Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ TRZYDZIESTA
Papieskie uzupełnienie… Papacebo.
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Jan Paweł II#Karol Wojtyła#papacebo#religia#Kościół katolicki#polska religijność#psychologia tłumu#wywieranie wpływu#PRL#Polska#wspomnienia
Papieskie uzupełnienie… Papacebo.
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Nie pisałem dotąd nic o pontyfikacie Jana Pawła II w 1978 roku ani o jego pierwszej wizycie w Polsce w 1979 roku.
Rok 1978 spędzaliśmy jeszcze w Berlinie i owszem, obserwowałem z przejęciem sam pontyfikat, ale to był tak odległy mi świat, że nie skupiałem się ani nie przeżywałem jakoś specjalnie intensywnie tego wydarzenia. Pamiętam liczne gratulacje moich przyjaciół i pozdrowienia w związku z wyborem papieża Polaka. Polska wraz z polskim papieżem budowała wizję klerykalnego trzeciego świata – trochę jak skansen religijno-obyczajowy w moim pojęciu.
Trochę inaczej przeżywałem jego obecność w Polsce, kiedy już do niej wróciliśmy. Poszedłem szukać jakiegoś miejsca na jego drodze, aby móc go zobaczyć na własne oczy, jak przejeżdża samochodem. Znalazłem takie miejsce przy moście Poniatowskiego i rzeczywiście widziałem papieża jakby z bliska, ale jakoś przesadnie wielki entuzjazm mi się nie udzielał. Raczej bardziej niż on sam ciekawiło mnie szaleństwo innych ludzi, dla których Karol Wojtyła w szatach papieża nie był tylko papieżem-namiestnikiem Chrystusa, nie był świętym przed beatyfikacją, ale jawił się jako najbliższy – poza Trójcą – wysłannik niebios, samego Boga Ojca.
On sam tak się zresztą zachowywał. Był medialnym talentem. Bo z jednej strony zachowywał się jak skromny sługa boży, ale z drugiej – jak reprezentant książęcego majestatu władzy niebiańskiej. Był to specyficzny rodzaj skromności. Nie skromność zwykłego człowieka w jego sferze intelektualnej, ale skromność książęca – księcia, który wzruszy tłum tym, że pomoże staruszce wielkopańskim gestem na pokaz powstać z obolałych kolan.
Z jednej strony fascynowało mnie bezwarunkowe uwielbienie dla papieża Polaka, ale z drugiej strony mnie przerażało. Przecież jasne było już wtedy, że Polska stanie się na całe lata nowym skansenem nie tylko klerykalizmu, ale i wasalem władz kościelnych czy samego Watykanu. A nade wszystko zapowiadał się swoisty Złoty Wiek dla Kościoła katolickiego w Polsce.
To z pewnością nie wróżyło ani szacunku dla nauki, ani lepszej edukacji, ani normalności w polskiej obyczajowości, a jedynie uwstecznienie, regresję i powrót do świata skansenu.
Nie można było jednak nie zauważyć, że w katolickiej Europie wybór papieża Polaka dawał Polsce jakieś uprzywilejowane miejsce i budziło to większy szacunek w stosunku do mas, tłumów. Wiadomo było, że żaden przywódca partyjny, ani nawet wódz ludowy, nie porwie mas tak jak Wojtyła w roli papieża.
Fakt ten mógł się przyczynić do tego, że władze partyjne bardziej pobłażliwie patrzyły na tłumy ludzi i były bardziej powściągliwe przy tłumieniu strajków. Ale przypisywanie papieżowi siły sprawczej w postaci magicznych sił boskich w sentencji: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, które rzekomo w konsekwencji obaliły rzekomy komunizm, to jakby powiedzieć pod koniec listopada, w pogodny jeszcze i ciepły dzień: „Rozkazuję ci, Dziadku Mrozie, przybądź niebawem na tę ziemię i zasyp ją śniegiem". I rzeczywiście, w grudniu będzie chłodniej i śnieżniej.
Tak czy owak, działanie polityczno-religijne na tłumy ludzkie jest o tyle genialne, że prości ludzie nie są w stanie oddzielić naiwnej własnej wiary od całej maszynerii wywierania wpływu na masy. Nie widzą jej. Zobaczą tylko to, co im ksiądz podpowie.
Łatwo było przewidzieć wielkie ustępstwa i przywileje dla Kościoła w Polsce oraz rekordową liczbę powołań neoprezbiterskich. W kolejnych latach rzeczywiście powoływano w Polsce niebywale wiele osób do tzw. stanu duchownego. W ślad za rekordową liczbą szła czarna liczba bardzo nieodpowiednich i mało rozgarniętych osób, czego skutki obserwujemy do dziś. Polska religijność była dla mnie mało duchowa, a już na pewno nie refleksyjna. Była taka jak zawsze: na pokaz, na chwilę, na czas kazania w kościele, po to, aby pokazać się pobożnie we własnej wsi. I niczym więcej.
Sam papież był niekwestionowanym królem tego religijnego, przaśnego kiczu i pozoranctwa. Ale niewątpliwie, tak jak placebo może pomóc i szybciej doprowadzić do uzdrowienia, tak działało „papacebo" – czyli wiele osób mogło i pewnie odczuwało ukojenie i radość z jego obecności w Polsce i jego działań. Niewątpliwie mógł także wiele zniechęconych serc napełnić motywacją i nowymi nadziejami.
O ile dobrze pamiętam, Polska przygotowywała się do kolejnego przylotu papieża Polaka w roku 1983, czyli jeszcze w trwającym, przynajmniej formalnie, stanie wojennym. Miałem wtedy wrażenie, że otaczają mnie ludzie trochę w amoku papieskim, a trochę w oczekiwaniu na kolejny cud gospodarczo-społeczno-polityczny, którego sprawcą miał być sam papież.
Zaczynałem wtedy odczuwać, czym mogła być niegdyś inkwizycja oraz lincz publiczny za poglądy niezgodne z doktryną. Przecież powiedzenie wtedy w Polsce czegoś niekrytycznego, ale nawet delikatnie niepochlebnego na papieża, równało się ze zrównaniem z ziemią. I tak było przez wiele następnych lat.
Kto wie, może to nie sam proces inkwizycyjny, nie sądy, nie cenzura centralna były najgorszym wrogiem postępowej ludzkości, ale ciemny, zmanipulowany tłum zdolny do wszystkiego, co delikatnie mógł zasugerować główny guru czy instytucja trzymająca władzę.
Będę kiedyś to zjawisko obserwować z bliska. Niekoniecznie trzeba budować służby specjalne do mordowania czy eliminowania niewygodnych ludzi. Wystarczy ludzi szczuć na siebie, wystarczy ich podjudzać, a wcześniej czy później znajdą się tacy, którzy z ochotą i poczuciem misji będą w stanie w imię ideologii, religii czy władzy robić najstraszniejsze rzeczy.
To nie bezwzględna władza jest czystym okrucieństwem, ale ślepy, poddany jej tłum gotów dla niej wszystko zrobić, albo zaburzone jednostki. Władza powinna z punktu swojej skuteczności zadbać o jedno: aby w owym tłumie nie było żadnej postępowej edukacji. Resztę dopełni „ciemny lud".
Więc ja także z ciekawością patrzyłem na papieża i na to, jak tłum lepi niczym armatę, a innym razem kwiatek z werbalnej plasteliny.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com