Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 46

CZĘŚĆ CZTERDZIESTA SZÓSTA

Była sobie księżniczka...

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#eksperyment społeczny#inżynieria społeczna#księżniczka#Warszawa#hotel Marriott#Lech Grobelny#mistyfikacja#komunikacja#psychologia#zmiana życiowa#prowokacja#media

Była sobie księżniczka...

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Moja mama zapoznała kiedyś w Wiedniu skromną bibliotekarkę. Strasznie nieśmiałą, samotną, w pełni dojrzałą kobietę – nieudane życie, żadnego związku. Obawiała się nawet podać ręki przy powitaniu.

Byłem wtedy zbyt zajęty, by trenować język niemiecki, który jako dziecko perfekcyjnie znałem, więc wykorzystywałem naszą znajomość, prowadząc z nią długie rozmowy podczas jej pobytów w Polsce. I zauważyłem coś ciekawego. Istniały takie obszary, związane głównie z bibliotekarstwem czy bibliofilią, gdzie zapominała o swojej nieśmiałości i stawała się odważnym liderem. Tymczasem w innych sytuacjach całkowicie traciła grunt pod nogami. Szczególnie drażliwym dla niej tematem były związki damsko-męskie.

Z każdym naszym spotkaniem była w coraz gorszym stanie psychicznym. Wyglądało to na tzw. jednobiegunową depresję. Mniej więcej od dziesięciu już lat wiadomo, że do depresji może doprowadzić niedobór litu, ale ona przeszła pomyślnie specjalistyczne badania i okazało się, że miała idealny poziom wszystkich potrzebnych do życia pierwiastków. Oznaczało to, że jej głębokie stany depresyjne w żaden sposób nie były somatyczne.

Mając pewne już doświadczenie terapeutyczne, zwróciłem uwagę w rozmowach z nią na coś intrygującego. Otóż w momencie, kiedy bardzo silnie ją dowartościowywałem, nagle na jakiś czas wychodziła z depresji. Przypomniałem sobie, że przeczytałem kiedyś, w jaki sposób można uzyskać trwały efekt wyjścia. To mało znana i dość dziwnie nazwana metoda – Traumatycznie Pozytywne Przejścia.

Długo rozmawiałem z nią, zastanawiając się, co traumatycznie pozytywnego mogę dla niej zrobić. W końcu sama mi podpowiedziała, może nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Opowiadała, że często wraca do niej marzenie z dzieciństwa. Jej ojciec bardzo wcześnie umarł. Była wtedy nastolatką. Zawsze mówił do niej: „Moja księżniczko” i jak księżniczkę ją traktował. Po jego śmierci nie chciała dorosnąć. Cały czas tęskniła za ojcem, za dzieciństwem i marzyła, żeby znowu, choć raz być dla kogoś księżniczką, tak jak nią była dla ojca.

Zdecydowałem, że zrobię z niej tę księżniczkę w taki sposób, żeby odczuła to jako głębokie pozytywne przeżycie traumatyczne. I udało się. Okazało się to moim pierwszym tego typu sukcesem – pewnej inżynierii społecznej. To wydarzenie spowodowało diametralne zmiany w jej życiu osobistym i zawodowym. Założyła własną firmę, zapisała się do partii monarchistycznej. Żyje do dzisiaj bardzo aktywnie.

Miała bardzo ciekawe nazwisko – Karin Sobieski. Dodałem jeszcze „zu Schwarzenberg”. Pomyślałem sobie, że to bardzo dobrze brzmi – księżna Karin Sobieski zu Schwarzenberg, dostojnie, nobliwie – przekonująco.

Ale żeby to wzmocnić, postanowiłem stworzyć dla niej legendę. Nie było jeszcze wtedy tak powszechnego dostępu do informacji jak dzisiaj, przez co taki zabieg był prostszy do przeprowadzenia, a trudniejszy do zweryfikowania. Wymyśliłem, że jest siostrą cioteczną księżnej Monako.

Pojechałem do hotelu Marriott, najdroższego wówczas i najnowszego, zbudowanego w centrum Warszawy. Spotkałem się z jego prezesem i zapytałem, czy mógłby za trzy miesiące, w okresie jesiennym, wyłączyć hotel na parę dni dla bardzo ważnej postaci, która incognito przyleci do Polski.

Rozmowa z nim nie należała do przyjemnych. Dał mi po prostu do zrozumienia, że traci ze mną czas. Ciągle powtarzał: „Panie Piotrze, przepraszam, kim pan jest? Czy ma pan jakiś papier, pieczątkę?”

Na co ja tłumaczyłem, że jestem studentem, emisariuszem księżnej, bo ją kiedyś osobiście poznałem, że będę dla niej tłumaczem itd. On tylko kiwał głową i mówił: „No tak, panie Piotrze, ale nie mam czasu. Mam ważniejsze sprawy.”

Wyszedłem od niego wściekły. Taki piękny pomysł, a tu kłody pod nogi...

Nie zrezygnowałem jednak, tylko zacząłem się zastanawiać, co dalej. Postanowiłem, że pojadę do Komendy Głównej i zdobędę potrzebne papiery. Ale zaraz pomyślałem: „Cholera, historia się powtórzy. Zapyta się komendant główny, jeżeli w ogóle się ze mną spotka, o jakiś papier, a ja będę się głupio tłumaczył.”

Więc wróciłem następnego dnia do hotelu. Znałem już kierownika recepcji, bo ten umawiał mnie z prezesem. Właśnie jego przekonałem, żeby załatwił mi tamto wejście. Teraz wiedział, że byłem u prezesa, ale nie znał przebiegu rozmowy. Poprosiłem go o napisanie krótkiej neutralnej notatki, że prowadzę rozmowy z Prezesem Hotelu Marriott w sprawie wizyty księżniczki Karin Sobieski zu Schwarzenberg.

Kierownik recepcji odesłał mnie co prawda do sekretarki prezesa, ale ta, wiedząc, że takowe rozmowy są prowadzone, potwierdziła to w neutralnej notatce ze stemplem gabinetu prezesa.

Potem pojechałem wprost do Komendy Głównej, aby spotkać się z Komendantem Głównym Policji. Na miejscu dowiedziałem się, że muszę opisać cel rozmowy, jej kontekst, w czyim imieniu będę rozmawiać oraz że spotkanie będzie ewentualnie możliwe na przestrzeni 3 miesięcy.

Wyjąłem wtedy pismo z Marriottu i powiedziałem, że jestem tu między innymi w jego imieniu oraz w imieniu tajnej, poufnej wizyty – incognito samej księżnej – siostry ciotecznej księżnej Monako. To już zabrzmiało na tyle poważnie, że pani sekretarka natychmiast pognała gdzieś wyżej. Po pięciu minutach zostałem zaproszony do gabinetu Komendanta Głównego.

Nie występowałem w roli petenta, ale głównie, uprzejmie i stanowczo artykułowałem swoje i, w imieniu organizatorów, oczekiwania.

Ochrona całodobowa, kolumna policji towarzysząca jej przejazdom, wjazd na płytę lotniska przy powitaniu i pożegnaniu.

Komendant kiwał głową i wszystko skrzętnie zapisywał.

Potem delegował do stałego kontaktu ze mną koordynatora logistyki tej wizyty.

Poprosiłem Komendanta, aby wszystkie sprawy w trakcie organizowania udokumentować stosownymi papierami.

Komendant przyjął to ze zrozumieniem i obaj dyktowaliśmy sekretarce całą litanię spraw, do których będzie się przygotowywać Komenda Główna, zlecając niektóre kwestie Komendzie Stołecznej. Wszystkie przygotowania – ogólnikowo, oczywiście – były wymienione na piśmie.

Teraz byłem już uzbrojony – uzbrojony w kilka oficjalnych pism, ze stemplami Komendy Głównej i podpisami samego Komendanta Głównego.

Wróciłem do hotelu Marriott.

Prosiłem o przekazanie Prezesowi, że mam stosowne papiery, o które pytał, i że potrzebny mi będzie list intencyjny potwierdzający bezpieczny pobyt księżnej w hotelu.

Wykładając te wszystkie papiery, prezes był wówczas nie do poznania.

„Panie Piotrze, oczywiście...

Ja natychmiast...

To będzie trudne...

ale ja wszystko załatwię.”

I tak cały hotel przez trzy dni był wyłącznie do dyspozycji księżnej Karin Sobieski zu Schwarzenberg. Restauracje pracowały jak szalone, tylko dla nas. Pamiętam, że nigdy w życiu tak się nie objadłem, jak wówczas w restauracji Lila Weneda. Nie miałem siły podnieść się od stołu.

Ale wracając do moich przygotowań. Pamiętam, że została jeszcze do załatwienia ważna sprawa – czym będzie jeździć księżna? No przecież nie radiowozem!

Wtedy bardzo głośno było o bezpiecznej kasie oszczędnościowej Lecha Grobelnego. Wiedziałem, że Grobelny ma firmę ochroniarską, zresztą jedną z pierwszych w Polsce. Nazywała się Dorchem. Ponadto Grobelny szczycił się posiadaniem amerykańskich limuzyn.

No więc umówiłem się z Grobelnym. Pojechałem do niego, uzbrojony już w całą papierologię. Było miło, a w pewnym momencie nawet zabawnie. Lech Grobelny przyjął mnie w niewielkiej kanciapie. Było lato, więc miał na sobie spocony, wytarty T-shirt i szorty. Był bardzo swobodny i bezpośredni, a ja zacząłem mu wykładać – najpierw papier z Marriottu, potem kolejne papiery z komendy.

Popatrzył raz na mnie, raz na te papiery, znowu na mnie, w końcu przeprosił i wyszedł.

Nie było go może trzy minuty. Wrócił w tym samym T-shircie, tych samych szortach, ale na szyi miał przewiązany krawat. T-shirt był biały, więc krawat nawet nieźle się komponował. Wydawał się przejęty przedstawioną przeze mnie sprawą i od razu, bez żadnego problemu, obiecał mi limuzynę. O ile dobrze pamiętam, to był Lincoln.

Potem tych logistycznych spraw było jeszcze bardzo dużo, a najważniejsze dla mnie, że nikt nie mówił o zapłacie. Miałem potem czyste sumienie, bo z nikim na temat pieniędzy nie rozmawiałem i nic nie deklarowałem.

Pojechałem jeszcze na Okęcie, gdzie odbyłem godzinną rozmowę z prezesem LOT-u. Tłumaczyłem, że księżna chce uniknąć paparazzi (to na Zachodzie było już znane zjawisko, w Polsce ludzie nie bardzo jeszcze wiedzieli, o co chodzi) i po to między innymi zaangażowana będzie policja, żeby zapewnić jej całkowitą anonimowość. Ale przecież nie może stać na lotnisku w kolejce. Uruchomili więc dla niej przejście dla VIP-ów.

Ochroniarze Grobelnego wjechali limuzynami na płytę lotniska, za nimi policja.

Wcześniej uprzedzałem Karin Sobieski, żeby zabrała najlepsze ubrania, poszła do kosmetyczki, wizażystki itd. Ona jednak do końca uważała, że robię sobie z niej żarty.

Na lotnisku, kiedy wysiadła z samolotu, doznała „szoku”. Wszyscy witali ją z honorami. Dwóch ochroniarzy prawie pobiło się o to, który z nich poda jej rękę przy wsiadaniu do samochodu. Potem był triumfalny przejazd przez całe miasto, obiad w hotelu Marriott.

Szaleliśmy bardzo. W Wilanowie odbyła się sesja zdjęciowa, wszystko z odpowiednią oprawą.

Jakaś kobieta z wycieczki szkolnej zainteresowała się sesją, a właściwie tym, że uczestniczy w niej taka dojrzała kobieta. Ponieważ była bardzo natarczywa, powiedziałem jej w końcu o księżnej. Wtedy poprosiła mnie, by księżna odwiedziła ich szkołę, żeby młodzież mogła poznać prawdziwą arystokratkę.

Pojechaliśmy tam następnego dnia, zgodnie z obietnicą. To było wielkie wydarzenie. Nowiutka szkoła w Warszawie na Sadybie, w pełni przygotowana na nasz przyjazd. Po wszystkich uroczystościach, prezentacjach i rozmowach poproszono księżnę o zgodę na nadanie szkole jej imienia. Karin Sobieski zu Schwarzenberg udzieliła pisemnej zgody.

Potem oczywiście, kiedy sprawa wyszła na jaw, wszystko trzeba było odkręcać.

Karin fantastycznie weszła w swoją rolę. Do dzisiaj, kiedy z nią o tym rozmawiam, zawsze mi dziękuje za tamten czas, te trzy dni, które całkowicie odmieniły jej życie.

Trzeciego dnia wyniknął pewien problem. Zjedliśmy spokojnie kolację, zadowoleni, że wszystko tak świetnie się udało, bo nazajutrz rano zaplanowany był odlot księżnej. Towarzyszył nam Grobelny oraz zaprzyjaźniony fotoreporter, który całą wizytę księżnej dokumentował.

I nagle ktoś z obsługi hotelowej powiedział mi, że w holu na dole zjawił się tłum dziennikarzy. Był jakiś przeciek, może z tej szkoły, a może prezes Marriottu się pochwalił.

Wyszedłem do dziennikarzy i tłumaczyłem, że księżna nie wyjdzie, nie będzie rozmawiać, bo to jest poufna wizyta, że sobie nie życzy publicznych wystąpień i że serdecznie zaprasza następnym razem, kiedy wizyta będzie oficjalna.

Dziennikarze byli bardzo rozczarowani, ale na szczęście sobie poszli.

Dopiero później dziennikarz „Gazety Wyborczej” odkrył, że to była prowokacja, choć nie wiadomo czyja.

Tymczasem nasza pożegnalna kolacja trwała dalej. Ja byłem tłumaczem, bo księżna oczywiście po polsku nie mówiła. Ponieważ opowiadała o swojej działalności charytatywnej na rzecz głodujących dzieci, Grobelny obiecał jej trzynaście tirów z żywnością dla Etiopii.

W ogóle to Lech był nią zachwycony. Po prostu stracił głowę.

Następnego dnia przysłał pod hotel karetę pełną kwiatów z listem, w którym proponował jej ni mniej, ni więcej, tylko małżeństwo.

Potem to zdarzenie opisał „Nowy Detektyw”.

Cóż, następnego dnia rano księżna odleciała, a niecały miesiąc po artykule w „Wyborczej” demaskującym całe przedsięwzięcie, przyszedł czas zapłaty za całą zabawę.

Wezwał mnie dziekan. Powiedział, że dostał jakieś rachunki, które przekraczają roczny budżet dziekanatu i we wszystkich przewija się moje nazwisko. Nie bardzo rozumiał, o co chodzi. Ja za to rozumiałem doskonale.

Ponieważ nie chciałem, żeby jakakolwiek korespondencja w sprawie księżnej trafiła do domu rodziców, wszędzie zostawiałem wizytówki z adresem dziekanatu. Panie w dziekanacie były niezwykle sympatyczne i zawsze mogłem sobie u nich spokojnie odbierać swoje listy.

Dziekan oczywiście był bardzo rozbawiony, kiedy opowiedziałem mu całą historię.

Spróbowaliśmy szczęścia i wysłaliśmy rachunki Grobelnemu, który już wtedy wiedział, że to wszystko było jedną wielką mistyfikacją.

Ale zapłacił wszystko, co do grosza.

Wysłał mi list, który przechowuję do dziś. Napisał w nim, że nikt... nigdy go jeszcze tak inteligentnie nie wyprowadził na manowce, że mimo wszystko poczytuje sobie za zaszczyt, że poznał Samozwańczą Księżniczkę, i że jeśli kiedykolwiek będę chciał u niego pracować, drzwi będą zawsze dla mnie otwarte.

Księżniczka – Księżna – zmieniła się nie do poznania.

Po polskiej przygodzie rozpoczęła nowe życie. Wyszła za mąż, adoptowała kilkoro dzieci, założyła partię monarchistyczną. I tak mocno przywiązała się do swojego tytułu, że nawet procesowała się z brendem „Sobieski” w Polsce.

Każdego roku, w rocznicę swojej bytności w Polsce, dziękowała mi, nie za jakiś eksperyment, ale za Nowe Życie. Moja misja była spełniona.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się