Artykuł

MOJE ŻYCIE  PIOTR TYMOCHOWICZ - 68

CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA ÓSMA

Litwo Ojczyzno nasza… Lietuva Tewyne

Litwo Ojczyzno nasza… Lietuva Tewyne

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Kilkakrotnie wyjeżdżałem jeszcze z Jurkiem do Berlina – aby robić różne reportaże o życiu codziennym na wschodzie jak i na zachodzie dla Gazety Wyborczej. Pracowałem w roli korespondenta zagranicznego – choć formalnie cały czas miałem status praktykanta – przez co moje teksty były podpisywane innym nazwiskiem i za co nie miałem tzw. wierszówki, ale mimo to chętnie podróżowałem.

Byłem i tak dumny z moich reportaży i później ukazujących się tekstów, a poza tym była to fantastyczna okazja, by odwiedzać dawnych znajomych. Już wtedy niektórzy z nich opuścili Berlin – przenosili się głównie do RFN, ale i innych państw europejskich. Jurek niestety – rzadko zachowywał znamiona trzeźwości. Potrafił się zmobilizować do pierwszych zdjęć – które natychmiast wysyłał do redakcji, ale zaraz potem – odpływał alkoholowo – i nie było sposobu, by nad tym zapanować.

Najmocniej pamiętam niebywały i powszechny entuzjazm Berlińczyków, głównie wschodnich, wielość samochodów zachodnich w stolicy NRD i odwrotnie – nagły przypływ Trabantów i Wartburgów po stronie zachodniej.

Kiedyś trafiliśmy na akcję – zamiany Trabanta na Golfa i Wartburga na BMW, którą w Berlinie Zachodnim ogłosił jeden z salonów samochodowych. Jakże żałowaliśmy wtedy z Jurkiem, że nie przyjechaliśmy Wartburgiem albo przynajmniej Trabantem dwusuwowym.

W marcu, a potem w drugiej połowie 1990 roku – mieliśmy zmianę kierunku podróży. Kilkakrotnie jeździliśmy na Litwę. Fascynujące było dla mnie to, z jak wielkim entuzjazmem witano nas na rejestracji polskiej. Miałem wrażenie, że cały kraj ogarnął nastrój nieustającego festynu i happeningu, szczególnie w małych miejscowościach i w samym Wilnie. Sama Litwa była raczej słabo zaludniona i niewiele mijało się samochodów na drodze.

Wprowadziłem taką zasadę – aby nie nocować w hotelach czy gościnach, ale zawsze u jakichś przygodnie spotkanych Litwinów. To było najbardziej cenne i pouczające przy zdobywaniu materiałów. A sami Litwini okazali się bardzo gościnni. Nikt nam nigdy nie odmówił noclegu – sami najczęściej proponowali.

To był dla Litwy bardzo szczególny czas, bowiem 11 marca 1990 roku zatwierdzono Akt Przywrócenia Państwa Litewskiego – tym samym odrzucając aneksję z 1940 roku, która to była skutkiem Paktu Ribbentrop–Mołotow. Co prawda w ZSRR rządził wtedy kreatywny Michaił Gorbaczow, ale jednak Litwa miała status Republiki Radzieckiej – więc znacznie trudniej było Sowietom pogodzić się z jej nagłą utratą.

Odkryłem wtedy jakże prostą zasadę – która kiedyś w Detroit w USA uratuje mi życie – że ludzie dowolnej nacji uwielbiają występować w roli nauczycieli, zarówno tłumacząc sytuację polityczną czy ciekawostki geograficzne, a najbardziej wczuwają się w rolę nauczycieli, gdy poprosimy ich o pomoc w nauce danego języka. Korzystaliśmy więc z ich uprzejmości i gościnności i tak podróżowaliśmy po całym kraju, nie tylko po Wilnie. W stolicy byliśmy na wielkim wiecu studenckim, gdzie były patriotyczne pieśni i tańce.

Tam poznaliśmy niezwykle sympatycznych studentów – już nie pamiętam czego, ale bardzo zaangażowanych w ruch Sąjūdis – litewski ruch narodowo-wyzwoleńczy.

Pamiętam do dziś ich entuzjastyczne okrzyki, gdy dowiadywali się, że jesteśmy z Polski i że chcemy o nich pisać reportaże:

Oi, Lenkai! – czyli „o Polacy” po litewsku.

Za pierwszym razem, gdy odwiedziłem Litwę – zaskoczony byłem pięknem języka litewskiego – brzmiał jak jakiś odległy prasłowiański język. Nie był natomiast specjalnie podobny do rosyjskiego, oraz Litwini nie używają cyrylicy. Szczególnie wzruszająco brzmiały ich pieśni patriotyczne i sam hymn narodowy – Tautiška giesmė.

Sam język litewski, jak mi potem objaśnili, ma wspólne pochodzenie z sanskrytem, szczególnie sanskrytem wedyjskim, w postaci języka praindoeuropejskiego. Nie pamiętam już konkretnych przykładów, ale jest wiele podobnie brzmiących słów w sanskrycie i litewskim.

Pamiętam natomiast do dziś chyba najczęściej powtarzane słowa na wiecach oraz w prywatnych rozmowach – takie jak:

Tewyne – Ojczyzna Łajswie – wolność Wienybie – Jedność Mejle – Miłość oraz Szirdis – Serce Swejki – cześć Tajp – tak Ne – nie

Jest coś niezwykle melodyjnego w litewskim, nie ma syczących spółgłosek, tak jakby ktoś specjalnie stworzył harmonijnie brzmiący język do pieśni.

Na wiecu bawiliśmy się i tańczyliśmy całą noc. Jurek jak zwykle gdzieś mi zniknął. Mnie uczyli tańca ludowego oraz śpiewać pieśń traktowaną jak niemal alternatywny hymn – Lietuva brangi.

Można było odnieść wrażenie, że obalenie ustroju przebiegło na Litwie w atmosferze wielu happeningów ulicznych, biesiadnych ognisk i nieustannej zabawy. Jak bardzo mylne to jednak było wrażenie, zobaczyliśmy niebawem.

Po dobrych paru godzinach – zobaczyłem Jurka podtrzymywanego przez dwoje studentów – bo sam ledwo się trzymał na nogach, ale przynajmniej dał radę opisać, gdzie chciał wrócić – na centralny rynek.

Tak poznaliśmy studentkę Vaivę oraz jej chłopaka, także studenta, Pauliusa. Vaiva – nieustannie roześmiana, nieco pulchna blondynka, oraz Paulius, dużo od niej wyższy i o poważnej, odpowiedzialnej mimice. Towarzyszyła im jeszcze studentka akademii muzycznej – Laura – która będzie nieustannie nas później uczyć śpiewać, oraz jej kuzyn Ignas.

Było już bardzo późno – właściwie zbliżał się poranek – więc zaprowadzili nas do akademika studenckiego i ulokowali w małym pokoiku o dwóch łóżkach.

Spotkaliśmy się wszyscy w godzinach popołudniowych na spóźnionym śniadaniu. Pamiętam, że oprócz kawy, pieczywa i jajek – właściwie niczego nie było, ale Paulius wyciągnął w pewnym momencie sało – słoninę, jaką dostał od rodziców, oraz kiełbasę, dzięki czemu skromny posiłek zamienił się w całą ucztę.

Dowiedzieliśmy się wtedy od nich, że różowo nie jest. Jak Litwa tkwi w kryzysie od momentu blokady gospodarczej – nałożonej przez Sowietów.

To był odwet za 11 marca 1990 roku, dzień, w którym Litwa ogłosiła ustami prezydenta Landsbergisa swoją Niepodległość, a z punktu widzenia Sowietów – pogwałcenie obowiązującej konstytucji. Od tego momentu Gorbaczow, nie chcąc tracić ważnej propagandowo dla ZSRR republiki, ogłaszał co kilka dni jakieś nowe ultimatum, które Litwini konsekwentnie ignorowali.

Litwini mówili nam często, że trochę są zawiedzeni bardzo skromną pomocą ze strony Polski. Wtedy tego nie rozumiałem dobrze, ale z biegiem lat rzeczywiście okazało się, że Polska ze względów asekuracyjnych nie angażowała się jakoś mocno w widoczny sposób – by uniknąć zarzutów mieszania się w wewnętrzne spory mocarstwa.

Jurek – jak zwykle bardzo powoli dochodził do siebie. Było to bardzo kłopotliwe przy naszych wspólnych wyjazdach – ale powoli się do tego przyzwyczajałem. Jego samego studenci traktowali trochę jak ojca, ponieważ na trzeźwo mądrze mówił, dzielił się z nimi swoimi przeżyciami i miał ojcowski do nich stosunek. Lubili jego cięte, sarkastyczne nieco – poczucie humoru.

Wieczorem zaproponowali nam wyjazd w bardzo szczególne, jak mówili, miejsce, które co pewien czas jest rozjeżdżane czołgami sowieckimi, ale konsekwentnie jest zaraz potem odbudowywane.

Wsiedliśmy do samochodu i w sześć osób pojechaliśmy w nieznanym kierunku, by potem noc spędzić w rodzinnym domu Laury, który gdzieś był nieodległy od miejsca, do którego jechaliśmy. Po drodze opowiadali nam o swoim codziennym życiu, o swoich planach, dążeniach i marzeniach. Nie byli nigdy w Polsce – ale kierunkiem ich marzeń była raczej bardziej Skandynawia niż Polska czy Niemcy.

Miałem wtedy wrażenie, że Litwa – to przede wszystkim jakby studencki, akademicki kraj młodych i bardzo młodych ludzi. Starsze osoby widywaliśmy bardzo rzadko.

W pewnym momencie wjechaliśmy na wielką równinę – którą tajemniczo oświetlał tylko blask księżyca. Na zewnątrz czuć było głuchy, przejmujący swym chłodem wiatr. Wyglądało to na miejsce zapomniane przez świat – przez które można tylko szybko przejechać, nie oglądając się za siebie na wszelki wypadek. Podekscytowana Vaiva tłumaczyła nam, że to bardzo szczególne i ważne dla nich miejsce, że co pewien czas je odwiedzają w całkowitym milczeniu – czasem w samotności. Ignas dodał, że to wewnętrzny biegun Litwy.

Nie widziałem nic poza tajemniczą strukturą ciemności i jej różnych odcieni. Ani budynków, ani lasów, ani jakichkolwiek budowli – coś na podobieństwo księżycowego krajobrazu – tak jakby księżyc stał się nagle rzutnikiem obrazu na litewski fragment powierzchni ziemi.

Nagle ktoś z nich powiedział ściszonym głosem: „To tu, zaraz dojedziemy”. Ciekawe, pomyślałem, bo niczego w tej głębokiej i przejmującej ciemności nie widziałem. Po chwili – zamajaczyły się jakieś bardzo drobne migocące światełka na bliskim nam horyzoncie. Wyglądało to jeszcze bardziej tajemniczo. Były to ledwo widoczne pojawiające się i zanikające światełka – jawiące się nam jak gwiazdy zawieszone nisko, tuż nad powierzchnią ziemi – z lekka ją dotykając.

Wysiedliśmy z samochodu – podążając w milczeniu w kierunku migocących świateł. Nie pytaliśmy o nic – wiedząc, że za moment sami się dowiemy, co je powoduje w absolutnym, głuchym odludziu. Im bliżej byliśmy świateł, tym mniej rozumieliśmy, do czego się tak naprawdę zbliżamy. Nie wyglądało to ani na budowlę, ani na jakieś samotne wielkie drzewo. Wyglądało – na wielki kurhan świateł.

I rzeczywiście, oto staliśmy u jego podnóża. To był wielki kurhan krzyży – różnej wielkości, czasem jeden na drugim. Na wielu krzyżach delikatnie pobrzękiwały suchym, drewnianym odgłosem wiszące różańce, jakby nieśmiało prezentując siebie.

Przed moimi oczami ukazał się gigantyczny fraktal krzyży – który sam krzyżem nie był, ale wielkim, na wysokość może dziesięciu, może dwudziestu metrów, świetlistym kurhanem z dogasającymi świecami różnych rozmiarów. Na jego szczyt wiodła wąska, kręta ścieżka, momentami ledwie widoczna. Wchodziliśmy w górę tą ścieżką, jakbyśmy byli w żywym lesie składającym się z lekko dudniących i świetlistych drzew – w formie krzyży.

Ten multimedialny obraz zapamiętam na zawsze. Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej potęgowało się wrażenie niesamowitości miejsca i lekko zmieniały się dźwięki wydawane przez przyozdobione krzyże w różańce. Nie rozmawialiśmy ze sobą – szliśmy w milczeniu, przystając co kilka kroków. Myślę, że wszyscy mieliśmy wrażenie, że krzyże te żyją swoim własnym – krzyżowym jakimś życiem, jakby każdy z nich pragnął nam opowiedzieć swoją niepowtarzalną historię.

To było tak silne wrażenie, że w niektórych miejscach nie mogłem się nie zatrzymać, przez jakiś dziwny rodzaj poczucia Szacunku dla ich melodyjnego szeptu.

Czuliśmy presję, aby ten szept przez chwilę chociaż wysłuchać jak jednostkowej spowiedzi tych krzyży, jakby mówiły w imieniu dusz zmarłych albo jakby same jakimś rodzajem bytu były wyposażone. Droga – przez to, że była bardzo kręta – jakby specjalnie, aby nie pominąć żadnego z krzyży – była bardzo długą drogą.

Pierwsze skojarzenie, jakie miałem – to z dniem Wszystkich Świętych i podobną niesamowitą atmosferą, jaką daje tysiące rozświetlonych grobów. Ale tu poza nami – nie było nikogo – tylko ponad 55 000, jak się potem dowiem, różnie poustawianych krzyży.

Miałem poczucie – że stoję na skraju różnych światów – i różnych czasoprzestrzeni, pomieszanej przyszłości z przeszłością – jakby krzyże symbolizowały zarówno dawno zmarłych, jak i ciągle żywych, a jednocześnie i tych, którzy dopiero kiedyś się narodzą.

A wszystko to – w stałym, cichym akompaniamencie odległych migocących gwiazd i samotnego księżyca – który zdawał się specjalnie dla nas oświetlać to miejsce rozproszonym snopem zimnego światła.

Zapamiętam to miejsce jako „Kryžių Kalnas” – czyli Górę Krzyży na wielkiej równinie w pobliżu miasteczka Šiauliai (Szawle) – symbol litewskiego oporu przed zaborcą.

Potem okaże się, że Góra Krzyży była wizualno-performatywną swoistą przepowiednią krwawych walk, w których polegną cywile litewscy i studenci w konfrontacji z czołgami i kulami Sowietów.

Kiedyś odwiedzę to miejsce ponownie, już w wolnej Litwie.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Podpis, komentarz i opcjonalny e-mail mogą być sprawdzane przez zewnętrzną usługę moderacji. E-mail nie jest publikowany.

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się