Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ DWUDZIESTA SIÓDMA
Spotkanie Dawida z – Gigantem i Goliatem
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Artur Sandauer#Adam Sandauer#Marian Butrym#Grzegorz Białkowski#Bolesław Leśmian#fizyka#poezja#autorytet#krytyczne myślenie#media#Życie Warszawy#Razem
Spotkanie Dawida z – Gigantem i Goliatem
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Zaraz po zdobyciu pierwszej nagrody w konkursie matur pojawiłem się na pierwszej stronie bardzo poczytnej wówczas gazety – w „Życiu Warszawy".
I myślałem – że to symboliczne dopełnienie mojego sukcesu. Nie spodziewałem się, że to będzie dopiero początek – całej kaskady dalszych zdarzeń – które wtedy bardzo mocno mnie promowały.
Posypały się liczne propozycje wywiadów w radiu, obszerny wywiad w młodzieżowym piśmie „Razem" – włącznie z okładką – i wiele propozycji ciekawych dalszych spotkań.

W „Razem" – aby nie było przykro mojej partnerce – uparłem się, aby ilustracją do wywiadu było moje wspólne z nią zdjęcie. Pomyślałem sobie wtedy pół żartem, pół serio – i powiedziałem to na głos – że musi być takie dopełnienie – bo sam Tymochowicz będzie dziwolągiem dla czytelników – a Tymochowicz w objęciach pięknej Doroty zyska na normalności – a dla czytelnika to będzie miało lepszy wymiar estetyczny, który generuje nie tylko intelekt – ale i piękna dziewczyna.
Pamiętam, że Dorota i tak się trochę obraziła na mnie – bo zażartowałem dalej, że największe nieszczęście, jakie mogłoby się przytrafić naszym ewentualnym potomkom, to odziedziczenie mojej „urody" i jej intelektu.
Ale moje poczucie humoru spodobało się jednemu z redaktorów muzycznych, który pracował w redakcji „Razem" i miał swój własny dział – zawsze na ostatniej stronie – zatytułowany – w kontraście do strony pierwszej – „OSOBNO". To był Marian Butrym – z którym od tego momentu mocno się zaprzyjaźniłem. Miał równie frywolny i dowcipny sposób bycia jak zaprzyjaźniony Marek Piwowski.
To od niego przejąłem wiele określeń semantycznych – takich jak: „nabzdyczenie" na przykład – czy „syndrom chronicznego nabzdyczenia" – lub określenie, że Polacy wydają się mieć zrośnięty z kręgosłupem kij od szczotki.
Po owych wywiadach zadzwonił do mnie asystent Artura Sandauera – wielkiego krytyka literackiego. Zaproponował mi spotkanie. Pamiętam fantastyczną i bardzo długą rozmowę z profesorem, który od lat pasjonował się poezją Bolesława Leśmiana – i gratulował mi przenikliwych analiz, ponieważ zapoznał się z moją pracą.
Powiedział mi, że od wielu lat podejrzewał jakieś tajemnicze związki poezji Leśmiana z fizyką – ale za mało wiedział o samej fizyce, by obszerniej o tym pisać. Choć kilka razy w swoich krytycznych tekstach literackich o tych związkach – rzeczywiście wspomniał.
Bywałem w domu Sandauerów dość częstym gościem – na niekończących się przyjacielskich dyskusjach o życiu, o literaturze, o poezji, ale również o miejscu człowieka w tym świecie. Z biegiem czasu zaprzyjaźniłem się również z jego synem, który był starszy ode mnie – z Adamem Sandauerem. Kiedyś Adam zażartował, że ciekawe, iż jego ojciec nigdy z nim takich dyskusji nie prowadzi – i pamiętam – zażartował: „No ładnie – ciekawe, komu z nas zapisze swój spadek".
Zapisał oczywiście Adamowi – ale nasza przyjaźń trwała wiele lat – do samego końca życia Adama. Adam był twórcą stowarzyszenia „Primum non nocere" pacjentów pokrzywdzonych przez lekarzy – i często w ich imieniu prowadził prawne boje. Natomiast swoistą tradycją było to, że u Adama spotykała się pokaźna część elity intelektualnej ówczesnej Warszawy. Ale takiej elity, która znacznie bardziej mi odpowiadała od pseudoelit politycznych – czy elit przesiąkniętych odorem polityki.
Co ciekawe – prawie równolegle do spotkania z Arturem Sandauerem – doszło do mojego spotkania z profesorem Białkowskim – wielkim fizykiem teoretykiem oraz jednocześnie poetą, który także interesował się Leśmianem.
Ale jakże to było inne spotkanie.
Profesor Białkowski zaprosił mnie do swego gabinetu, powiedział, że słyszał o mojej pracy – przedstawiającej wizje styczne Leśmiana i współczesnej fizyki. Zaczął jednak mówić w tonie wzburzenia i tłumionej agresji, podszytej sarkazmem.
„No to chciałem «szanownemu» studentowi pogratulować wyjątkowego cwaniactwa w tym, aby wcześniej zaliczyć maturę i bez egzaminów dostać się na studia – ale przede wszystkim «gratuluję», że zrobiłeś tym wszystkim durniom siano z mózgu, pisząc absurdalne rzeczy o łączeniu poezji z fizyką jako nauką przyrodniczą – a oni wzięli to za dobrą monetę – i jeszcze dali ci nagrodę. Napisałem swój protest niedawno" – zakończył.
Byłem zszokowany takim podejściem do mojej pracy – ale i do mnie samego. Zadałem profesorowi tylko jedno pytanie: „Czy czytał pan moją pracę?"
Profesor odpowiedział, że nie ma czasu na studiowanie takich bzdur – ale że słyszał wystarczająco dużo, aby wyrobić sobie zdanie na jej temat. Powiedziałem mu, że rozumiem – bardzo dziękuję za zaszczyt spotkania z nim – i nic więcej nie powiedziałem.
Jego opinia nie zachwiała moim poczuciem własnej wartości – nie wywołała także trwałej niechęci do niego. Pamiętam, że w kilka tygodni później kupiłem w księgarni naukowej książkę jego autorstwa – „Fizyka klasyczna" – ponieważ opisywała transformacje raczej językiem nowoczesnej algebry i geometrii Minkowskiego niż za pomocą klasycznych ujęć.
Tak czy owak – było to bardzo dla mnie przykre spotkanie. Nie mogłem zrozumieć – skąd ta tak wielka agresja i chęć poniżenia mnie – przy jednoczesnym przyznaniu, że nie wiedział za bardzo, o czym mówił.
Tak ideał sięgnął bruku. Wtedy chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, że owszem – można być genialnym w jakiejś jednej czy kilku dziedzinach – ale to nie musi oznaczać, że owe kompetencje można przenieść na inne dziedziny. Zrozumiałem także, że na wielkie autorytety należy patrzeć z dystansem i również krytycznie – bo mogą w wielu kwestiach się mylić i sami własnych błędów nie dostrzegać.
Na szczęście opinia profesora Białkowskiego była odosobniona. Później dałem do przeczytania moją pracę innym fizykom – i nigdy nie słyszałem z ich ust żadnej krytyki.
Ale najbardziej nie poruszył mnie fakt krytyki jako takiej ze strony profesora Białkowskiego – ale jego negatywne domniemania o moich egzaminach czy intencjach – których nie miał prawa znać, a mimo to je komentował.
Tak czy owak – było to ciekawe doświadczenie, pokazujące – że budzę silne emocje. Pomyślałem sobie, że może dobrze – że wzbudzam emocje – ale trochę szkoda, że tak negatywne i bez wzajemności.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com