Zachowaliśmy spokój – aczkolwiek pierwszy raz wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że mają tak wielkie poczucie bezkarności i życie ludzkie tak mało się dla nich liczy, że równie dobrze mogli nas zwyczajnie zastrzelić i pozostawić w litewskich lasach.

Być może uratowało nas to, że mieliśmy ze sobą dolary na pobyt, zabrali je wszystkie oraz Jurkowi kazali zdjąć z szyi aparat i także go zarekwirowali. Jurek miał na szczęście zapasowy gdzieś w samochodzie.

Zanim pojechaliśmy dalej – musieliśmy kilkanaście minut ochłonąć i pozbierać się. Dalej ruszyliśmy bez pieniędzy w kierunku Wilna.

Późnym wieczorem 8 stycznia dojechaliśmy wreszcie przed parlament litewski, gdzie czuwał ogromny tłum ludzi. Trudno było ocenić, ile to było tysięcy mieszkańców Wilna, ale miałem wrażenie, że stawili się wszyscy. Byliśmy jakoś umówieni z Vaivą – ale nie sposób było ich w tak wielkim tłumie wypatrzeć. Pamiętam porozbijane szyby i mnóstwo szkła przed budynkiem parlamentu, który jak się okazało udało się Litwinom odzyskać.

Wszyscy powtarzali wezwanie Landsbergisa do obrony budynków rządowych. To była zimna styczniowa noc. Ludzie rozpalali ogniska. Pozostałem przy jednym z nich, rozmawiając z kolejnymi poznanymi studentami. Jurek pojechał samochodem dalej, nawiązać kontakt poprzez dom mediów z jakimś łącznikiem z Gazetą Wyborczą, by uzyskać dla nas jakieś środki na przetrwanie. Wrócił z pieniędzmi po kilku godzinach, zaopatrzony w odpowiednią ilość butelek z alkoholem.

Tę i kolejną noc spędziliśmy na licznych rozmowach z Litwinami, następnego dnia skontaktowaliśmy się wreszcie z naszymi przewodnikami, czyli z Vaivą i jej przyjaciółmi – dzięki temu, że pozostawiliśmy im w akademiku wiadomość, w której przyczepie kempingowej nocujemy. Przed parlamentem ludzie nocowali w autokarach i przywiezionych przyczepach kempingowych.

Już nie pamiętam, którego stycznia, czy 11 czy 12, tego dowiedzieliśmy się, że właśnie następuje interwencja wojsk radzieckich, które już przekroczyły granicę i jadą prosto do Wilna, by zdobyć budynki rządowe i medialne. Padło nazwisko Władysława Achałowa, zastępcy ministra obrony narodowej ZSRR, jako bezpośrednio zaangażowanego w zbrojną interwencję.

Czuliśmy – po doświadczeniach na granicy – że fakt bycia dziennikarzem i pełnienie obowiązków informacyjnych nie ma dla Rosjan żadnego znaczenia ani żadnego wyróżnionego statusu. Zaczynałem się czuć, jakbym był na pierwszej linii frontu. Z korespondenta zagranicznego w naturalny sposób stawałem się korespondentem wojennym bez żadnych norm chroniących moje działania. Oprócz tabliczek Press, które nosiliśmy na szyi, nie chroniło nas nic. A i one bardziej prowokowały Rosjan niż dawały nam iluzję bezpieczeństwa. Jurkowi zależało, aby być w samym centrum najbardziej dramatycznych zdarzeń, aby móc uwiecznić najbardziej ewentualnie drastyczne zdjęcia. To zrozumiałe – i ja przyjmowałem identyczny punkt widzenia, nie przejmując się zagrożeniem, jakie nam grozi.

Nie było jasne, czy wojsko radzieckie zaatakuje czołgami najpierw parlament, czy dom mediów, czy wieżę telewizyjną w Wilnie. Sądziłem, że atak będzie miał podłoże bardziej psychologiczne niż fizyczne, że będą starali się zastraszyć Litwinów i zmusić do opuszczenia swoich stanowisk wokół wymienionych budynków.

Postanowiliśmy pojechać pod wieżę telewizyjną. Była noc z 12 stycznia na 13 stycznia. Tam zastaliśmy licznych Litwinów przy kilku rozpalonych ogniskach. Śpiewali jak zwykle – wierząc, że czołgi nie rozjadą Śpiewającej Litewskiej Rewolucji. Do tej pory sądziłem, że można się zarazić strachem, paniką od ludzi, a obserwowałem arcy ciekawe zjawisko odwrotne. Litwini zarażali się odwagą, stanowczością, determinacją.

Patrzyłem na towarzyszącą mi Vaivę, Laurę, Pauliusa i przypominały mi się sceny przeżyte w Nigerii, w miasteczku Ile-Ife. Vaiva jak zwykle była uśmiechnięta, Laura rozśpiewana, a Paulius zamyślony refleksyjnie. Różnica polegała na tym, że w Ile-Ife przeczekałem zamieszki w miarę bezpiecznym ośrodku uniwersyteckim, a tu znajdowaliśmy się w samym centrum zdarzeń.

W pewnym momencie rozległy się krzyki przybiegających do nas ludzi, że jedzie do nas cała długa kolumna czołgów. Jurek przygotowywał sobie odpowiedni zapas filmów do aparatu, jakby przygotowywał broń z tajną amunicją. Nikt nie ruszył się z miejsca. Chyba wszyscy wierzyli, że jak żołnierze zobaczą tłum zdecydowanych by nie ustąpić cywilów – wycofają się szybko.

Potem nastąpiła cała kaskada zdarzeń jedno po drugim, na które nikt nie był przygotowany. Pamiętam wściekłe snopy świateł, specjalnych reflektorów wielkiej mocy na czołgach, które nagle rozświetliły cały teren, i głuche serie wystrzałów karabinów maszynowych. Nie chciało się nam wierzyć – ale zaczęli do nas strzelać jak do kaczek na polowaniu. Potem dowiemy się, że początek ostrzeliwania odbywał się ślepymi nabojami, ale my o tym nie wiedzieliśmy.

Wtedy usłyszałem krzyk Vaivy, że to koniec, że musimy uciekać – że wystrzelają nas wszystkich. Niewiele myśląc, rzuciliśmy się do ucieczki w kierunku, z którego przyszliśmy. Napatoczyliśmy się wprost na wyczekujące czołgi. Zmieniliśmy kierunek na przeciwny – za sobą słyszeliśmy coraz mocniejszy ostrzał karabinów i krzyki ludzi. Z drugiej strony znowu natrafiliśmy na poruszające się w naszym kierunku czołgi z reflektorami. Oznaczało to jedno – że okrążyli nas, że nie ma dla nas ucieczki.

Wtedy Vaiva krzyknęła, że możemy jeszcze zdążyć przedrzeć się pomiędzy jedną a drugą kolumną czołgów, która pozostała nieco w tyle. Ruszyliśmy więc biegiem dalej. Wtedy usłyszałem krzyk Laury – podbiegliśmy do niej. Była cała zakrwawiona, potknęła się o kogoś, kto leżał nieprzytomny, może już martwy. Na szczęście nie była to jej krew. Było więc jasne, że Rosjanie strzelają bez opamiętania do bezbronnych, zdeterminowanych do obrony własnymi ciałami budynku wieży telewizyjnej Litwinów.

Udało się nam wydostać z tego klinczu chyba w ostatniej chwili. Vaiva płakała w objęciach Laury i Pauliusa. Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć, byliśmy w szoku. Z bezpiecznego miejsca słyszeliśmy krzyki ludzi i odgłosy serii karabinów maszynowych. Słuchaliśmy tego w milczeniu, widząc, jak coraz więcej ludzi rzuca się do nieprzytomnej ucieczki z tego piekła. Nie widzieliśmy tego na własne oczy, ale przebiegający obok nas ludzie opowiadali o rannych i zabitych, przejeżdżanych czy rozjeżdżanych przez czołgi. Znowu – podobnie jak niedawno w Berlinie – nie czułem się dziennikarzem, czułem się w tamtych chwilach Litwinem – jednym z nich.

Nad ranem wszystko ucichło, zaczął prószyć śnieg – tak jakby natura chciała albo zatrzeć ślady tragedii, albo przykryć poległych delikatnym całunem śnieżnym.

Kiedy było już widno – Jurek koniecznie chciał zrobić dokumentację śladów tego wszystkiego, co się wydarzyło. Było jasne dla nas, że wieża telewizyjna została zdobyta przez armię radziecką.

Czołgi opuszczały teren wieży. Gdy wszelkie odgłosy ucichły – powoli zbliżaliśmy się z Jurkiem do opuszczonego centrum wydarzeń. Wszędzie były ślady krwi, które Jurek fotografował. Nie było zabitych ani rannych – wszystkich albo już gdzieś odtransportowano, albo ukryto. Jednak przy jednym z dogasających ognisk widać było człowieka ciężko podpierającego się czymś, jakby szukającego czegoś wokół ogniska. Podbiegłem do niego. Był to młody człowiek – trzymający się za brzuch z krwawiącą raną, powtarzający coś po litewsku, czego nie rozumiałem.

Postanowiłem pomóc mu przejść w bezpieczne miejsce, ale na moich rękach stracił nagle przytomność. Wtedy zobaczyłem, jak z budynku wieży wybiega żołnierz radziecki, kierując na mnie swoją broń. Było jasne, że będzie chciał nas zastrzelić. Byłem sparaliżowany strachem, ale miałem świadomość, że to moje ostatnie chwile. Wtedy zobaczyłem, jak biegnie Jurek i błyska flashem lampy błyskowej aparatu, krzycząc, że jesteśmy z Press. Biegł wprost do nas, jednocześnie robiąc żołnierzowi zdjęcia. Pamiętam, że miał azjatyckie rysy, potem się dowiem, że Litwini określali ich mianem Czukcza. Najprawdopodobniej Jurek ocalił mi życie – tym swoim aparatem, bo żołnierz wydawał się zdezorientowany i na wszelki wypadek wycofał się do wieży.

Wtedy podbiegli do nas jacyś Litwini, pytając się, czy jesteśmy ranni, czy potrzebujemy pomocy. Zabrali nieprzytomnego. Nigdy się nie dowiem, kto to był i czy przeżył.

Na szczęście nasi znajomi Litwini nie ucierpieli. Do Polski wróciliśmy następnego dnia. Jurka zdjęcia obiegły cały świat.

Potem mieliśmy sporadyczne kontakty telefoniczne z Vaivą, kiedy coraz bardziej normowała się sytuacja na Litwie. O ile dobrze pamiętam, w lutym odbyło się referendum, które ostatecznie zdecydowało o niepodległości Litwy. Z tego co wiem, Vaiva przeniosła się z Pauliusem do Finlandii i tam zamieszkali na stałe.

Ja sam odwiedzę to miejsce wiele lat później, także 13 stycznia, w Dzień Obrońców Wolności, a potem pojadę do Góry Krzyży – by tam zapalić zgodnie z moją własną tradycją dwa kadzidła dalekich wspomnień.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Podpis, komentarz i opcjonalny e-mail mogą być sprawdzane przez zewnętrzną usługę moderacji. E-mail nie jest publikowany.

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się