Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ OSIEMNASTA
Życie przed Stanem Wojennym
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#stan wojenny#PRL#Liceum Lelewela#Szkoła Pożarnicza#podróże#Berlin#Warszawa#Teoria Q#obserwator#młodość#Polska 1981
Życie przed Stanem Wojennym
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Pierwsza moja młodzieńcza miłość, nie licząc wcześniejszych zauroczeń i uniesień, to właśnie czas Liceum Lelewela. Była to dziewczyna, którą kojarzyłem z dzieciństwa, ale wtedy nie zwracałem na nią uwagi. Teraz budowała trwałe skojarzenie z moją nową szkołą i wyrosła na piękną oraz wrażliwą dziewczynę.
To duży komfort, jeśli w tym samym miejscu, w tej samej szkole, możemy się rozwijać i jednocześnie być zakochanym w osobie, po części łączącej nasze pasje. Może niekoniecznie były to pasje związane z nauką, ale na pewno z podróżowaniem.
Nie był to tylko stan zakochania, ale prawdziwe partnerstwo. Jeszcze jako uczniowie szkoły średniej często mieszkaliśmy razem, ale mieliśmy także jakiś własny obszar życia, który dyktował pewien stopień naszej swobody. Bardzo dużo razem podróżowaliśmy, zarówno po Polsce, jak i po Europie.
Niestety swoje BMW straciłem na trasie szybkiego ruchu w zderzeniu z ogromnym słupem latarni w Warszawie. Nie stało się to z mojej winy, ale ubezpieczenie nie pozwalało na odkupienie podobnego samochodu. Stać nas było tylko na rumuńską Dacię, czyli niezbyt udaną kopię Renault 16.
Ale tą Dacią zjeździliśmy nie tylko całą Polskę, ale wybraliśmy się również kilka razy do Berlina, do Austrii oraz na bułgarską wyspę Nessebar. Praktycznie każde ferie czy święta wykorzystywaliśmy na wspólne podróżowanie.
Wtedy nie wyobrażałem sobie samotnych podróży, ponieważ jeśli nie mamy z kim dzielić naszych nowych przeżyć, doświadczeń i odkryć, to takie samotne zdobywanie świata przestaje mieć jakikolwiek sens. To był taki pierwowzór mojej późniejszej myśli, że jeśli jakiś proces czy obiekt nie ma żadnego obserwatora ani innego obiektu, na który mógłby oddziaływać, to praktycznie nie istnieje.
Istnienie jest względną funkcją tak samego procesu, jak i jego obserwatora.
Ta myśl pozostała kluczowa w Teorii Q, ale później odkryłem inny sens samotnych podróży. Obserwator nie musi być przecież wciąż tym samym obserwatorem, więc jak najbardziej warto rozkoszować się samotnymi podróżami.
Po pierwsze po to, aby oswajać się nie tyle z samotnością, co z własnym towarzystwem i własną świadomością. Po drugie można podróżować samotnie, by lepiej poznawać nowych ludzi, mieszkańców danego kraju, i budować z nimi relacje. I tak kiedyś zacznę podróżować.
Dorota P. nie podzielała moich pasji naukowych ani poetyckich, ale była moją wierną towarzyszką podróży i ciekawego partnerstwa. Z biegiem lat planowaliśmy wspólną przyszłość, wspólne życie i wszystko, co z tym związane.
W czasie szkoły średniej nie myślałem jednak aż tak poważnie o wspólnej przyszłości. Cały czas czułem, że Polska absolutnie nie jest miejscem, w którym chciałbym trwale żyć, że pod żadnym względem nie pasuję do tego miejsca i nie chciałbym się do niego dostosować.
W tym czasie mój ojciec wyjechał kolejny raz na placówkę naukową do Kolonii i raczej myślałem o tym, aby zaraz po maturze do niego dołączyć. Na drodze tych planów stanął nam jednak stan wojenny od grudnia 1981 roku. Po tym zdarzeniu musiałem zapomnieć o swoich planach, a mój ojciec nie mógł wrócić do kraju, ponieważ już by z niego nie wyjechał.
Bardzo brakowało mi kolorowego świata, w którym się wychowywałem, i życzliwości ludzkiej, która mnie wtedy otaczała. Musiałem sam szukać czegoś, co kompensowałoby te deficyty. Po części znajdowałem je w swoich pasjach naukowych i poetyckich. Zaczytywałem się w książkach o fizyce, astronomii i matematyce, ale pasjonowała mnie również poezja, szczególnie poezja Norwida, Leśmiana, Goethego i Szekspira. Odkrywałem także rejony w Polsce, które mnie fascynowały, takie jak Góry Stołowe, Mazury, Las Borowski, Maradki, Sorkwity czy półwysep Helski.
Jednocześnie wyczuwałem, że zbliża się jakaś wielka burza, że problemy związane z kryzysem narastają i zaczynają nabrzmiewać, i że nikt nie ma pomysłu, jak je rozwiązać. To była swoista groza, ponieważ wiadomo było, że Związek Radziecki nie pozwoli na pokojowe odejście z Układu Warszawskiego, na zmianę ustroju politycznego.
Jasne było dla mnie, że Polska nie ma szans na samodzielne odejście ze wschodniej strefy wpływów. Myślę, że nikt wtedy nie przewidywał w najśmielszych snach, że może nastąpić coś znacznie dziwniejszego, czyli rozpad Związku Radzieckiego. A to był faktyczny klucz do trwałych zmian w Polsce.
Miałem wrażenie, że wielu Polaków wierzyło raczej w coś innego. Nie w rozpad ZSRR, ale w to, że nagle Zachód stanie murem za nami i uchroni nas przed interwencją Sowietów, co w świetle zdrady Polski przez naszych sojuszników w czasie II wojny światowej wydawało mi się wiarą nadaremną i życzeniową. To, pamiętam, było dla mnie zadziwiające – ta niezdolność moich rodaków do myślenia racjonalnego, pragmatycznego czy przynajmniej probabilistycznego.
Cisza przed burzą nie zawsze jest tylko ciszą – czasem jest szturmem na Szkołę Pożarniczą z powodu strajku okupacyjnego. A w tejże szkole mieściło się moje liceum i my wszyscy na naszych zajęciach. To był dla mnie zbrojny przedsmak tego, co nieuchronnie nadciągało, czyli stanu wojennego w Polsce.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com