Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 50

CZĘŚĆ PIĘĆDZIESIĄTA

Moi Wielcy Przyjaciele…

#Piotr Tymochowi#Moje życie#Teoria Q#Sokrates#Carl Gustav Jung#Spinoza#Wittgenstein#Stanisław Lem#fizyka#matematyka#psychologia#Q-matematyka#Q-fizyka#Star Trek#Q Continuum

Moi Wielcy Przyjaciele…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

W tym czasie przesiaduję godzinami i dniami w Bibliotece Narodowej, gdzie mam dostęp do wielu dzieł filozoficznych. Wpadam na pewien prosty pomysł, jak lepiej zapamiętać przeróżne doktryny filozoficzne. Przypominam sobie czas prehistoryczny, w którym nie ma telefonów komórkowych, Internetu, emaili, Sztucznej Inteligencji.

Moją bazą, czy układem odniesienia, będzie „Historia Filozofii" Tatarkiewicza, podobnie jak moją kiedyś bazą dla fizyki były „Wykłady Feynmanna". Wyobrażam sobie wędrówkę w czasie – i moje bezpośrednie rozmowy z filozofami, tak jakby naprawdę miały miejsce. Zadaję im liczne pytania i w ich tekstach szukam na nie odpowiedzi.

Z niektórymi bardzo mocno się zaprzyjaźniam. Będę sobie potem mówić w myślach: mój przyjaciel Sokrates, mój przyjaciel Immanuel Kant, Jung, Spinoza, Wittgenstein. Dzięki temu ich idee nabiorą bardzo relacyjnego, czasem intymnego wręcz charakteru, jakby filozofowie ci dzielili się ze mną swoimi najgłębszymi tajemnicami.

Szczególnie chętnie będę czytać filozofów i fizyków jednocześnie. Książki Borysa Kuzniecowa, księdza profesora Michała Hellera i wielu innych.

Wiele lat później będę o takim świecie opowiadać jednej ze swoich córek, wychowanych w równoległych światach – wirtualnym i rzeczywistym. Będę jej opowiadać, że ulubionym miejscem spotkań dzieci będzie najpierw piaskownica, a zaraz potem zwykły trzepak, jednocześnie wyjaśniając, czym były trzepaki. Zamyśli się wtedy na chwilę i powie:

„Ok, może nie mieliście sieci ani iPhonów, ale za to mieliście wiele innych fajnych atrakcji. Mogliście na przykład polować na dinozaury, których dziś już nie ma."

Po jej odpowiedzi pamiętam, że sam przez chwilę poczułem się jak dinozaur.

Jednocześnie rozwijam swoją Teorię Uniwersalnych Struktur. Dochodzę przy tym do jej kulminacji i pierwszego całościowego ujęcia.

Od Sokratesa nauczę się kwestionowania wszystkiego, co pozornie oczywiste. Ale przede wszystkim bezkompromisowego dążenia do Prawdy. To pragnienie znajdę u wielu filozofów, a szczególnie u Ludwika Wittgensteina, który dla filozofii porzuci cały świat.

W Teorii Uniwersalnych Struktur – jeszcze nie będę jej nazywać Q, wtedy mówiłem w skrócie TUS – to zakwestionowanie podstaw, fundamentów fizyki, a nawet matematyki, będzie dla mnie kluczowe.

Będę intuicyjnie szukać przeciwwagi dla Schopenhauera i jego koncepcji życia jako bezcelowego cyklu cierpienia, głównie, co będzie korespondować z twórczością Lwa Tołstoja, opisującego życie jako swoisty Teatr Absurdu, czy później z Bułhakowem.

Wytchnienie i spokój racjonalności będę znajdować w filozofii Jean-Jacques'a Rousseau w jego wychwalaniu prostoty natury („Dobry Dzikus"). Będę się wtedy czuł jak poeta z „Wesela" Wyspiańskiego, który poślubia prostą chłopkę nie tyle z miłości do niej, co z miłości do prostoty natury oraz z tęsknoty za taką prostotą.

Od Immanuela Kanta przejmę fascynację i poszukiwania granicami ludzkiego poznania, które określę dopiero wraz z moim przyjacielem Wittgensteinem.

Carl Gustaw Jung będzie mnie fascynować konceptem zbiorowej nieświadomości, ale podejściem łączącym psychologię z naukami przyrodniczymi. Jung napisze kiedyś: „Spotkanie dwóch osobowości jest jak kontakt dwóch substancji chemicznych – obie ulegają transformacji."

Mam wewnętrzne wrażenie, że wszyscy oni mniej lub bardziej „ocierali się" o pewną prawdę, ale im bliżej niej byli, tym ona bardziej „przeciekała" im między palcami. Przypominało mi się wtedy to, czego uczył mnie ojciec: by wobec przyrody nie być ani niewolnikiem mentalnym, ani dumnym swojej racji badaczem, a raczej nieustannie poszukującym detektywem, który będzie największe tajemnice tropić do ich samego źródła.

Zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość. Ludzie w swojej masie wcale nie chcą i nie poszukują żadnej weryfikowalnej prawdy, ale raczej ukojenia swojej niewiedzy i wygodnej, łatwej opowieści, która pozwoli im na swój sposób porządkować świat. Zauważyłem, że im bardziej dany fizyk czy filozof zbliżał się do niej, tym dla ludzi stawał się mniej wiarygodny. Chyba rację miał profesor Namysłowski, że tylko szalona teoria może opisać szaloną rzeczywistość, choć ceną takiego opisu będzie samotność w tłumie.

Tymczasem kończyłem formatować mój nowy formalizm do TUS. W tym celu musiałem stworzyć zupełnie Nową Matematykę – jako szalone uogólnienie tej, której uczymy się na studiach czy w szkole.

Byłem nią zachwycony, nie z próżności, ale z powodu jej wewnętrznej spójności. Nie miałem wrażenia, że to moje autorskie dzieło, a raczej że wzorem Kolumba czy Vasco da Gamy odkrywam cały wielki kontynent, który przecież istniał przed moim do niego przybyciem.

Wtedy powstał cały zasadniczy rdzeń Teorii Uniwersalnych Struktur, która pokazywała z całą swoją mocą, jak mały fragment i matematyki, i fizyki był klasycznie dla nas dostępny z perspektywy uogólnionych dziedzin.

Mimo że Q-matematyka czy Q-fizyka nie była zaprzeczeniem, ale uogólnieniem naszej wiedzy, to jednak prowadziła do absolutnie szokujących wniosków. Pokazywała, jak błędne mamy wyobrażenie o tym, czym świat jest, może być poza naszym układem odniesienia. Teoria TUS pozwalała na coś, co do tej pory było niemożliwe i nieosiągalne dla człowieka – spojrzenie na cały świat ogólnie i w szczegółach, nie z punktu widzenia ludzkiego umysłu, ale z punktu widzenia samej teorii.

Zdałem sobie sprawę z tego, że moja teoria daje nowy punkt widzenia, nowy układ odniesienia do obserwacji i opisu świata. W myśl idei Einsteina, że żaden problem nie może być rozwiązany na tej samej płaszczyźnie, na której powstał. Przecież dlatego sama fizyka, nawet jako najlepszy opis świata, nie da nigdy odpowiedzi, skąd się sama bierze, ani skąd się biorą prawa natury.

Natomiast z punktu widzenia Teorii TUS, którą za moment będę nazywać Teorią Q, będzie można odpowiedzieć na wszystkie tego typu pytania. To zabawne, bo otwierał się przede mną zupełnie inny, nowy etap mojego poznawania świata.

Do tej pory byłem konstruktorem teorii TUS, teraz ona – czułem, że jeśli lepiej opisuje świat niż cokolwiek innego, co wcześniej stworzono – to teraz ona mnie już przerasta, to ona będzie mnie tworzyć, odpowiadać na moje liczne pytania.

Teoria ta pokazywała, że poszczególne działy matematyki nie muszą być niezależnymi zlepkami wysp na tajemniczym oceanie, ale samym oceanem, z którego spójnie wynika tak matematyka zbiorów rozmytych, jak geometria nieprzemienna, jak teoria grup i grupoidów, czy teoria kategorii. Pokazywała znacznie więcej szokujących rzeczy tak dla fizyki, samej matematyki, jak i psychologii – łącząc te dziedziny w jedną spójną naukę o świecie i o nas.

Wyobrażałem sobie, że to zbyt szokujące i niewiarygodne dla ludzi, abym mógł tę teorię opublikować gdziekolwiek w poważnej publikacji. A zresztą, kto by się zgodził na taką publikację? Przecież świat jest zorganizowany w pary takich pojęć jak: nie sama wartość, ale (wartość, papierowa dokumentacja akademicka), nie potęga interpretacji świata, ale (interpretacja, kariera uznanego naukowca), nie sprawczość merytoryczna, ale (sprawczość, potwierdzenie środowiska).

Wiedziałem, że nie mam szans przebić się ze swoją teorią. Ale czułem także, że jest za wcześnie, że najpierw muszę mieć jakiś własny poligon doświadczalny, aby ją sprawdzić w działaniu, aby sprawdzić jej performatywność, skuteczność doświadczalną, falsyfikację.

Byłem także świadomy pewnej pułapki logicznej. Przecież sama skuteczność nie będzie jeszcze w pełni dowodzić jej prawdziwości. Przecież prawdziwa jest implikacja nie tylko wtedy, gdy z prawdy wynika prawda, ale również wtedy, gdy z fałszu wynika prawda. Mogę błędnie zakładać, że Zeus się szybko męczy i dlatego burza nigdy nie trwa zbyt długo, i rzeczywiście, jak stosunkowo szybko mija, mogę to odczytywać jako potwierdzenie przypuszczenia o Zeusie.

Ale jest jeden argument – statystyczny. Tak się może dziać wybiórczo, czasami. Im więcej dowodów na skuteczność, tym bardziej prawdopodobne, że to jednak z prawdy wynika prawda, a nie z fałszu.

Wszystkie moje szkolenia miały swoje źródło w mojej teorii. To ona stała się moim nauczycielem. Na jej ostateczne potwierdzenie i dowód skuteczności czekałem ponad 45 lat.

Zastanawiałem się wtedy, jak mogę najlepiej nazwać swoją teorię. Jednocześnie zaczytując się w Stanisławie Lemie, jak i będąc fanem takich seriali jak Star Trek: Enterprise, Next Generation, Deep Space Nine, Voyager.

Samego Stanisława Lema poznałem jako dziecko w Wiedniu. Miałem z nim kilka ciekawych rozmów, ale jako dziecko nie byłem dla niego ciekawym partnerem.

Zastanawiałem się, co takiego pojawia się we wszystkich odcinkach Star Trek jako wspólny motyw, jako najbardziej tajemniczy i najmniej zrozumiały dla ludzi motyw, oprócz motywów technicznych, takich jak napęd warp. Zauważyłem, że jest jeden taki motyw – poza granicami poznania. Motyw istot Q. Q Continuum, substancjalizowane czasem poprzez istoty reprezentujące owe continuum.

I tak powstała nazwa – Teoria Q. Podobnie nieliniowa i zaskakująca jak owe istoty.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się