Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 56
CZĘŚĆ PIĘĆDZIESIĄTA SZÓSTA
Koniec wspólnych marzeń
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Kehinde#Nigeria#Ile-Ife#protesty studenckie#junta wojskowa#studenci#Afryka#tragedia#miłość#wspomnienia#lata 80.#życie osobiste
Koniec wspólnych marzeń
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Pamiętam, że zbliżał się koniec maja 1986 roku. Może to był 22 albo 23 maj . O wczesnym poranku wpadła do nas podekscytowana i przerażona przyjaciółka Kasi – z innego kampusu w mieście ABU- ZARIA. Farida – w skrócie Fari - wielokrotnie bywała u nas wcześniej. Dziewczyny bardzo się przyjaźniły. Farida była znaną działaczką opozycyjną w całym kampusie. Nic nie zrozumiałem z ich szybkiej wymiany zdań.
Kasia powiedziała mi tylko, że coś niedobrego się dzieje w mieście ABU- ZARIA, że kampus w ILE – IFE zwołał nadzwyczajny apel dla wszystkich i mieszkańców kampusu i przebywających gości. Nie zdążyliśmy przygotować śniadania, wypiliśmy tylko kawę tę mocną nigeryjską i poszliśmy do głównej auli kampusu.
Oczekiwał tam już tłum ludzi. Był też mój ojciec i dopiero on wyjaśnił mi sytuację. Powiedział, że była masakra w ABU- Zari, że studenci zorganizowali protest który miał się przenieść na cały kraj – na co natychmiast zareagowała junta i wysłała na nich Soldier Boys oddziały Junties oraz regularną armię.
Ojciec był bardzo przejęty, powiedział że biorą ze znajomym pod uwagę, że natychmiast wyjedziemy do ambasady Niemiec albo Polski w Lagos i poprosimy o szybką ewakuację. Nie był jednak pewien czy sama podróż będzie bezpieczna. Zabronił mi jednak gdziekolwiek wychodzić z kampusu. Twierdził że w samym kampusie wydaje się być najbezpieczniej.
Potem były przemówienia pracowników naukowych potwierdzające to wszystko co przekazał mi ojciec. Na koniec było bardzo przejmujące przemówienie Faridy która mówiła o masakrze o licznych aresztowaniach nie tylko w Zari ale również w Ile – IFE.
Kasie gdzieś mi znikła z oczu. Szukałem jej w tym zgiełku kilka godzin, przypominam nie było wtedy telefonów komórkowych więc komunikacja nie była łatwą sprawą. Pojawiła się dopiero po kilku późnym wieczorem, mówiąc mi, że będzie skoordynowany protest nie tylko w kampusie ale i w innych miejscach IFE, i że będzie przemarsz pod więzienia gdzie przetrzymują więźniów – często przypadkowych ludzi w tym bardzo młodych.
Opowiadała mi jak wyglądają miejscowe więzienia junty i jak wyglądają tortury tam stosowane, które były wtedy na porządku dziennym. Junta nie tylko torturowała więźniów ale przywożono rodziny uwięzionych aby na ich oczach torturować, gwałcić im żony i córki.
Pamiętam że następnym kulminacyjnym dniem był dzień 26 maja 1986 roku. Pamiętam że to był poniedziałek na który był zaplanowany protest. Ale protest nie odbył się w IFE- został przełożony na następny dzień, na 27 maja we wtorek. Kasia – początkowo oczywiście nie tylko miała brać udział w proteście – mówiąc mi że to jej obowiązek, ale że musi cały reportaż na temat nagrać na video by potem rozesłać do innych miast.
W poniedziałek nie było protestu w IFE - ponieważ dotarły do nas wieści o stłumionym proście w Ibadanie – rodzinnym mieście Kasi. Organizatorzy na wszelki wypadek się wycofali. Kasia bardzo niepokoiła się o rodziców oraz Tosię – która wybrała się tam do nich na weekend ale nie wróciła do kampusu w poniedziałek.
Relacje z Ibadanu były przerażające. Zabici i ranni, mnóstwo aresztowanych, podpalony posterunek. W południe gruchnęła wieść, że aresztowano Faridę ale, że jest przetrzymywana w ILE- IFE. Rozmawialiśmy z różnymi ludźmi jak jednak koniecznie musimy zrobić protest aby ruszyć całe Lagos, cały kraj.
No cóż, nie były to dla mnie łatwe chwile. Teoretycznie ich problemy wewnętrzne nas nie dotyczyły, ale z powodu mojej relacji z Kasią – miałem wrażenie, że wszystko co się tam dzieje stało się już moim żywotnym problemem. Początkowo planowaliśmy wyjście wspólne na protest bym mógł chronić Kasię – jako dziennikarkę relacjonującą całą akcję, ale potem mój ojciec wymusił na nas przyrzeczenie, że nie ruszymy się na krok z kampusu. Zgodziliśmy się pozostać w kampusie.
Teoretycznie i praktycznie – przeżyłem Stan Wojenny, szturm na szkołę pożarniczą w Warszawie, ale to było nic w porównaniu z tym co wtedy przeżywałem w Nigerii. Nie wstydzę się przyznać – że nie bardzo wiedziałem co zrobić i że nigdy w życiu tak bardzo się nie bałem – nie tylko o siebie ale przede wszystkim o Kasię, o wszystkich tych ludzi których w międzyczasie poznałem. Poza tym ani nie byłem na coś podobnego psychicznie przygotowany ani nie miałem żadnego przygotowania, jak reagować czy co robić w takiej sytuacji.
Bardzo późno poszliśmy spać tego dnia – nie wiedząc co nas spotka jutro. Ojciec dostał wiadomość, że ktoś organizuje nam transport we wtorek, czyli następnego dnia do stolicy. Nie chciałem o tym słyszeć – nie zostawię przecież Kasi na pastwę losu. Dawno się tak z ojcem nie kłóciłem – nigdy chyba. W końcu uległ, powiedział że i on mnie przecież nie zostawi samego. Znajomy z Berlina pojechał sam do Lagos. Obudziłem się późno – było pamiętam po 10.00 rano. O 9.00 było wyznaczone spotkanie. Miałem więc pretensje do Kasi, że mnie nie obudziła a nie było jej ze mną. Na stole zostawiła kartkę z pospiesznie zapisanymi zdaniami które zapamiętam do końca życia.
„My Love – please forgive me. I had to go with my team. Please no worry wait for me in our place – dont go anywhere. Forever Yours Kasia. Love you so much.”
Był to wtorek 27 maja 1986 roku. Najgorszy dzień w moim dotychczasowym życiu. Ojciec specjalnie siedział przy mnie abym nie wpadł na pomysł szukania Kasi na mieście. Gdyby nie on – na pewno bym jej poszukiwał, ale czułem się winny temu, że nie wyjechaliśmy z kampusu, doceniałem to, że zgodził się ze mną i postanowił jednak zostać ze mną na nieokreślony czas. Dlatego już nie chciałem mu mnożyć stresów i siedzieliśmy razem i czkaliśmy.
Poszczególne grupy lub indywidualnie ludzie wracali do kampusu w rożnym czasie. Relacjonowali zdarzenia mrożące krew w żyłach. O podpalonych po drodze samochodach Junties o podpaleniu głównego posterunku gdzie przetrzymywano więźniów. Nie pamiętam dokładnie ale mówiono o ponad dwustu uwolnionych. Początkowo – kilka osób mówiło mi, że widzieli Kehindę z kamerą. Ale wracający później nie już jej nie widzieli. Coraz bardziej żałowałem, że nie pobiegłem jej szukać. Byłem nieprzytomny z rozpaczy i ze strachu o nią.
W pewnym momencie ktoś przybiegł i powiedział, że w kocach niosą rannych i że jest tam moja Kasia. W koce byli zawinięci jacyś ludzie, krzyczący z bólu ale dwa koce były naciągnięte na twarze. Nie pozwolili mi dojść do tych ludzi – spieszyli się aby dobiec do prowizorycznej ale działającej lecznicy w kampusie.
Stałem przed wejściem – razem z ojcem nie mogąc się ruszyć. Nie potrafię do dziś powiedzieć jak długo to trwało. W końcu wyszedł sanitariusz i zaprosił mnie do środka nic nie mówiąc.
Nie potrafię nawet po tylu latach opisać co zastałem. Napiszę tylko, że wziąłem moją martwą Kasię w ramiona i nie mogłem się od niej oderwać. Dopiero po jakiś środkach uspokajających powoli do mnie docierało co się stało. Wokół nas zbierało się coraz więcej ludzi. Nikt nic nie mówił. Kasia miała tylko jedną ranę postrzałową – bardzo blisko serca. Nie miała szans. Potem mówili że to jakaś zabłąkana kula. Kasia była w ciąży. Pod jej sercem żyła dziewczynka.
Następnych kolejnych chwil nie potrafiłbym zrelacjonować albo z powodu mojej rozpaczy – pamiętam, że moje serce rozpadało się na kawałki, albo z powodu silnych środków jakie załatwiał mi ojciec.
Kompletnie nie pamiętam następnych zdarzeń, ale z tego co potem opowiadał mi ojciec cały kampus został otoczony przez MOPOL – mobilną policję oraz regularną armię. Obóz został oficjalnie zamknięty, nas ewakuowano do Lagos. Kolejnego dnia – siedzieliśmy już w samolocie do Niemiec, bo tam wracał ojciec a ja miałem po kilku dniach wrócić do Polski.
Pakowaliśmy się w pośpiechu – gdzieś zawieruszyła mi się ostatnia wiadomość od Kasi. Zawsze będę później żałować, że jej nie odnalazłem. A najbardziej tego, że nie zostaliśmy na ceremonię pogrzebową – na ostatnie z nią pożegnanie. Ale też nie bardzo była taka możliwość.
W świadomości mojej na zawsze zapisze się to, że straciłem tego dnia dwie cudowne istoty z których jedna miała na imię Kasia a druga miała mieć na imię Adenike – bo tak chciała Kasia – Adenike – to ta która będzie miała koronę miłości na głowie.
W Polsce miałem wrażenie – że albo to wszystko było snem co przeżyłem, albo że jestem w Nigerii i śni mi się pobyt w Polsce. Przez długi czas w takich chwilach nie chciałem się budzić.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com