Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 13
CZĘŚĆ TRZYNASTA
Dwa światy młodzieńczej opozycji – Przemyk-Cejrowski
#Piotr Tymochowicz#Grzegorz Przemyk#opozycja#PRL#stan wojenny#młodzież#Warszawa
Dwa światy młodzieńczej opozycji – Przemyk-Cejrowski
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Czasem umawialiśmy się z Grzegorzem Przemykiem na wspólne wagary, spędzane w szkole – tyle że poza lekcjami – na wspólnej grze na pianinie. Bardzo lubiłem te chwile. Na przerwach mieliśmy coraz większe audytorium słuchających i podziwiających nas uczniów, jak i nauczycieli. Kiedyś pewna pani sprzątająca w szkole prosiła mnie, abym grał jak najczęściej, szczególnie „Polskie Drogi”, ponieważ wprawiało ją to w fantastyczny nastrój. Było to dla mnie wzruszające i nobilitujące zarazem.
Nasza znajomość nie ograniczała się tylko do wspólnej gry w szkole. Grzegorz bywał u mnie w domu, pomagałem mu nieraz w matematyce czy fizyce, a on zapraszał mnie do siebie. Tak poznałem jego fantastyczną mamę – Barbarę Sadowską, nie tylko znaną opozycjonistkę, ale i cenioną poetkę. Grzegorza pamiętam jako bardzo wrażliwego chłopaka. U niego w domu śpiewaliśmy razem z jego mamą i zaproszonymi gośćmi poezję śpiewaną. Grzegorz potrafił grać nie tylko na pianinie, ale również na gitarze.
Nie wciągał mnie w żadną regularną działalność opozycyjną, ale bywało, że przynosił do szkoły jakieś ulotki informacyjne, drukowane na tzw. bibule za pomocą sitodruku, które pomagałem mu roznosić po całej szkole. Kadra szkoły nie przeszkadzała nam w tym za bardzo. Miałem wrażenie, że nauczyciele aprobują zmiany i że nie są przeciwni tym działaniom opozycyjnym.
Uczniowska rebelia opozycyjna miała jednak również odrębne oblicze, które jawiło mi się jako drugi, swoisty biegun opozycji – ale tej pozbawionej artyzmu i intelektu, bardzo krzykliwej, agresywnej i butnej.
Pamiętam jednego z takich działaczy – niezwykle krzykliwego i napastliwego w swoim sposobie bycia. Nie pamiętam, czy miał status lidera, ale na pewno był jednym z bardziej dynamicznych aktywistów. Był także, podobnie jak Grzegorz, młodszy ode mnie o rok. Patrzyliśmy na niego z Grzegorzem jak na ucznia-tłuka, pragnącego za wszelką cenę być w centrum uwagi, mimo że nie miał nic do zaoferowania.
Gdy mijaliśmy go w korytarzach czy szkolnej szatni, słyszeliśmy czasem jego okrzyki typu: „Precz z komuną”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” czy „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Rozumiem wykrzykiwać te hasła w stronę agresora, na wiecu czy w stronę milicjantów – ok. Natomiast bardzo tanim aktem odwagi jest krzyczeć codziennie te same hasła w środowisku szkolnym, i tak już zresztą sprzyjającym opozycji.
Pamiętam moment, kiedy wywierana była na nas presja dołączenia do wykrzykujących owe hasła za pomocą wezwania: „Kto nie skacze wraz z nami, ten SB-ek i komunista”. Całe grupy uczniów nagle podskakiwały w narzucony rytm jak bezmyślne stado pajaców.
Nie miałem ochoty uczestniczyć w tak tanich i słabych polityczno-aktywizujących gimnastykach. Gdy mijałem taką grupkę szkolnych aktywistów, podbiegł do mnie jeden z nich ten krzykliwy opisany wcześniej - i z wykrzywioną z obrzydzeniem gębą zbliżył ją do mojej, agresywnie wypytywał: „A co, kolega towarzysz nie skacze? To pomiot komunistyczny w takim razie?”.
Uniosłem wtedy nogę w powietrze z chęcią zwykłego dania mu kopa, ale w ostatniej chwili przeszkodziła mi w tym akcie riposty jedna z nauczycielek. Odłożyłem więc swój zamiar na później, dopytując się znajomych o imię i nazwisko tego tłuka.
Wtedy usłyszałem i trwale zapamiętałem: Wojtek Cejrowski.
To było jednak jedyne nasze wtedy spotkanie trzeciego stopnia. Później raczej nawzajem się unikaliśmy, przeczuwając widocznie „wiszącą w powietrzu” moją ripostę.
Wiele lat później spotykałem Cejrowskiego w różnych programach, nie przypominając mu zresztą nigdy naszych pierwszych kontaktów. Zawsze miałem przed oczami jego agresywną gębę i świadomość, że ani na jotę nie zmienił się w późniejszym życiu.
Tak oto byłem świadkiem dwóch dualnych światów opozycji – przynajmniej na miarę świata jednej szkoły – ale tę prawidłowość można by było przełożyć na cały świat zewnętrzny. Szczególnie wyraziście obserwowałem to wszystko od momentu ogłoszenia stanu wojennego w 1981 roku, czyli cały rok później.
Opozycja miała w Polsce cztery swoje oblicza:
Pierwsze – artystyczno-refleksyjne. W ramach którego zbieraliśmy się nieraz, by śpiewać Baczyńskiego, Stachurę, Kaczmarskiego wraz z licznymi protest-songami. To byli najczęściej ludzie sztuki, ale i naukowcy, czy po prostu ludzie tęskniący za wolnością, którzy wiele podróżowali po świecie i wiedzieli, że świat nie musi być siermiężny, że może wyglądać zupełnie inaczej.
Drugie – plebejsko-robotnicze, gdzie mało kto myślał o zmianie ustroju czy wolnym rynku, ale bardziej o braku mięsa, o frustrującym braku alkoholu i papierosów. Banery umieszczane na płotach podczas strajków nic nie mówiły o tęsknocie za wolnym rynkiem, ale wręcz przeciwnie – miały umacniać sam socjalizm: „Socjalizm tak, wypaczenia nie”.
Trzecie – elitarno-polityczne, w którym prym wiedli polscy Żydzi, z chęcią narzucania innym, kto powinien należeć i kreować nowe elity polskie, poczynając od elit politycznych. Wiedzieli, że ani Kuroń, ani Michnik, ani Geremek nie mają szans być liderem tłumów jako intelektualiści – musieli więc szybko „przylgnąć” do ludowego przywódcy i nim zacząć sterować. Ten plebiscyt wygrał niezbyt ogarnięty, ale zmotywowany Lech Wałęsa.
Czwarte – opozycja wewnątrzpartyjna, która paradoksalnie sprzyjała w manipulacyjny sposób działaniom opozycyjnym. Śmierć Jerzego Popiełuszki, na przykład, nie była planem uderzenia w opozycję jako taką, ale raczej w beton partyjny, by szybciej przejąć władzę.
Najbliżej mi było do pierwszej grupy.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com
Premium
Bez skrótów. Bez pominięć. Bez ograniczania historii do kilku akapitów. W Premium poznajesz pełne wersje materiałów – takie, jakie naprawdę miały zostać opowiedziane.
Zaloguj się lub załóż konto, aby uzyskać dostęp do pełnego materiału.