Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ

CZĘŚĆ DZIEWIĘTNASTA

Szturm na szkołę, czyli groza przed burzą…

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Szkoła Pożarnicza#Liceum Lelewela#grudzień 1981#stan wojenny#ZOMO#Warszawa#Żoliborz#strajk okupacyjny#PRL#Mirosław Sawicki#Anna Radziwiłł

Szturm na szkołę, czyli groza przed burzą…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Był grudzień 1981 roku. Mimo napiętej sytuacji w kraju, nie tylko z powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej i kryzysowej, ale i całej fali strajków zalewających kraj, zajęcia w Liceum Ogólnokształcącym im. Lelewela, mieszczącym się w części budynku Szkoły Pożarniczej na Żoliborzu, przebiegały względnie normalnie.

Sama Szkoła Pożarnicza, od której oddzielała nas ściana, dwie pary zaryglowanych drzwi oraz z którą łączyła nas sieć korytarzy podziemnych, ogłosiła strajk okupacyjny. Czyli szkoła jest okupowana, zajmowana, ale żadne zajęcia się w niej nie odbywają.

Czuliśmy na przerwach, że coś złego się szykuje, ponieważ nad budynkiem zaczął nagle krążyć wojskowy helikopter. W szkole rozległ się głośny alarm. Wszyscy opuściliśmy sale lekcyjne i zgromadziliśmy się wraz z nauczycielami w ogromnej sali gimnastycznej. Nauczyciele, pamiętam, starali się zachować spokój i zimną krew, choć nie było to łatwe.

Przemówił Mirosław Sawicki, nasz nauczyciel fizyki. Mówił spokojnie i krótko. Powiedział, że dla naszego bezpieczeństwa nie możemy teraz opuścić szkoły i musimy pilnować, by zakratowane okna były zamknięte. W tym czasie dyrektor szkoły, Anna Radziwiłł, zabarykadowała wraz z innymi nauczycielami drzwi główne i boczne do szkoły. Pamiętam, że wielkie drewniane drzwi bardziej przypominały wrota niż wejście.

Powiedział, że co prawda telefony przestały działać i jesteśmy odcięci od zewnętrznego świata, ale musimy spokojnie poczekać na zakończenie całej operacji. (Przypominam, że nie mieliśmy wtedy ani Internetu, ani telefonów komórkowych.) Nie wiadomo było, jak długo będziemy zablokowani w szkole.

Dyrekcja zdecydowała się zablokować wszystkie drzwi wejściowe dla naszego bezpieczeństwa, bardzo odważnie, aby nie wpuścić ani ZOMO, czyli specjalnych oddziałów szturmowych, ani komandosów, ani służb, aby nie przenieść ataku na Szkołę Pożarniczą od strony naszej szkoły licealnej, z której był najłatwiejszy dostęp do pomieszczeń szkoły pożarniczej.

To, jak się wkrótce okazało, nie było łatwą decyzją, ponieważ już wkrótce, tak jak przewidywaliśmy, nastąpiło głośne łomotanie do drzwi i żądanie ich natychmiastowego otwarcia. Nauczyciele działali bardzo sprawnie, spokojnie wydawali nam polecenia, starali się rozdzielić jak najwięcej zadań licznej grupie uczniów w wyważony sposób. Myślę, że również po to, abyśmy koncentrowali się na ich wykonaniu, a nie na zagrożeniu i przewidywaniu złych scenariuszy zdarzeń.

Podzieliliśmy się na tych, którzy byli po szkoleniach z udzielania pierwszej pomocy, na silniejszych uczniów do pomocy przy barykadowaniu wejść do korytarzy podziemnych oraz grupę liderów, którzy mieli się opiekować mniej odpornymi uczniami. Było to sensowne, ponieważ słychać było płacz i delikatne oznaki paniki. Tymczasem nasilało się łomotanie do głównych drzwi wejściowych oraz drzwi awaryjnych bocznych. Oba wejścia były zamknięte i zabarykadowane. Pamiętam głośne krzyki z zewnątrz, przekleństwa w naszym kierunku i żądania natychmiastowego otwarcia drzwi pod groźbą ich wyważenia lub wysadzenia.

Niedługo później słychać było rozkazy jeszcze wyraźniej, bo wydawane były przez tuby nagłaśniające. Dyrekcja i cała grupa nauczycieli pozostawała niewzruszona i dzielnie nie odpowiadała na żadne żądania z zewnątrz.

W tle słychać było krzyk jednej z uczennic, która przekonywała, że musi koniecznie opuścić szkołę i jechać do domu. Inni, ale nieliczni, zaczęli jej wtórować, że także pragną opuścić szkołę. Mirosław Sawicki spokojnie przekonywał, że teraz jest to niemożliwe i że musimy się uzbroić w cierpliwość. Atmosfera gęstniała coraz bardziej, widzieliśmy już dwa śmigłowce latające nad dachami wspólnej szkoły.

Robiło się coraz bardziej niebiesko od mundurów zomowców, którzy przedostali się już na teren wspólnego boiska naszej szkoły i szkoły pożarniczej. Pojawiało się coraz więcej czarnych mundurów i zamaskowanych żołnierzy. W tle zaczął wyć alarm w samej szkole pożarniczej. Wiedzieliśmy, że za moment nastąpi siłowe zdobywanie szkoły, nie wiadomo było tylko kosztem ilu ofiar. Nie wiadomo było, jak zacięcie będą się bronić strażacy przed aresztowaniem i wywiezieniem.

Przewidywaliśmy najgorsze. Przez okna nie było widać głównej sceny zdarzeń od strony drzwi wejściowych do samej Szkoły Pożarniczej. Łomotanie do naszych drzwi, przeklinanie, pomstowanie na nas nie ustawało, a wydawało się coraz głośniejsze.

Nagle widać było desant z jednego ze śmigłowców, uzbrojonych komandosów, na dach budynku właściwej szkoły pożarniczej. Wyłączono nam prąd, a powoli zapadał zmrok. Myślę, że większość z nas była mniej lub bardziej przerażona, ponieważ w takich sytuacjach zdarzenia stają się kompletnie nieprzewidywalne i dowolnie zaplanowana akcja może w każdej chwili wymknąć się spod kontroli.

Jednak panika nie wybuchła. Nauczyciele, choć widać było, że sami są przerażeni, nie utracili kontroli nad całą naszą liczną grupą.

Nagle, jakby na jeden rozkaz, wszystko ucichło. Walenie w drzwi ustało, śmigłowce zniknęły i nie widać było zomowców. Nikogo na zewnątrz nie było widać.

Mijające sekundy ciągnęły się nam jak długie, niekończące się minuty.

Mimo to, bez słowa, spokojnie czekaliśmy na dalszy rozwój zdarzeń. Po dłuższym czasie Mirosław Sawicki zwrócił się do nas i do nauczycieli z prośbą o to, kto mógłby wraz z nim, bezpiecznym, ukrytym wyjściem opuścić teren szkoły i ostrożnie rozeznać się w sytuacji. Pamiętam, że zgłosił się tylko jeden nauczyciel oraz kilku moich kolegów uczniów, wraz ze mną.

Pan Mirek wybrał sześciu z nas ze starszych klas i wraz z innym nauczycielem przeszliśmy w wybrane miejsce, do kolejnych, ukrytych przed światem drzwi, które prowadziły wprost na boisko, ale od takiej strony, że zza rogu można było zobaczyć, co się dzieje w centralnej części zdarzeń. Podzieliliśmy się na dwie grupy, by trudniej można było nas namierzyć, po trzy osoby. Ja znalazłem się w grupie pana Mirka.

Wyszliśmy pierwsi.

Od wspomnianego rogu budynku dzieliło nas tylko kilkanaście kroków. Szliśmy, czy raczej skradaliśmy się w całkowitej ciszy. Druga grupa obserwowała przeciwną stronę i zabezpieczała nas na wszelki wypadek.

Zza rogu widzieliśmy szpaler zomowców oraz czarne stroje komandosów i wyprowadzanych strażaków w kajdankach do specjalnych pojazdów policyjnych. Wszystko odbywało się w przejmującej ciszy. Jeden z oddziałów ZOMO, liczący może sześciu czy ośmiu funkcjonariuszy, najbliższy od nas, dostrzegł nas w pewnym momencie.

Nastąpił okrzyk wzywający do ataku czy zatrzymania nas, pamiętam ten zwierzęcy okrzyk agresji. Dzieliła nas jednak na tyle bezpieczna odległość, że zdążyliśmy się wszyscy wycofać i błyskawicznie zniknąć za drzwiami, które zaraz potem zabarykadowaliśmy. Nie było kolejnego łomotania do drzwi.

Po kolejnych, długich godzinach włączono prąd i telefony. Wtedy ktoś z zewnątrz zadzwonił, że jest po wszystkim i że możemy spokojnie opuścić szkołę. Mimo to opuszczaliśmy ją w zorganizowanych, pilnujących się grupach.

Bezpiecznie dotarłem do domu.

Podobnie jednak jak inni, czułem, że to nie koniec, a raczej dopiero początek wielkiego dramatu, jaki za chwilę miał się rozegrać.

Za kilka czy kilkanaście dni czołgi i uzbrojeni żołnierze wyjadą demonstracyjnie na ulice mocno ośnieżonej Warszawy, jakby biel śniegu miała złagodzić całą grozę nowej rzeczywistości.

Świat nie tylko Warszawy, ale i Polski, i Europy już nigdy nie będzie taki sam.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się