Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 60
CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA
Poza Horyzontem Interpretacji
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Poza Horyzontem Interpretacji#sen#pamięć#przyszłość#świadomość#subiektywne doświadczenie#Warszawa#1987#Teoria Q
Poza Horyzontem Interpretacji
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Oto nadszedł ten moment – umiejscowiony bardzo dokładnie w czasie.
Takie wydarzenia na zawsze się pamięta.
Pewnie większość z nas, dorosłych, pamięta dokładnie nie tylko dzień 11 września 2001 roku jako tragedię World Trade Center, ale także to, co robiliśmy danego dnia i że na przykład był wtorek.
Ze mną jest podobnie, jeśli chodzi o datę 10 marca 1987 roku.
To także był wtorek. W świecie zewnętrznym nic specjalnego się nie wydarzyło, ale pamiętam, że był całkiem mroźny dzień – temperatura była poniżej zera, bo musiałem skrobać szyby w samochodzie. Na początku marca było natomiast jeszcze chłodniej.
Tego dnia był senny, mroźny wtorek. Poszedłem spać jak zwykle ok. 23.00.
I tak można by było streścić ten niesamowity dzień, gdyby nie poranek następnego dnia. I potem całe kolejne 51 lat.
Proste obliczenie wskazuje, że kolejne 51 lat od roku 1987 to rok 2038, a piszę te słowa w piątek, dnia 2 października 2026 roku. Więc coś tu nie gra, prawda?
No właśnie.
Naprawdę długo się zastanawiałem, czy w ogóle opisywać tę historię, w którą sam nie całkiem wierzyłem i której prawie nikomu nigdy nie opowiadałem.
Dopiero stosunkowo niedawno poznało ją kilka osób – kilkoro moich przyjaciół z platformy qLogos, którą tworzę dla Polaków, a potem innych nacji, mieszkając na stałe w Kambodży.
Zatem bez żadnych dalszych wstępów i uzasadnień opowiem tę historię bez retuszu, oczywiście bardzo ogólnikowo i cząstkowo, bo nie jest łatwo streścić życie przez pełne 51 lat.
Ale po kolei – choć trudno tu będzie mówić o liniowości:
Wybudziłem się jak zwykle ok. 9.00 rano – słońce już grzało, ale poranek był stosunkowo chłodny, pamiętam, że było zaledwie ok. 63 stopni Fahrenheita, to ok. 17 st. Celsjusza.
No i powitał mnie Dioni, czyli nasz Dionizos, oznajmił mi, że właśnie jest piątek i czas wstawać. Bach (Bachus) szykował śniadanie. Imiona nadała im niedawno Jeniffer, moja partnerka. Wprowadziła dużo zmian w domu – wprowadziła się ze swoimi zwyczajami kulinarnymi, czyli razem z ko-inteligencją kulinarną, ( tak nazywaliśmy system kiedyś zwany Sztuczną Inteligencją) co substancjalizował Bach, wymieniliśmy wszystkie meble na jej życzenie i matryce holograficzne na bardziej nowoczesne.
Miałem dziwny sen, ale nie pamiętałem szczegółów – dziwiło mnie tylko to, że jest piątek, ponieważ mentalnie, nie wiedzieć czemu, byłem nastawiony na środę.
Nie mogłem się nadziwić – że gdzieś mi umknęła środa i czwartek.
Pamiętam, że tego poranka dochodziłem do siebie znacznie dłużej niż zwykle.
Poszedłem do ogrodu na swoje codzienne ćwiczenia Tai Chi.
Pamiętam, że kochałem zapach natury – bardzo specyficzny zapach i nisko zawieszone niebo. Miałem zawsze wrażenie, że delikatne chmurki są na wyciągnięcie ręki.
Urodziłem się w rodzinie architektów. Dokładnie w roku 2128, 15 stycznia, w miejscu, z którym związałem się na prawie całe swoje życie. Pamiętam, że moja mama powtarzała, że urodziłem się w czasie pełni księżyca, a to wróżyło, że życie będę miał pełne nieprzewidywalnych przygód. Moi przodkowie pochodzili z Polski, z wschodnioeuropejskiego kraju, dlatego zawsze będę się interesować historią tego miejsca.
Moją stałą partnerką została Jeniffer, druga, po Sally, moja Miłość.
Jeniffer była przeciwieństwem postrzelonej i niestabilnej uczuciowo i emocjonalnie Sally. Może dlatego głównie się rozstaliśmy. Jeniffer nie tylko była namiętnością mojego życia – ale potrafiła być prawdziwą partnerką i przyjaciółką.
Motyle w brzuchu kiedyś minęły – ale pozostał szacunek, pożądanie i partnerska relacja pomiędzy nami. Chyba nawet bardziej ufałem jej – niż sobie. Jeniffer była po japonistyce – jej korzenie sięgały tego starożytnego kraju. Mówiła świetnie po japońsku, miała tam praktyki co kilka lat i studiowała kulturę i zwyczaje tego kraju.
Mikro – Japonię mieliśmy w związku z tym w naszym ogrodzie, włącznie z namiastką lasu bambusowego z Kioto. Czasami uczyła mnie japońskiego i po pewnym czasie poznałem alfabet katakana, hiragana i symbole kanji.
Dziesięć lat później, 30 stycznia 2162 roku, urodzi się nasz pierwszy syn – Neil.
On także urodzi się podczas pełni księżyca, pamiętam, że będzie wtedy sobota.
Niezwykle zdolny, ciekawy świata, ale o spokojnym usposobieniu i dziecko wielu talentów. Będę z niego dumny wielokrotnie.
Trzy lata później urodzi się Paul, także w styczniu, ale bardzo blisko początku, 3 stycznia 2165 roku, podobnie jak ja, w czwartek. Będzie przeciwieństwem Neila.
Niezwykle energiczny, bardzo wesoły i pełny życia. Łączyły nas styczniowe daty urodzin, z wyjątkiem Jeniffer urodzonej w Dniu Przyjaźni i Miłości, czyli w 2126 roku 14 lutego w Walentynki.
Nie będę opisywać szczegółowo naszego życia, bo zapełniłoby to pewnie kilka książek, ale pamiętam wiele ważnych i nieważnych wydarzeń. Wiele świąt, jakie celebrowaliśmy, a mieliśmy swoje prywatne także święta, wiele kłótni, pojednań, wspólnych podróży po różnych zakątkach świata. Chociaż ja bardziej się udzielałem naukowo i lokalnie.
Jeniffer podróżowała częściej sama, czasem z synami.
Nie pamiętałem wielu nazw, semantyki języka, jakim się głównie posługiwaliśmy, z wyjątkiem kilku określeń po japońsku i nazw własnych, o których opowiem później.
Pamiętam wiele zapachów, emocji, uczuć nieporównanie mocniej niż twarde fakty z życia. Pamiętam kolejne rewolucje technologiczne i biotechnologiczne oraz wiele zdarzeń losowych na mapie świata. Epoki wojen i państw politycznych mieliśmy daleko za sobą. O ile dobrze pamiętam – największy przełom nastąpił w 2038 roku.
Wtedy ludzie odkryli jak wiele istniało zła na świecie – które generowali politycy, w imieniu koncernów oraz po to aby skutecznie utrzymać władzę.
Nastąpiła Wielka Rewolucyjna przemiana – państwa polityczne – przestały istnieć.
Państwa były odtąd zarządzane przez kompetentnych menedżerów i fachowców różnych branż. Współpraca pomiędzy państwami definiowana była zgodnie ze strategią win- win.
Moje życie toczyło się szczęśliwie w enklawie nauki i działań badawczych.
Wiele moich prac znalazło finał w Salonie Prezentacji, który utrwalał holograficzne obrazy w stałą ekspozycję dzięki elastomerom ciekłokrystalicznym, plastycznym pod wpływem światła.
Kształt wielu obiektów domowych nadawały żele i różne siatki plastyczne, także reagujące na światło.
Neil pójdzie trochę w moje ślady – zostanie fizykiem akademickim, będzie miał stabilną, fantastyczną partnerkę i córkę Conny, moją wnuczkę.
Paul będzie zafascynowany archeologią i będzie miał wiele partnerek, by w rezultacie z nikim na stałe się nie wiązać, ale będzie miał dwójkę dzieci.
Niesamowite jest to, że w miarę spójnie pamiętam wiele chronologicznych zdarzeń, mniej lub bardziej ważnych, ale większość nazw, określeń, lokalizacji zatarła się w pamięci. Pamiętam doskonale twarze moich znajomych, przyjaciół z tego okresu, emocje z nimi związane, a nie będę w stanie odtworzyć sobie ich imion, nazwisk, miejsc spotkań. Mam natomiast wiele obrazów w pamięci, wiele wizualizacji.
Tak czy owak – mija dokładnie 51 lat.
Mieszkamy z Jeniffer w innym miejscu – na skraju akademickiego miasteczka, którego ani nazwy, ani lokalizacji nie zapamiętałem, w pobliżu ogromnego parku japońskiego, który często odwiedzamy. Nasz poprzedni wielki dom przekazaliśmy Neilowi i jego rodzinie.
Lubimy także jeździć do centrum. Zbudowane jest z kamienic z czerwonej cegły, w starym, trochę surowym stylu. Zamiast rynku jako takiego jest pasaż promenady biegnący środkiem. Z miejscem tym sąsiaduje spory stadion sportowy.
Od dawna, od ponad stu lat, operujemy zdecentralizowanymi kryptowalutami i zdecentralizowaną gospodarką.
Mógłbym podać tysiące dalszych szczegółów, ale przejdę od razu do roku 2203, czyli do czasu w którym minęło 51 lat.
Mamy zwykły dzień, 10 marca 2203 roku. Mam 75 lat, ale zachowałem całkiem imponującą sprawność i fizyczną, i umysłową. Średnia życia wynosi w tym czasie od 120 do 130 lat – to zależy od regionu i stylu życia.
Idę wcześniej spać, ponieważ jutro, w piątek, czeka mnie ważny eksperyment w naszym laboratorium o nazwie, którą zapamiętam – St.Germain.
Pamiętam ostatnią myśl, jaka mi przyszła do głowy przed zaśnięciem:
– Ach, jak to cudownie by było mieć ponownie dwadzieścia kilka lat.
…
Obudziłem się późno – czułem, że chyba zaspałem, i dziwiłem się, dlaczego Dioni mnie w porę nie obudził. Nie było jednak po nim śladu. Byłem w miejscu, którego przez długie minuty nie byłem w stanie rozpoznać. Czułem, że coś ze mną nie tak.
Podbiegłem do lustra i zobaczyłem w nim twarz młodego człowieka.
Byłem pewien, że śnię i że zaraz się obudzę.
Powoli, bo przez kilka godzin, nakładały mi się wspomnienia z Przyszłości z moim życiem w realu.
Opornie, ale jednak dochodziło do mnie, że jestem, że obudziłem się w 1987 roku, dnia 11 marca, w Warszawie. Była środa, a nie oczekiwany piątek.
Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało – nie przez kilka godzin, ale przez następne kilkadziesiąt lat. Jakkolwiek to brzmi, przeżyłem w jedną noc 51 lat z całym, potężnym bagażem wspomnień, których większość do dziś zachowam.
Nie sposób opisać, jak się czułem jako 75-latek w ciele 24-latka, co przeżywałem, zdając sobie sprawę, że straciłem nie tylko Jeniffer, ale całą swoją rodzinę, cały swój świat, w którym tak dobrze się czułem.
Nie byłem skłonny do myślenia ezoterycznego czy metafizycznego – nie potrafiłem, bo stałoby to w jawnej sprzeczności z moją wiarą w potęgę nauki oraz racjonalnego myślenia. Dosłownej wędrówki w czasie ani sprzęgnięcia Światów Równoległych w ogóle nie brałem pod uwagę. Raczej przerażała mnie myśl, że mój własny mózg płata mi jakieś figle, że może coś jest nie tak z moim umysłem.
To, że wszystko było wynikiem wyobraźni sennej, to było dla mnie jasne od początku, ale to, co mnie przerażało, to poczucie realności tych wyobrażeń, ogromna przestrzeń interwału czasowego, no i niewytłumaczalny żal po utraconej rodzinie, po utraconym życiu. Przez wiele lat tłumaczyłem to sobie jako retransmisję mojego prawdziwego życia i prawdziwych przeżyć – przecież ja już byłem w podobnej sytuacji, przenosząc się z zachodniego świata do PRL-u, czyli jakby lokalnej przeszłości.
To, co przyjmowałem jako niepokojące i nienormalne, to stan długiej żałoby po utraconych bliskich – z tego najbardziej nie mogłem się wyzwolić.
Lęk o jakieś błędne funkcjonowanie mojego umysłu skutecznie powstrzymywał mnie przed pójściem z tym problemem do psychiatry czy choćby terapeuty.
Czułem, że sam muszę się tym wszystkim uporać.
Z biegiem czasu mój umysł coraz lepiej powracał do normalnego świata.
Obraz teraźniejszości coraz skuteczniej nakładał się na obrazy wspomnieniowe, ale nie kasował ich, a dalej zatrzymywał w pamięci.
Do pełnej rzeczywistości wróciłem dopiero po 3 miesiącach, ale żałoba utrzymywała się ok. półtora roku. Nie rozpamiętywałem tego okresu, postanowiłem także z nikim na ten temat nie rozmawiać. Jak ktokolwiek by mógł mi uwierzyć, że w jedną noc można przeżyć 51 lat ? skoro ja sam sobie nie wierzyłem? Przeżyłem nieprawdopodobnie Performatywny Sen – kondensujący 51 lat w jedną zwykłą noc.
I tak by pewnie do dziś pozostało, gdyby nie pewne fakty, które się zaczęły pojawiać w realnej rzeczywistości, i gdyby nie fakt, że po wielu latach znalazłem swoje miejsce z Przyszłości w realnym świecie, mniej więcej tak, jak je zapamiętałem ze swojego snu.
Mam też obiektywne ciekawe obserwacje związane z moim snem.
Otóż w 2005 roku postanowiłem wyprzedzić aktualną linię czasu i wprowadzić kilka elementów z przyszłości. Nie udało mi się, spotkało się to wszystko z niezrozumieniem, pogardą i ośmieszeniem, ale opowiem o tym później.
Nie chcę przez to powiedzieć, że w ten sposób uwiarygodniłem ten sen sam przed sobą jako rzeczywiste zjawisko fizyczne. Oczywiście, że nie.
Raczej pogodziłem się z faktem, że do dziś nie wiem, co mam o tym myśleć, i nie tworzę na siłę żadnych teorii zastępczych.
Z pokorą przyjmuję, że nie wiem, jak to wytłumaczyć.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com