Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ

CZĘŚĆ TRZYDZIESTA PIERWSZA

Pierwszy powiew Wolności…

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#stan wojenny#studia#fizyka#matematyka#edukacja#praktyki nauczycielskie#Warszawa#Uniwersytet Warszawski#pierwsza praca#nauczanie#wolność#lata 80.

Pierwszy powiew Wolności…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Stan wojenny ze swoimi ograniczeniami wciąż trwa. Jednak powoli sytuacja się stabilizuje – obserwuję powolne poluzowanie represji. Granice powoli się otwierają – na wakacje będę mógł wyjechać do Berlina. Będę miał pierwszy raz praktykę w tym samym instytucie, w którym pracował mój ojciec – w Instytucie Hahna-Meitner u profesora Biersacka.

Moja już w międzyczasie narzeczona – choć niewiele czasu spędzamy razem w porównaniu z czasem szkolnym – wyjeżdża na rok do Londynu. Tam będzie doskonalić angielski oraz zdobywać doświadczenie w marketingu. Niezależnie pragnie tam kupić piękną suknię ślubną. Czuję wewnętrznie, że takie rozstanie nawet na rok odświeży nasz związek i w jakiś sposób jest nam potrzebne. O przyszłości myślimy pozytywnie, oboje pragniemy nie wiązać naszej przyszłości z Polską.

Na uczelni pojawiają się pierwsze schody – nie dotyczą one jednak samej fizyki, ale pewnej otoczki formalno-administracyjnej. Po pierwsze okazuje się, że aby skutecznie i formalnie zaliczyć drugi rok studiów, muszę odbyć dwutygodniowe praktyki w jakiejś wybranej szkole podstawowej. Po drugie muszę zacząć uczęszczać i zaliczać specjalne studium wojskowe, na którym poznam tajniki obronności i nauczę się strzelać z broni palnej.

Czuję się tym jakoś pokrzywdzony, bo to właśnie skutki połączenia fizyki nauczycielskiej z fizyką, a na dodatek z militariami, których szczerze nienawidzę. Tymczasem ja uczęszczam na wykłady czwartego roku, wyprzedzając moich rówieśników, a równolegle studiuję matematykę i informatykę oraz regularnie bywam na wykładach z filozofii i w obserwatorium astronomicznym na wykładach profesora Demiańskiego z astrofizyki.

Z fizyką doświadczalną uporałem się między innymi dzięki własnemu komputerowi Apple II. Trudno, z zaliczeniem praktyk też się jakoś postaram.

Robię sobie pewnego dnia obchód po szkołach podstawowych, rozmawiam z dyrekcjami i próbuję umówić jakieś dogodne terminy na zaliczenie praktyk. Wytrzymuję całe dwa dni i spędzam je, opowiadając dzieciom bajki leśmianowskie i próbując na tym tle pokazać im piękno fizyki. Wybieram do tego pierwszą lepszą szkołę, która akurat zgodziła się przyjąć mnie natychmiast. To szkoła na Żoliborzu przy ulicy Braci Załuskich. Drugiego dnia wychodzę ze szkoły w towarzystwie dzieci z siódmej klasy. Proszę je o informację zwrotną, jak im się podobało.

Pamiętam, że powiedziały, iż było super – bo jedno mogło wreszcie wyspać się w czasie lekcji, drugie powiedziało, że nic nie zrozumiało, ale że byłem zabawny, a kolejne – że nudna ta fizyka, bo można się jej tylko uczyć, a nie można jej przeżywać tak jak tańca czy muzyki. To mnie zastanowiło. A co chciałabyś przeżywać oprócz muzyki? – zapytałem. Powiedziała, że lubi ryzyko, że lubi rozrzucać ulotki opozycyjne i że ma w tym wprawę. I tak bardzo otwarcie sobie rozmawialiśmy, spotykając po drodze ojca owego opozycyjnego dziecka.

Jej ojciec był jeszcze bardziej rozmowny i zaproponował, abym pojechał do jego znajomej, dyrektorki innej szkoły, która zaliczy mi praktyki szybciej. Skorzystałem z porady, odprowadzając moich rozmówców do ich domu. Rzeczywiście następnego dnia przesympatyczna dyrektor szkoły – także fizyk – powiedziała po moich szczerych wyznaniach, żebym się nie męczył, że mi wpisze zaliczenie potrzebnych praktyk i gotowe.

Czyli połowicznie mój problem praktyk został rozwiązany. Pojechałem do domu mojego zbawcy, aby mu podziękować. Przy okazji bardzo ciekawie nam się rozmawiało. Okazało się, że w przyszłości zostanie fotoreporterem „Gazety Wyborczej", a jego żona informatykiem w szpitalu, opracowującym bazy danych.

Nasza znajomość – niby przypadkowa – ale przetrwa próbę czasu.

Jurek okaże się – alkoholikiem -i plebejskim buntownikiem – ale niezwykle inteligentnym o wielkim sercu człowiekiem. Jurek będzie dla mnie wzorcem – niezwykle przenikliwego poczucia humoru, czasem czarnego humoru, czasem sarkazmu.

To spotkanie w dużym stopniu zmieniło moje życie. Zaprzyjaźniłem się z tą rodziną, a pewnego dnia mój znajomy Jurek zabierze mnie do „Gazety Wyborczej", przedstawiając naczelnym, i mówiąc, że może przyda się w redakcji młody student, co prawda nie dziennikarstwa, ale wielce uzdolniony. Mimo, że GW przyjmie mnie jako praktykanta

choć sam niczego podobnego nie miałem w planie – zostanę w rezultacie – korespondentem zagranicznym – przeżyję wiele przygód na granicy życia i śmierci.

Niezależnie będę kilka lat później – nie widzieć świata – poza córką Jerzego – Kasią, czym bezwiednie – upodobnię się do Leopolda Tyrmanda. Wiele lat później będę czytać Pamiętniki Tyrmanda – z poczuciem, że czytam swoje własne pamiętniki.

Wkrótce znalazłem szkołę średnią, która mnie przyjęła na praktyki – było to Liceum im. Limanowskiej na ulicy Dolnej w Warszawie. Miałem tam odbyć dwa tygodnie praktyk i zastępować nauczyciela matematyki oraz fizyki. I tak też się stało. Ale tym razem przygotowywałem się lepiej do zajęć, wyznaczyłem sobie taki cel, aby pokazać uczniom, jak w rzeczywistości i matematyka, i fizyka mogą być proste i piękne jednocześnie. Miałem w końcu jakieś doświadczenie w udzielaniu korepetycji.

Po dwóch tygodniach okazało się, że uczniowie i rodzice uczniów nie życzą sobie, abym kończył praktyki. Twierdzili, że rozbudziłem w ich dzieciach pasję do nauki i że pierwszy raz nie mówili, iż nic nie rozumieją. Okazało się, że wywarli presję na dyrekcji, aby mnie zatrudnić na stałe. Nie miałem tego w planach. Było to dużym zaskoczeniem dla mnie, ale jakże pozytywnym.

No cóż, uległem i zgodziłem się przyjeżdżać dwa razy w tygodniu, podpisałem kontrakt na nauczanie fizyki i matematyki.

Moje problemy – mimo zaliczonych praktyk – koncentrowały się jednak na studium wojskowym. To było tak sprzeczne z moim wyobrażeniem o nauce i jej pokojowym znaczeniu i wartości, że w żaden sposób nie chciałem ulec. W zamian miałem inny pomysł – aby zdać egzaminy z wyższych lat awansem i szybko zrobić obronę pracy dyplomowej.

To jednak w praktyce nie wyglądało realnie, bo przecież musiałbym wcześniej zaliczyć wszystkie obowiązkowe ćwiczenia i kolokwia po drodze. Niezależnie miałem już coraz więcej pomysłów na to, z jakiego tematu chciałbym robić dyplom, i coraz więcej przemyśleń na temat własnej, nowej teorii.

Czułem, że znowu wchodzę w jakąś nową przygodę swojego życia.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się