Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ DWUDZIESTA ÓSMA
Zderzenie czołowe – Fizyki z Realiami tamtego świata.
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#fizyka#Uniwersytet Warszawski#Hoża 69#studia#fizyka teoretyczna#fizyka komputerowa#Fortran#edukacja#Warszawa#przyjaźń#doświadczenia studenckie#lata 80.
Zderzenie czołowe – Fizyki z Realiami tamtego świata.
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Rozpoczynam studia na wydziale fizyki UW przy ulicy Hożej 69.

Pierwsze wykłady nie wnoszą do mojej wiedzy nic nowego, ale mimo to – bardzo chętnie w nich uczestniczę. Fizycy są dobrze przygotowani i uczą mnie sławy związane z tą dziedziną. Mam zajęcia z profesorem Hoffmoklem, profesorem Woronowiczem, Aidukiewiczem, profesorem Dembińskim, ale również ze sławnym profesorem Maurinem i wieloma innymi.
Dodatkowo poznam później takie niezależne umysły jak profesor Białnicki-Bierut, profesor Namysłowski i profesor Rączka.
Jestem natomiast coraz bardziej zdegustowany samym systemem studiowania, który bardzo niepokojąco przypomina zwykłą szkołę – a nie moje własne wyobrażenie o prawdziwym studiowaniu, gdzie sam sobie wybieram zajęcia i tryb ich zaliczania.
Oprócz świetnych wykładów mam nieszczęsne ćwiczenia, które są prowadzone przez asystentów – którzy sami nie kryją, że traktują je jako dopust boży czy kulę u nogi. Niestety ćwiczenia są obowiązkowe, trzeba je zaliczać na podstawie kolokwiów jako warunek dopuszczenia do egzaminów.
To najczęściej zwykła strata czasu i wzajemne udawanie, że coś pożytecznego robimy.
Często to setowanie nudnych zadań i ewentualne ich mało kreatywne rozwiązywanie.
Najistotniejsze jest jednak to, że ćwiczenia te z asystentami słabo korelują z materiałem poznavanym na wykładach.
Kolejnym słabym dla mnie punktem jest połączenie w jednym zbiorze Fizyki Nauczycielskiej – przygotowującej do roli nauczyciela w szkole – oraz Fizyki Doświadczalnej, na którą musimy dwa razy w tygodniu jeździć na ulicę Pasteura w Warszawie. Ani mnie nie interesuje Fizyka Nauczycielska, ani Fizyka Doświadczalna.
Swoją przyszłość kojarzyłem wybitnie mocno z Fizyką Teoretyczną.
Niezależnie uczęszczam na zajęcia powstającej dopiero Fizyki Komputerowej.
Tam zapoznaję się z archaiczną najpierw metodą programowania za pomocą kart perforowanych, ale przy okazji uczę się języka programowania: Fortranu IV, potem wydajniejszego – Fortranu 77.

Intelektualnie rozumiem to połączenie dziedzin fizyki, bo studia są przystosowane do masy, a nie do jednostki – i rzeczywiście większość moich kolegów jest niezdecydowana, co robić w przyszłości. Poza tym można się w tym zestawieniu dopatrzeć głębszej logiki: warto nie tylko się uczyć fizyki czy czegokolwiek, ale jednocześnie nauczać – dopiero takie połączenie daje, zgodnie z zasadą Jeana Piageta, pełnię poznania. Poza tym, aby być świetnym teoretykiem, trzeba mieć jakieś minimum wiedzy o realnych doświadczeniach – tym bardziej że wielu fizyków teoretyków jest wręcz skazanych na współpracę z tzw. doświadczalnikami.
Jednak doświadczenia dydaktyczno-pedagogiczne mam już od wielu lat w postaci udzielania korepetycji nie tylko dla jednostek, ale całych grup uczniów, a doświadczenia – owszem, ale w jakimś ciekawym laboratorium. Natomiast to, co zastaję na Pasteura, to jakiś archaiczny zestaw ćwiczeń doświadczalnych, spisanych na brudnych kartonach i ze sprzętem, w którym mało co jest sprawne.
Nie buntuję się jednak, bo i tak by to nic nie zmieniło. Nie narzekam, a raczej próbuję się dostosować i wykonywać jak najszybciej obowiązkowe rzeczy, by mieć czas na zajęcia własne i na wykłady na innych uczelniach. Równolegle bywam na wydziale matematyki, informatyki – a potem dojdzie jeszcze filozofia.
Z kolegami mam świetne relacje, gdyż nie jest to już to samo towarzystwo co w szkołach średnich. Tu jednak łączą nas wspólne pasje i wspólne poznawanie świata.
Zaprzyjaźniam się z Arturem Sabajem, Maćkiem Guciem i wieloma innymi studentami.
Cierpimy wszyscy na znaczny deficyt studentek – ale w przyszłości będę sobie z tym radzić, uczęszczając na wykłady na polonistykę, gdzie akurat na brak pięknych studentek nie można było narzekać.
Z Arturem znajdujemy wspólną, niebezpieczną pasję w konstruowaniu widowiskowych materiałów wybuchowych.
Na sylwestra sami zamieniamy mieszkanie Artura w laboratorium czy małą fabryczkę i skupiamy się na produkcji nielegalnych fajerwerków.
Teren Pasteura, bezpośrednio przylegający do baraku fizyki doświadczalnej, otacza paskudny, rozwalający się płot metalowo-drewniany, który straszy tę okolicę od dobrych wielu lat. Kiedyś miał okalać specjalną strefę, gdzie miał być zbudowany akcelerator cząstek małej mocy, ale zabrakło środków i takowy nigdy nie powstał.
Z Arturem postanawiamy pomóc budowlańcom i wysadzić większą część płotu w powietrze, ponieważ fakt jego istnienia wymuszał okrężną drogę do budynku. Z ziemi okrzemkowej oraz nitrogliceryny budujemy bazę naszej substancji.
Aby zapewnić jednak maksymalne bezpieczeństwo i aby nikomu się nic nie stało, ogradzamy znaczny teren specjalnymi taśmami i dodatkowo tworzymy ze studentów ciekawych naszego eksperymentu specjalną służbę porządkową w bezpiecznej odległości, by nikt przypadkowy nie ucierpiał na naszym eksperymencie.
Cały płot – metodycznie, zgodnie z naszym planem – wyleciał w powietrze. Przynajmniej płot blokujący dojście do budynku.
Pamiętam, jak wszyscy byli zachwyceni i gratulowali nam świetnej precyzji.
Nigdy także nie mieliśmy z tego tytułu żadnych problemów, nigdy nie było żadnego dochodzenia. Ot, był płot – zniknął płot – i nikt się tym nie interesował.
Obaj mieliśmy z Arturem uzupełniające się doświadczenie w naszych eksperymentach, dlatego nikogo świeżego nie dopuszczaliśmy do naszych tajnych zajęć.
Ale nie przewidzieliśmy, że nasz wspólny kolega – Maciej Guć – tak nam pozazdrości naszej pasji, że będzie się starał sam, niestety podobne doświadczenie, zdobyć.
W tajemnicy przed nami zorganizował sobie z wydziału chemii wielki słój z azydkiem srebra w postaci ciała stałego.
Nie doczytał się, nikt go nie ostrzegł, jak bardzo to niebezpieczna substancja.
Maciej, będąc w domu, zaczął ubijać czy rozbijać ten azydek zwykłym, dużym nożem kuchennym, trzymając wielki słój pomiędzy swoimi nogami.
Maciej przeżył przerażającą detonację, ale części jego ciała trzeba było zdrapywać z sufitu. W ciągu zaledwie jednego roku przeszedł 18 skomplikowanych operacji, większość czasu będąc w śpiączce. Staraliśmy się regularnie odwiedzać Macieja w różnych szpitalach, czując na sobie ciężar współwiny, że niechcący rozbudziliśmy w Maćku albo chęć rywalizacji z nami, albo chęć dołączenia do naszego tajnego związku wybuchowych doświadczalników.
Pamiętam radość wielką, gdy Maciej się obudził, i potem staraliśmy się go wspierać w jego heroicznej walce o powrót nie tylko do życia, ale o powrót na wydział fizyki. Nie wiem, czy ostatecznie Maćkowi się udało skończyć studia, ale wiem, że z biegiem lat jego stan niestety się pogarszał. Maciej wylądował w końcu w ośrodku w Laskach pod Warszawą jako ociemniały.
Z Arturem często razem przygotowywaliśmy się do różnych kolokwiów i egzaminów.
Artur był świetnym przyjacielem i kompanem tak do nauki, jak i rozrywki.
Był bardzo odważny, człowiekiem ciekawym świata.
Niestety pewnego wakacyjnego dnia, gdy z dziewczyną spędzał czas w Mrągowie, w hotelu Mrągowia, znalazł się w bardzo nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. W tym czasie rywalizujące ze sobą gangi urządziły strzelaninę w korytarzach hotelowych. Artur niechcący znalazł się w jej samym środku, wychodząc niepotrzebnie z pokoju, by się dowiedzieć, co się dzieje.
Jak go znam, słysząc krzyki, myślał, że może trzeba komuś pomóc.
Artur został wielokrotnie postrzelony i zmarł przed przyjazdem pogotowia.
W taki niespodziewany sposób rzeczywistość i realia polskie wdzierały się brutalnie w nasze młode życie, nastawione na poznawanie tego świata.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com