Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 43

CZĘŚĆ CZTERDZIESTA TRZECIA

Mafia w służbie niepełnosprawnych…

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Stowarzyszenie Signum#osoby z niepełnosprawnościami#integracja#taksówkarze#Warszawa#Dworzec Centralny#Muzeum Techniki#pomoc społeczna#wywieranie wpływu#komunikacja#motywacja#Klub Apple

Mafia w służbie niepełnosprawnych…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Dzięki dyrektorowi Jasiukowi mieliśmy wspaniałe miejsce spotkań nie tylko na wykłady, naukę języka migowego, ale także różnego typu integracyjne zabawy. Rodzice osób niepełnosprawnych zgłaszali mi jednak liczne problemy związane z przyjeżdżaniem na nasze spotkania – sami pracowali często w tym czasie albo nie mieli zwyczajnie pieniędzy na wożenie swoich dzieci taksówkami.

Wtedy media rozpisywały się często o słynnych przekrętach mafii taksówkowej przy Dworcu Centralnym. Widziało się sznury mercedesów, z których najczęściej korzystali tylko nieświadomi cudzoziemcy lub niewtajemniczeni. Ale najczęściej całymi godzinami kierowcy stali bezczynnie.

Wpadłem wtedy na szalony pomysł, aby po kolei z nimi porozmawiać – czy nie chcieliby od czasu do czasu coś dobrego zrobić dla niepełnosprawnych. W końcu zarabiali świetnie z mniej lub bardziej nagannej pracy, ale każdy człowiek, myślałem sobie, pragnie także mieć świadomość, że coś dobrego robi dla innych.

Pamiętam, że zbliżyłem się do pierwszego na postoju, by wstępnie porozmawiać. Z wyglądu przypominał recydywistę, który wyszedł z więzienia przed chwilą i przez pomyłkę. Najpierw zapytał, gdzie jedziemy, a gdy usłyszał, że nigdzie, powiedział tylko jedno wymowne słowo, które właściwie mówiło wszystko: wypierdalaj.

Drugi bardziej przypominał zawodowego alfonsa, który się naoglądał filmów z Jamesem Bondem, bo podczas rozmowy rozglądał się nerwowo i dopytywał: kto cię tu na mnie nasłał?

Trzeci i czwarty wyglądali jak zmutowane postacie pithekanthropów o podobnie bogatym słownictwie jak pierwszy. Piątej i szóstej rozmowy już nie ryzykowałem. Ale usiadłszy w dworcowej knajpie, zacząłem im uważniej się przyglądać i zrozumiałem kilka rzeczy.

Po pierwsze popełniłem błąd taktyczny – należało podejść do ostatniego w kolejce, który ma najdłuższą perspektywę czekania przed sobą, a nie do pierwszego. Po drugie zrozumiałem, że skuteczność nie tylko buduje bezpośrednie oddziaływanie, ale często sam kontekst sytuacyjny lub tło. Uliczka przed dworcem średnio się nadaje na refleksyjne rozmowy o pomocy dla potrzebujących.

Po trzecie – motywacja robienia czegoś dobrego od czasu do czasu to za mało na motywację sprawczą. Potrzebna była jakaś forma silniejszego dowartościowania.

Wymyśliłem więc całą strategię wywarcia na nich skutecznego wpływu.

Pomyślałem sobie, że po pierwsze strach jest dobrym motywatorem, aby posłusznie mnie wysłuchali – strach być może połączony z buńczucznym wzburzeniem. Potem powinno nastąpić odwrócenie emocji dzięki efektowi niespodzianki oraz czegoś, co przypomniałem sobie jako Syndrom Pustej Łodzi.

Rybak płynący łodzią jest wściekły, widząc jak inna łódź bezczelnie płynie na kursie kolizyjnym. W ostatniej chwili robi manewr wymijający i dostrzega, że łódź jest pusta – nikt na niej nie płynie ani nią nie steruje. To z kolei powoduje natychmiastowy relaks i wszelkie złe emocje mijają w jednej sekundzie.

A potem powinni dostać dowartościowanie, czyli ładunek uznania i przynależności. Uznanie będą mieli od rodziców dzieci niepełnosprawnych, a przynależność bezpłatną ode mnie, bo zapiszę ich do Stowarzyszenia i Klubu Apple jednocześnie i bezpłatnie. W sumie obie organizacje były bezpłatne, ale oni o tym nie wiedzieli.

Przygotowałem ulotki podrobione tak, aby wyglądały na oficjalne druki urzędu miasta Warszawy. Był tam tekst mówiący o szybkim rozwiązaniu problemu mafii taksówkowej w ciągu zaledwie tygodnia. Była wzmianka, że jeśli dany taksówkarz chce dalej pełnić swoje usługi przed dworcem, będzie musiał podpisać stosowny papier o godzinie 18.00 w najbliższy piątek w sali głównej Muzeum Techniki, znajdującego się nieopodal.

Zaangażowałem młode kobiety wyglądające na zawodowe urzędniczki, by rozdały ulotki. Ale by zrobiły to profesjonalnie, czyli nie same je rozdawały, by nie wyglądało to tak, że nam zależy na ich przyjściu do Muzeum, ale by podały ostatnim dwóm z końca taksówkarzom, aby uprzejmie innych powiadomili. Taksówkarze rzucili się masowo do czytania owych ulotek i plotkowania na temat urzędników. Ale padł na nich blady strach, że lukratywny biznes może się skończyć, że mogą stracić licencje. I o to chodziło.

Nie muszę pisać, że od 17.45 gromadził się przed salą tłum taksówkarzy. Ale razem z nimi byli nieświadomi wszystkiego niepełnosprawni i ich rodzice.

Punktualnie o 18.00 powitałem wszystkich i rozpocząłem swoje charyzmatyczne przemówienie.

Zgodnie z obmyśloną wcześniej strategią powiedziałem na samym początku, że urząd miasta całkowicie wycofuje się ze swoich planów, ponieważ nigdy takich, przynajmniej dotąd, w ogóle nie miał. Także nic się nie zmieni.

Tu zrobiłem krótką świadomą przerwę, by wyraźnie odczuli ulgę. Potem powiedziałem prosto z mostu, że jesteśmy wszyscy w gronie dużej grupy niepełnosprawnych dzieci i młodzieży, którzy także pragnęli by namiastki normalności w życiu, i tę ważną namiastkę mogą mieć dzięki tak wspaniałym i przedsiębiorczym ludziom jak oni – warszawskim taksówkarzom, elitarnej mafii.

A potem zrobiłem tylko jedno: powiedziałem wszystkim Prawdę.

Jak próbowałem rozmawiać, powiedziałem nawet, że są na sali ci, którzy kazali mi się wynosić, ale powiedziałem to pobłażliwie i z uśmiechem na twarzy. Co pewien czas rozlegał się śmiech. Potem, że wymyśliłem na nich sprytny plan, aby ich wszystkich zwabić do Muzeum i zaprezentować całą grupę wspaniałych młodych ludzi, którzy nie mają jak dojeżdżać na nasze spotkania.

Na koniec zaproponowałem wpisanie się na listę, podanie do siebie kontaktu i przynależność do elitarnego klubu Apple'a oraz Stowarzyszenia Signum. Wyraziłem także jasno nasze oczekiwania – przynajmniej raz, a może dwa razy w miesiącu, bezpłatny przyjazd na zlot i potem odwiezienie do domu. A były to często trasy grubo poza Warszawę.

Nieoczekiwanie dostałem na koniec owacje od wszystkich. Na listę wpisało się ponad 120 taksówkarzy. Jeden z nich podszedł do mnie, by pogratulować mi odwagi i zaangażowania. Inny, ze łzami w oczach, wzruszony bardzo taksówkarz, powiedział, że sam ma dziecko niepełnosprawne i czy może je także zapisać.

Pamiętam, w jakim szoku był dyrektor Jasiuk przed spotkaniem, dopytując mnie, kim są ci dziwni ludzie i co się dzieje. Prosiłem go o zaufanie i cierpliwość. Potem przyszedł mi pogratulować.

To nieprawdopodobne, ale ci ludzie bardzo z czasem zżyli się ze sobą. Nigdy ich nie musiałem więcej motywować ani uzupełniać. Dotrzymali słowa. Po pięciu prawie latach naszej działalności wciąż było aktywnych około 60 taksówkarzy. Z kilkoma miałem sympatyczne kontakty przez wiele lat.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Czarek

Wspanialy pomysl. Pozdrawiam 💕

Mirka 2020

Tylko Ty Piotrze masz tak wspaniałe pomysły.

Zaloguj się