Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 42
CZĘŚĆ CZTERDZIESTA DRUGA
Stowarzyszenie Signum…
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Stowarzyszenie Signum#integracja#osoby z niepełnosprawnościami#język migowy#osoby niesłyszące#edukacja#równe prawa#mniejszości#Wydział Fizyki UW#Muzeum Techniki#Warszawa#Teoria Q
Stowarzyszenie Signum…
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Po odejściu Kotana odczuwałem wielką pustkę. Jednak później, prowadząc już własną firmę, będę zatrudniać Krzysztofa Piotrowicza, bliskiego pracownika Marka. Będziemy razem prowadzić szkolenia.
Jak pisałem wcześniej, byłem prezesem ogólnopolskiego klubu Apple'a, więc brałem aktywny udział w zlotach klubu w wielu miastach w Polsce. Czasem przychodzili do mnie niepełnosprawni ruchowo, którzy w komputeryzacji i w informatyce widzieli jakąś swoją szansę na zatrudnienie i w miarę normalne życie.
Po powrotach z takich zlotów dojrzewała we mnie myśl rozszerzenia czegoś, w czym już miałem spore doświadczenie. Kiedyś prowadziłem bardzo udane eksperymenty w integrowaniu młodzieży niesłyszącej ze słyszącą, więc czymś naturalnym była dla mnie możliwość rozszerzenia owej integracji na niepełnosprawnych ruchowo.
Czułem taką potrzebę, aby włączyć taką integrację do swojego klubu, podobnie jak włączyłem język migowy do zajęć młodzieży licealnej. Byłby to także pretekst, aby wrócić do nauczania języka migowego.
Założyłem Stowarzyszenie Signum – oczywiście kompletnie nie dbając o jakąkolwiek strukturę formalną. Tym bardziej że nie miało to żadnego kontekstu zarobkowego czy finansowego. Nagłośniłem je w mediach. Miałem tylko problem z tym, że nie bardzo mieliśmy się gdzie spotykać. Moje wynajmowane mieszkanie na Mokotowie było niewielkie. Pierwsze spotkania odbywały się w mieszkaniu mojej mamy na warszawskiej Chomiczówce – przy ulicy Renesansowej 5 m 10.
Na pierwsze spotkanie przyjechało około 50 osób. Na drugie ponad trzysta – trzeba było spotkanie rozbić na 3 etapy, gdzie dwie grupy czekały spokojnie na swoją kolej.
Było ciekawie, ponieważ przyjeżdżali głównie młodzi ludzie i nie tylko niepełnosprawni, ale także pełnosprawni, którzy chcieli się z nimi integrować. Niezależnie miałem grupę niesłyszących jako podgrupę całej inicjatywy.
Pamiętałem, że wszystkie sale wieczorami na Wydziale Fizyki UW stoją puste i głuche. Nic nigdy tam się nie odbywało od godzin popołudniowych do wieczornych czy nocnych. Tam przenieśliśmy wszystkie nasze spotkania. Na godzinę osiemnastą danego dnia, na naukę języka migowego, bywało, że przyjeżdżało początkowo około 50 osób, ale z czasem do nawet trzystu. W soboty i w niedziele sale tym bardziej były puste i niezagospodarowane. W weekendy, dwa razy w miesiącu, robiłem tam zloty niepełnosprawnych ruchowo. Szczerze pisząc, traktowałem to miejsce trochę jako swój folwark prywatny, ale wiedziałem, że naukowcy, asystenci, studenci tak bardzo są i będą zajęci sobą, że nikt nie zainteresuje się naszymi spotkaniami.
Co najwyżej widziałem od czasu do czasu wyrazy zdziwienia na twarzach fizyków z pytaniem: co się tu właściwie dzieje? Ale to kwitowano krótkim: a to jakaś nowa inicjatywa dziekana, pewnie, by zainteresować młodzież fizyką.
Poniekąd tak trochę było – co prawda nie dziekana inicjatywa, ale moja, ale na spotkaniach bywało, że opowiadałem o fizyce współczesnej. I tak spotykaliśmy się przez 3 czy nawet 4 miesiące, przez nikogo nie niepokojeni.
Po tym okresie jednak pojawił się gdzieś w prasie artykuł chwalący Wydział Fizyki za cenne inicjatywy dla integracji niepełnosprawnych z pełnosprawnymi na fundamencie wzbudzania zainteresowania samą fizyką. Widziałem, jak w popłochu delegowani z dziekanatu szukali, tropili, śledzili, dochodzili, co tak naprawdę się dzieje, kto za tym wszystkim stoi. Nikt nigdy nie dotarł do mnie, ale dla mnie był to sygnał, że czas się wynieść z szacownych murów Wydziału Fizyki.
Miałem dylemat trudny do rozwiązania. Kto nam bowiem nieodpłatnie użyczy sali na spotkania?
W desperacji poszedłem poszukać czegoś w pobliżu, czyli w Pałacu Kultury i Nauki w centrum Warszawy, ale zanim dotarłem do głównego wejścia, zatrzymałem się na moment przy Muzeum Techniki, które mieściło się w jednej z przybudówek Pałacu naprzeciw Dworca Centralnego.
Niezapowiedziany spróbowałem swojego szczęścia i pomaszerowałem wprost do dyrektora muzeum. W sekretariacie poinformowano mnie oczywiście, że dyrektor nie ma czasu, że trzeba się indywidualnie umówić itd. Uparłem się jednak, że w takim razie proszę o tylko 3 minuty audiencji.
Dyrektor przyjął mnie. Okazał się nim przesympatyczny starszy człowiek, niezwykle dystyngowany i uprzejmy – Pan Dyrektor Jasiuk. Nie podziękował mi jednak po upływie 3 minut. Rozmawialiśmy ponad godzinę, podczas której opowiadałem mu o swojej idei. A ideę miałem daleko wykraczającą poza samą tylko integrację niepełnosprawnych z pełnosprawnymi.
Moim pomysłem było to, aby szeroko propagować ideę rezygnacji ze stygmatyzowania ludzi niepełnosprawnością. Owszem, gdzieś w papierach to powinno pozostać ze względu na zasiłki, zapomogi itd. Ale niekoniecznie powinno to się przekładać na życie codzienne czy medialne.
Przecież większości niepełnosprawności nigdy nie widzimy. Przecież nie wiemy, kto ma niepełnosprawne serce, nerki, inne narządy. Więc sam akt stygmatyzacji ograniczający się do określania tym terminem wszystkich z widocznymi formami niepełnosprawności jest wysoce niesprawiedliwy i amoralny.
Dlatego zamiast operować terminem "niepełnosprawni" optowałem za tym, aby mówić i pisać o mniejszościach. I tak na przykład niepełnosprawni ruchowo budowaliby pełnosprawną mniejszość kinetyczną, niesłyszący – albo jak się ich powszechnie określało "głusi" – jako mniejszość językową, niewidomi – jako mniejszość wizualną i itd.
Powszechnie zawsze traktowano Równe Prawa Mniejszości w każdej demokracji jako miernik dojrzałości wartości demokratycznych, ale w praktyce sprowadzało się to jednak do swoistego aktu łaski wobec mniejszości.
Zastanawiałem się, co zrobić, aby zniwelować w naturalny sposób ten efekt. Rozwiązanie przynosi tak naprawdę sama Teoria Mnogości i pojęcie zawierania się zbiorów w siebie. Należy zrobić tylko jedną rzecz – zrezygnować z pojęcia "większość" albo zneutralizować to pojęcie. Wtedy równość praw będzie czymś naturalnym, o co nie trzeba będzie walczyć. Pojęcie "większość" zawsze będzie prowokować do tworzenia dyktatu większości nad mniejszością, a może i nawet dyktatury większości.
A teraz wyobraźmy sobie, że Całość to jeden wspólny wielki zbiór zawierający wszystkie podzbiory – pełnosprawnych i wszystkie mniejszości kinetyczne, językowe i inne. To przecież podzbiór, czyli de facto Mniejszość Największa, czyli Największy Podzbiór, to właśnie Pełnosprawni, ale jednak to tylko jedna z Mniejszości wobec Większościowego, całego, pełnego zbioru.
To pojęcie można zresztą wygodnie rozszerzyć na kwestie wartości demokratycznych i wreszcie uczynić równe prawa dla wszystkich czymś logicznym i spójnym. Wyobraźmy sobie Zbiór Wszystkich Obywateli Polskich. To byłaby jedyna, neutralna Większość. To do niej należałiby wszyscy rodowici Polacy, czyli polskiej narodowości, jak i inni z polskim obywatelstwem. I największą, naturalną mniejszością byliby Polacy polskiej narodowości. Ale razem z innymi mniejszościami nie stanowiliby wreszcie różnicy jakościowej, ale wyłącznie ilościowej.
Podobnie w kwestiach obyczajowych. Większość to wszystkie preferencje. Największa mniejszość to heteroseksualni, jedna z mniejszości to homoseksualni.
Dyrektor zapytał tylko, skąd się wziąłem, z której planety. Ale zapytał o to życzliwie, bez złośliwości, zachwycając się moją koncepcją do tego stopnia, że miałem zapewnioną salę dwa razy w miesiącu na moje zloty, za darmo, bez jakichkolwiek odpłatności, w renomowanym Muzeum Techniki.
Dyrektor Jasiuk dotrzymał swojego słowa i przez wiele lat będziemy się u niego spotykać. Niezależnie dyrektor wprowadził mnie w polskie elity inżynierów, naukowców, aktorów, artystów.
Otworzyło to kolejny etap w moim życiu, a tak naprawdę wiele etapów.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com