Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 49

CZĘŚĆ CZTERDZIESTA DZIEWIĄTA

Przepustka do lepszego świata.

#Piotr Tymochowicz#Moje życie#PRL#Uniwersytet Warszawski#Wydział Fizyki#fizyka#Pasteura 7#Hoża 69#stan wojenny#studia#Warszawa#wojsko#media#legitymacja dziennikarska#życie studenckie

Przepustka do lepszego świata.

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Przypomniało mi się jeszcze jedno ważne wydarzenie w życiu, które mogło mieć istotne znaczenie w postrzeganiu mnie przez kadrę szacownych fizyków warszawskich. Otóż Wydział Fizyki Uniwersyteckiej mieścił się na ulicy Hoża 69 w Warszawie, ale Wydział Fizyki Doświadczalnej, gdzie musiałem zaliczać różne doświadczenia i gdzie odbywały się ćwiczenia, to był gmach, czy barak, przy ulicy Pasteura 7 w Warszawie, niedaleko ulicy Czerniakowskiej. Tam wysadzałem z Arturem Sabajem płot w powietrze, co opisałem w jednym z odcinków.

Regularnie musiałem tam bywać. Najczęściej jeździłem tam swoim samochodem. Pamiętam, że przed budynkiem znajdował się parking samochodowy na kilkadziesiąt miejsc i prawie zawsze był całkowicie zajęty. Formalnie parking ten należał do budynku Fizyki Doświadczalnej i tylko pracownicy naukowi i studenci mieli tam prawo parkować, ale w praktyce miejsca zajmowali wojskowi, którzy gnieździli się w ogromnym gmachu naprzeciwko – w Wojskowej Akademii, także przy ulicy Pasteura.

Pomyślałem sobie kiedyś złośliwie: ok, skoro oni sobie samowolnie parkują, to ja sobie samowolnie zwiedzę ów tajemniczy ogromny budynek. Jednak przed wszystkimi wejściami do niego stali strażnicy wojskowi. Pełnili tam regularne warty oraz sprawdzali dokumenty osób wchodzących. Jeden stał na zewnątrz budynku przy wejściu, drugi zaraz za drzwiami – i obaj kontrolowali przepustki.

Wtedy miałem już legitymację dziennikarską i Przeglądu Technicznego, i Polskiej Telewizji. One zawsze skutecznie torowały mi wszędzie drogę. Był jakiś wtedy sentyment czy szacunek dla mediów, być może dlatego, że z definicji były to media reżimowe.

Niestety moje legitymacje nie sprawdziły się przy pierwszej próbie z zewnętrznym wartownikiem. Nie dość, że mnie nie wpuścił, to kazał mi się bardzo arogancko wynosić. No cóż, potraktowałem to jako lekcję i zacząłem się uważniej, siedząc w samochodzie, przyglądać wchodzącym i wychodzącym z budynku.

Zauważyłem dwie charakterystyczne grupy. Przedstawiciele jednej byli uprzejmi i podawali swoje wojskowe legitymacje do wglądu, a żołnierze je dokładnie sprawdzali. Ale byli też inni, w różnym wieku i niekoniecznie w mundurach wyższej rangi, którzy buńczucznie tylko śmigali czarnymi okładkami swoich legitymacji i pewnym krokiem wchodzili do środka, a im wartownicy salutowali, nie oglądając legitymacji.

No to była dla mnie ciekawa lekcja, a poza tym rozpierała mnie ciekawość, co też interesującego znajdę wewnątrz budynku. Pamiętajmy, że trwa nie tylko PRL, ale do 1983 roku trwa formalnie Stan Wojenny. Nie łatwo zatem się dostać do obiektów strzeżonych czy wojskowych.

Przede wszystkim sprawiłem sobie czarną okładkę podłużną na moją legitymację dziennikarską, czarną kurtkę skórzaną, bo takie też u niektórych obserwowałem, i uzbrojony w cierpliwość czekałem na jakąś okazję. Ta nadarzyła się w zaledwie miesiąc po mojej nieudanej pierwszej próbie. Siedząc sobie w samochodzie, zauważyłem, jak wartownik przycupnął sobie na chwilę na niewielkim murku przy samym wejściu. No świetnie, pomyślałem, a zatem złamał procedurę jakąś wartowniczą, z pewnością.

Wykorzystałem ten moment i sprężystym krokiem podszedłem, nie od razu do wejścia, ale do wartownika, mówiąc do niego nieco podniesionym głosem:

„A gdzie to szanowny żołnierzu się znajdujemy? Na urlopie jesteśmy? Na wakacjach? Że można sobie odsapnąć na murku? Z jakiej jednostki jesteście?"

Zobaczyłem strach w jego oczach, coś tam bełkotał, przepraszał i obiecywał poprawę. No… powiedziałem, tak aby słyszał to wartownik wewnątrz, bo akurat ktoś inny wchodził, żeby mi to było ostatni raz. Służba to służba, a nie odpoczynek.

Wartownik wyprostował się jak struna i strzelił obcasami. Śmignąłem mu czarną okładką wprawnym ruchem ręki i otworzyłem drzwi. Tak jak miałem nadzieję, wartownik drugi już stał profilaktycznie w salutującej i wyprostowanej postawie. Mruknąłem pod nosem „spocznij", nie do końca wiedząc, czy prawidłowo, i oto znalazłem się w gnieździe. W samym środku.

Niby nic wielkiego, ale zważywszy na to, jak budynek był chroniony, poczułem delikatną ulgę i satysfakcję. Wiedziałem, że wewnątrz nie mogę się o nic pytać, a raczej przeciwnie – muszę wyglądać na wyjątkowo pewnego siebie i zdecydowanego. Przemaszerowałem się po niemal wszystkich korytarzach. W większości były to całkiem nieźle wyposażone w różne narzędzia dydaktyczne sale wykładowe, ale było także wiele zaryglowanych drzwi do pomieszczeń bez swobodnego dostępu.

To, co jednak najbardziej mi przypadło do gustu, to odkrycie trzech kantyn oficerskich na różnych piętrach. Była także stołówka dla żołnierzy, ale w każdej kantynie oficerskiej oprócz obiadu i kanapek można było nabyć wiele produktów innych, typu mięso, warzywa, owoce cytrusowe, puszki, czekolady, bombonierki i wiele innych artykułów niedostępnych w świecie zewnętrznym, o których można było tam tylko pomarzyć.

Przypominam, był to okres wielkiego kryzysu, wszystko było na kartki żywnościowe, zamiast czekolady słynne wyroby czekoladopodobne, a o owocach cytrusowych można było zapomnieć. Poczułem się tak, jakbym na bezludnej wyspie znalazł prawdziwe skarby.

Po pierwsze, objadłem się jak nigdy. Po drugie, zauważyłem, że żaden niski rangą żołnierz do kantyny nie wchodzi, natomiast mundurowi przy wejściu przykładnie salutują. Ubrani po cywilnemu, niekoniecznie, na szczęście. Nakupowałem sobie mnóstwo zapasów i obładowany torbami, z ręką na sercu, zbliżałem się do wyjścia. Nie byłem pewny, czy wartownik wewnętrzny zażąda ode mnie legitymacji, jak od niektórych, więc nie czekając na jego reakcję, podszedłem i powiedziałem: „Pomóżcie, kolego, przytrzymajcie tę torbę" i dałem mu do potrzymania jedną z toreb, aby tymczasem coś w innych torbach poprawić. Podziękowałem stanowczym głosem, on zasalutował, wartownik już inny niż poprzednio wyprostował się jak struna, a ja pewnym krokiem szedłem sobie na parking do samochodu.

Nie załadowałem jednak zdobyczy do samochodu, ale udałem się do budynku, aby podzielić się moim skarbem z moimi kolegami. Od tego momentu, doskonaląc moje taktyki wchodzenia i wychodzenia z jednostki wojskowej, wynosiłem coraz więcej pożądanych produktów, zbierałem od kolegów i koleżanek wręcz całe zamówienia. Nigdy nie zdarzyło się, aby sprawdzana była moja czarna okładka z legitymacją dziennikarską wewnątrz. Przez kolejne miesiące zdążyłem już poznać wizualnie wszystkich wartowników i oni mnie, więc na potęgę się prostowali na mój widok i ostentacyjnie mi salutowali.

W życiu nie czułem się tak pewny siebie jak wtedy. Nie zawierałem natomiast wewnątrz żadnych znajomości, bo guzik wiedziałem o wojskowości, a to by było zbyt ryzykowne. Ale jako milczący, cichy i obserwujący zakupowicz tym większy budziłem respekt i dystans. Już nawet przyzwyczaiłem się do tego, że mundurowi na mój widok na wszelki wypadek mi salutowali, do tego stopnia, że jak ktoś nie zasalutował, to wymownie się zatrzymywałem na chwilę, by dać szansę na poprawę. Dawno się tak dobrze nie bawiłem, czerpiąc przy okazji dla siebie i dla innych sporo korzyści. Dodajmy, że wszystkie wymienione produkty sprzedawane były po niemal symbolicznych cenach.

I oto nastąpił ten kłopotliwy dla mnie dzień, którego nie przewidziałem. Otóż fizycy polscy byli niemal wyłącznie politycznymi opozycjonistami i to był fakt dość powszechnie znany. Na wydziale można było czasem spotkać wielu znanych i przebywających tam gościnnie opozycjonistów.

I oto pewnego dnia, obładowany torbami z żywnością, w czarnej swojej skórzanej kurtce, wychodzę pewnym krokiem z budynku, śmigając czarną legitymacją przed twarzą wartownika, i wychodzę wprost na grupę moich wykładowców fizyków, którzy zmierzali właśnie do budynku Fizyki Doświadczalnej kolektywnie. No niestety, dobrze się wszyscy znaliśmy z wydziału. Pamiętam, był w grupie profesor Hoffmokl, profesor Białkowski, profesor Białnicki, Bierula i jego żona, też fizyk.

Zaniemówili wszyscy i na moment przystanęli, patrząc, jak wciąż salutujący wartownik się przede mną pręży, jak jakiś inny jeszcze wojskowy, na domiar złego, mi zasalutował. Ależ mi było głupio. Co miałem im na szybko powiedzieć? Że to falsyfikacja? Że robię sobie kolejny eksperyment? Nie było czasu na wyjaśnienia, zresztą oni szybko odwrócili głowy, jakby na jedną komendę, i pomaszerowali dalej.

No trudno, pomyślałem, znalazłem się w patowej sytuacji. Bo brak reakcji to ugruntowane przekonanie, że jestem agentem, albo kolaborantem, albo nie wiadomo kim, ale na pewno nie swoim. A tłumaczenie się to jeszcze gorzej.

Myślę, że od tego momentu postrzegali mnie jako wrogi element. Może i to zdarzenie spowodowało, że zostanę później relegowany z wydziału fizyki z powodu ideologicznego sprzeciwu, jak na ironię, wobec Studium Wojskowego.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (3)

Dodaj komentarz

Czarek

Co za pomysł ale super przygoda.

Agnieszka

Kapitalna historia, szczerze się bawiłam.

Dorota

Naprawdę, uśmiałam się jak norka. Pomysł zuchwały, życie zastawia swoje niespodzianki.

Zaloguj się