Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ DWUDZIESTA PIĄTA
Nieoczekiwane sukcesy i pierwsze ich koszty
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Liceum Lelewela#matura#praca maturalna#sukces#zazdrość#zawiść#wykluczenie#polska mentalność#edukacja#Warszawa#1982#Teoria Q
Nieoczekiwane sukcesy i pierwsze ich koszty
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Zgodnie z moimi planami, na przełomie stycznia i lutego 1982 roku odbyła się obrona mojej pracy maturalnej w Liceum Lelewela w Warszawie.

Budynek LO im. Lelewela - 1981
Pracy pod wymownym tytułem:
„Rewolucje w fizyce i ich zwiastowanie w leśmianowskim świecie wyobraźni”.
Obrona ta chyba bardziej przypominała obronę pracy magisterskiej niż maturalnej – jej oprawa była podobna. W pierwszej części miałem półgodzinną prezentację, a potem moi nauczyciele-promotorzy zadawali mi swoje pytania. Czyli najpierw Stanisław Falkowski, polonista, a potem Eugeniusz Machtyłowicz, fizyk. Potem były pytania dyrektor szkoły i zaproszonych gości specjalnych z Kuratorium Oświaty i Ministerstwa Edukacji.
Do audytorium miałem prawo zaprosić kilku moich przyjaciół z klasy. Zaprosiłem, pamiętam, tych, z którymi miałem najlepszy kontakt, ale żaden z nich nie przyszedł.
Praca powstawała w ciszy, nie opowiadałem nikomu z klasy o mojej pracy, ani o zamiarach, ani o tym, że będę miał wcześniej maturę. Nie sądzę też, aby kogokolwiek z nich to jakoś specjalnie interesowało. Żyliśmy w swoich własnych światach, raczej oddzielnych. Byliśmy także mało zintegrowani. Z powodu stanu wojennego odwołano nam tak Studniówkę, jak i potem Bal Maturalny. Pod kątem integracyjnym byliśmy więc chyba najbardziej poszkodowanym rocznikiem.
Pracę oczywiście obroniłem i czułem się szczęśliwy, bo tym samym miałem, tak jak pragnąłem, wcześniej maturę i święty spokój, by się zastanowić, co dalej z moją przyszłością. Moja partnerka miała swoje problemy, powoli w naturalny sposób trochę się do siebie zdystansowaliśmy. Ze szkołą łączyła mnie jeszcze formalność. Musiałem mieć planowo zaliczone wszystkie przedmioty, by obrona pracy była liczącą się maturą. Ale tu nikt z nauczycieli nie robił mi żadnych trudności.
W ciągu następnych dwóch tygodni powoli zbierałem do kolekcji wszystkie zaliczenia.
Nie mogłem tylko pojąć, dlaczego moja obrona i fakt wcześniejszego zaliczenia matury nie tylko stały się przedmiotem licznych plotek, ale bardzo dobitnie moi niektórzy koledzy i koleżanki bardzo otwarcie i często publicznie okazywali mi swoją niechęć, wręcz pogardę czy wrogość, jakbym coś zrobił ich kosztem, czy wbrew ich woli, czy gdyby to była jakaś dla nich przykrość.
Manifestowało się to w okrzykach typu:
„Teee geniusz” albo „Tymoch – magister od siedmiu boleści” albo „hej cwaniak, myślisz, że jesteś lepszy od nas, co?”.
To może zabawne, ale pierwsze gratulacje i życzenia miałem od swoich licznych kolegów, znajomych Niemców Wschodnich, Zachodnich i Amerykanów. A nawet nauczycieli tak z NRD, jak i z Berlina Zachodniego, ponieważ cały czas miałem z nimi sympatyczne kontakty. Jeden z moich znajomych kolegów skwitował to chyba najprościej, jak można było. Odpowiedział mi na pytanie, czym podpadłem:
– Niczym nie podpadłeś. To zwykła zazdrość, zawiść i jeszcze raz zazdrość – skwitował.
Wtedy chyba po raz pierwszy w tak mocny sposób doświadczyłem owej polskiej, nieposkromionej i niepohamowanej, ślepej zazdrości. Owszem, spotykałem się z nią w Polsce znacznie wcześniej, ale raczej w jakiś jednostkowych przypadkach. Teraz doświadczałem, czym jest wykluczenie z grupy, niepohamowana zazdrość i zawiść zbiorowa.
Pamiętam, że mocno to przeżyłem, choć i tak wiedziałem, że to nie ma znaczenia dla mojej przyszłości, bo i tak drogi nas wszystkich właśnie za moment się rozchodziły. Przeżywałem to jednak, ponieważ specjalnie zwracałem uwagę, by zachowywać się naturalnie i skromnie, nigdy się nie wywyższać ani nie eksponować swojego ego. Sam nie lubiłem ani tych z kompleksem niższości, ani sztucznie nabzdyczonych, czyli wywyższających się kolegów.
Teraz po latach diagnozuję to zjawisko jako patologiczną cechę narodową lub mentalnościową, jak kto woli. Ludzi, których nikt nie nauczył nie tylko tego, jak sobie dawać radę z agresją młodych samców, ale przede wszystkim z negatywnymi emocjami, takimi jak nienawiść, wrogość, zazdrość, zawiść, nie mówiąc o lękach i agresji.
A powinna to już robić kadra nauczycieli szkół podstawowych. Pytaniem tylko otwartym pozostanie, kto z nich potrafi panować nad agresją czy zawiścią.
Wtedy nie rozumiałem jeszcze, że to nie ja byłem winny takiej reakcji, i zastanawiałem się wielokrotnie, czy to ja coś może zrobiłem źle, a nie dwa systemy interferujące ze sobą.
System kościoła katolickiego, który nie tylko wbija już 8-letnie dzieci w permanentne poczucie winy, ale także ludzi w każdym wieku w przekonanie, że są nic niewarci, że są tylko nic nieznaczącym pyłem i popiołem na ziemskim padole.
„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”.
Człowiek w takiej wizji ma żyć pokornie, posłusznie wobec hierarchów kościoła, nie wychylać się z niczym i najlepiej cicho siedzieć jak mysz pod miotłą. Jeśli teraz nieoczekiwanie ktokolwiek wyjdzie przed szereg, natychmiast w umysłach wiernych rodzi się mimowolny bunt oraz właśnie zazdrość i zawiść.
„Jak to? Jakim prawem ktoś wychodzi przed szereg? Przecież wszyscy jesteśmy równi w beznadziei trwania, wobec prawa bożego, wobec kościoła – równi sobie i równi z nic nieznaczącym popiołem”.
Swoisty ten mentalny lifestyle interferował w tym punkcie z systemem PRL-owskiej pseudorówności. Podobnie ideałem była pokora wobec partii, wobec Związku Radzieckiego, niewychodzenie przed szereg, spełnianie rozkazów oraz niechęć wobec wszystkich, którzy odstają wobec szarego, mętnego i siermiężnego tłumu. Systemy te interferowały w tych punktach, wzmacniając się wzajemnie. Nie rozumiałem tego w pełni wówczas. Moje dalsze życie nieraz mi jeszcze pokaże, czym może być w Polsce zazdrość połączona z pogardą i zawiść połączona z agresją.
Przygoda z polską mentalnością dopiero się dla mnie zaczynała. Może nie byłem na nią przygotowany. Wcześniej widziałem tylko smętne miny, brak życzliwości, brak uśmiechu, o ponurość ludzi i dnia codziennego, przetykaną chwilami, w których można było o tym zapomnieć. Stan duszy polskiej coraz bardziej mi korelował z liczbą dni słonecznych w Polsce.
Nie ma ich za dużo w ciągu roku. Nieraz bardzo, bardzo długo.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com