Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ

CZĘŚĆ DWUDZIESTA DRUGA

Szok stanu wojennego. 13 grudnia 1981.

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#stan wojenny#13 grudnia 1981#PRL#Warszawa#Jaruzelski#opozycja#druk podziemny#edukacja#matematyka#fizyka

Szok stanu wojennego. 13 grudnia 1981.

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Obudziłem się jak zwykle. Miałem komponenty na śniadanie w lodówce, więc nie musiałem pędzić do sklepu. Za oknem kłębiły się potężne zaspy śniegu.

Pomyślałem sobie, że to właśnie Zadymka, o której śpiewał Marek Grechuta. Zima stulecia, potęga żywiołów natury, w pewnym momencie swojej masy krytycznej zrównuje miasto ze wsią, czyniąc je tak samo nieprzejezdne i zablokowane.

Wpierw rozległ się dzwonek do drzwi i jedna z moich młodocianych sąsiadek z wypiekami na twarzy i roztrzęsieniem mówiła, że ogłoszono stan wojenny, prosiła, abym włączył telewizor. Potem wysłuchałem sztywnego przemówienia generała w mundurze z ciemnymi okularami, gdy z przejęciem mówił o konieczności wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, podkreślając często słowo „odpowiedzialność".

Nie było to przypadkowe słowo – o jego znaczeniu i interpretacji dowiedziałem się dopiero znacznie później.

Za kilka godzin przed moim domem pojawił się sznur gazików wojskowych, a za nim podążały regularne czołgi. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przed moimi oczami wydarza się historia, którą całe pokolenia będą i za tysiąc lat wspominać.

Spodziewałem się, że pojawi się jakiś dramat. Nikt dobrowolnie nie oddaje swojej władzy, przecież. Tym bardziej, gdy stoi za nim cały Układ Warszawski bloku wschodniego.

Obawiałem się tego, że może albo dojść do zbrojnej radziecko-niemieckiej interwencji, albo do siłowego rozwiązania wewnętrznego, które może być powodem wojny domowej. Ogłoszony stan wojenny pokazywał, że polska partia sama chciała rozwiązać kryzys społeczno-gospodarczy, bez obcych sił. Ale nie było żadnej gwarancji, że nie pogłębi to kryzysu i nie doprowadzi do wojny domowej.

Aby zminimalizować prawdopodobieństwo takiej wojny, aresztowano jednej nocy niemal wszystkich istotnych, wpływowych liderów i działaczy opozycyjnych.

To było oczywiste pod kątem strategicznym, czego do dziś wielu Polaków nie może zrozumieć. Nawet mocno zbuntowany naród bez swoich liderów jest jak zwierzę bez głowy – ubezwłasnowolniony i niezdolny do jakiegokolwiek działania. I tak właśnie miało być.

Słabo to natomiast świadczyło o inteligencji i strategii liderów opozycji, że tak łatwo dali się aresztować, że nie przewidzieli takiego zdarzenia.

Przez kolejne miesiące, a potem lata, moje życie zostało zdeterminowane przez stan wojenny w Polsce. Ale nie dlatego, że byłem jakimś działaczem politycznym, nie dlatego, że udzielałem się ideologicznie, ale dlatego, że dopasowałem się do zaistniałej sytuacji, żeby po pierwsze jak najlepiej przetrwać, po drugie aby zorganizować sobie niezbędny spokój do rozwoju oraz by uczestniczyć aktywnie w wydarzeniach, ale na mój sposób, wedle mojego planu.

I tak miałem za jakiś czas własną mini-drukarnię sitodruku, która nigdy nie wpadła, gdzie owszem okazjonalnie drukowaliśmy ulotki, ale zarabialiśmy na wydawnictwie książek opozycyjnych. Miałem później swój wkład w drukowanie fałszywych kartek na benzynę, kartek żywnościowych.

Nigdy nie wpadłem na niczym, potrafiłem zadbać o swoje i swoich ludzi bezpieczeństwo.

Ale paradoksalnie nie przysporzyło mi to ani dumy, ani chwały, bo nigdy nie mogłem się pochwalić jakąś własną, indywidualną martyrologią, żadnym prześladowaniem, więzieniem czy choćby przesłuchaniami.

Niezależnie zarabiałem na korepetycjach i przygotowaniem gruntu do późniejszej mojej firmy edukacyjnej. Szukałem po latach takiego rozwiązania, aby mieć ciastko i zjeść ciastko jednocześnie, czyli by nie stanąć nigdy przed dylematem, czy lepiej mieć, czy lepiej być. Dlatego poszedłem później po latach w stronę, owszem prywatnej firmy, ale takiej, która nie hamowałaby mojego rozwoju, a wręcz przeciwnie – stymulowała mój rozwój. Rozwiązaniem okazała się firma edukacyjna. Dlatego nie musiałem nigdy sprzedawać dżinsów na stadionie czy podróżować z kremami Nivea po Europie Wschodniej, ale o tym później.

Na razie mamy koniec roku 1981.

I przede mną matura i pewien odważny pomysł, który pomoże mi połączyć w jedną dziedzinę moje skrajnie przeciwległe pasje. Z jednej strony matematyka i fizyka, a z drugiej poezja jako geometria języka i semantyki.

Jednocześnie z mechaniką kwantową oraz teorią względności odkrywam niesamowity świat Malinowego Chruśniaka Bolesława Leśmiana z jego swoistą kosmologią, ubraną w podróże Eliasza. Zaczynam zauważać i pasjonować się wspólnymi fundamentami owych światów.

Jak już przyzwyczajamy się z czasem do codziennych trudów stanu wojennego i jak zaczynamy względnie normalnie funkcjonować i radzić sobie z nową codziennością, jak mam okazję, uciekam w świat moich pasji, dodając do tego lektury pasujące do bieżącego czasu. Oprócz poezji pochłaniam Pamiętniki Leopolda Tyrmanda.

Aby nie tracić czasu, zastanawiam się, jak to wszystko połączyć z obowiązkiem zdania matury, i przychodzi mi do głowy pewien bardzo odważny, ale i genialny zarazem pomysł.

A może wykorzystam fakt, że byłem na placówce, że jestem wciąż średnio dostosowany do systemu szkolnictwa w Polsce, i zaproponuję nie jakieś ulgi dla siebie, ale wręcz przeciwnie – opracowanie pracy, która połączyłaby w jedność Leśmiana, matematykę i współczesną fizykę. Gdyby szkoła zgodziła się na obronę takiej pracy na przykład na pół roku przed oficjalną maturą i gdybym ją skutecznie obronił, miałbym półroczne ponad wakacje. A jeśli nie, zdawałbym egzaminy maturalne razem ze wszystkimi.

Czyli strategia win-win w czystej postaci.



MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się