Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ DWUDZIESTA
Niewygodne prawdy i brak wiedzy w Polsce
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#PRL#stan wojenny#Polska 1981#Solidarność#ZSRR#NRD#zimna wojna#polska mentalność#romantyzm#wspomnienia#polityka
Niewygodne prawdy i brak wiedzy w Polsce
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

W Polsce trwała gorączka strajkowa i gorąca atmosfera wokół Solidarności oraz ślepa wiara w Zachód i jego poparcie. Tymczasem groziło nam realne niebezpieczeństwo ze strony interwencji zbrojnej ZSRR, które do dziś jest ignorowane i mam wrażenie, że celowo czy z głupoty uparcie przemilczane, a może po prostu nie koresponduje z obowiązującymi mitami narodowymi.
Z racji tego, że miałem nie tylko wspomnienia, ale wielu przyjaciół i znajomych zarówno po stronie wschodniej, jak i zachodniej, posiadałem bieżące informacje o nastrojach i obawach niemieckich. Znajome nauczycielki i ich rodziny ze Wschodu, pani Kasch wraz z mężem, wysokim urzędnikiem Stasi, oraz pani Rosemarie Kindzorra, dzwoniły przerażone, pytając, czy orientujemy się w sytuacji, jak władze NRD, w obawie przed polską rebelią, szykują wraz z Moskwą interwencję, czyli najazd na Polskę.
Dawni koledzy z Niemiec Wschodnich donosili mi, jak wojska NRD-owskie mobilizują się i przygotowują do „operacji specjalnej”, czyli zbrojnej interwencji. Wojska niemieckie stały w pełnej gotowości wzdłuż całej swojej granicy z Polską. Erich Honecker nie ustawał w przekonywaniu Breżniewa, by jak najszybciej interweniował w Polsce wraz z „bratnim” poparciem wojsk NRD. Pełną parą ruszyła propaganda NRD, aby przygotowywać obywateli na interwencję zbrojną i zapobiec śmiertelnemu zagrożeniu w Niemczech Wschodnich.
Dokładnie o tym samym informowali mnie moi przyjaciele i znajomi z Berlina Zachodniego z innych, pośrednich źródeł. Wysyłali mi zdjęcia z reportaży zachodnich, pokazujące, jak potężne wojska są gromadzone wzdłuż granicy. Na Zachodzie nikt ani słowem nie wspominał o jakiejkolwiek pomocy zbrojnej czy interwencyjnej dla Polski od strony Paktu Północnoatlantyckiego czy w ogóle świata zachodniego. Wręcz przeciwnie, panowała narracja izolująca Polaków w rozwoju sytuacji. W tym czasie królował Breżniew i nikt nawet nie śnił o rozpadzie ZSRR.
Dawna Czechosłowacja, czyli reżim Gustáva Husáka, była bardzo wrogo nastawiona do wydarzeń w Polsce i Polaków. Reżim ten był wiernie oddany Moskwie i liczył na to, że ona wraz z NRD zaprowadzą wspólnymi siłami porządek. Obawiano się efektu domina, czyli przeniknięcia nastrojów opozycyjnych do czechosłowackiej Karty 77. Opozycja czechosłowacka miała nadzieję na satysfakcję z interwencji radzieckiej, upatrując w tym moralny akt zemsty za rok 1968 i polską, wspólną z ZSRR, interwencję w ich kraju.
Bułgaria, ślepo oddana Moskwie, wtórowała państwom namawiającym do interwencji. Węgry wydawały się bardziej powściągliwe, ale oficjalnie poparły później wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Jedynym krajem, który wstrzymywał się od namawiania do interwencji, była Rumunia z Ceaușescu na czele, obawiająca się reakcji Zachodu – nie zbrojnej, bo wiedzieli, że taka nie nastąpi, ale politycznej, która wpłynęłaby negatywnie gospodarczo i rykoszetem uderzyłaby w Rumunię.
Wygląda na to, że jedynymi naiwnymi, których historia niczego nie nauczyła, byli sami Polacy, w większości wierzący, że Zachód o niczym innym nie marzy, tylko o podziwianiu naszego kraju i naszego zrywu, a w razie zagrożenia o umieraniu za Polskę. Wydawało mi się wtedy, że to tragiczny skutek nie tylko braku wiedzy o świecie i sytuacji, ale również skutek fatalnych mitów narodowo-martyrologicznych czy wręcz romantyzmu polskiego, pojmowanego mistycznie, religijnie i mesjanistycznie.
„Polska Chrystusem Narodów” pisali różni grafomani. Myślenie w tych kategoriach obrzydzało skutecznie myślenie realistyczne i pragmatyczne, kasując je w zarodku.
Pamiętam, że gdy próbowałem brać udział w publicznych dyskusjach i mówiłem o realnym zagrożeniu ze strony Niemiec, Polacy w różnym wieku patrzyli na mnie jak na rzadkie zjawisko meteorologiczne, które wiatr romantyzmu zaraz w pył rozwieje. Praktycznie nie miałem z kim w Polsce na ten temat rozmawiać.
Odnosiłem wrażenie, że moi rodacy są otumanieni albo religią, albo oparami zadżumienia – przedziwnym gatunkiem straceńczego romantyzmu, który więcej szkody czyni w umysłach niż kolejne rozbiory Polski.
Zdawałem sobie sprawę z magicznego wpływu takiego romantyzmu, ponieważ usprawiedliwiał on niemoc, bylejakość i brak odpowiedzialności – jak cholera skutecznie, gdyż dobrze wpisywał się w religię katolicyzmu ludowego („od cierpienia do gwiazd”) i mesjanizm narodowy, a poza tym w sensie poznawczym wydawał się być piękny.
Polski romantyzm miał i ma cały czas twarz i postać pięknego, wrażliwego młodzieńca umierającego na pospolitą gruźlicę, ale ostatkiem sił stojącego na kamieniu z ramionami wzniesionymi do nieba, albo przepięknej niewiasty, która przed chwilą utonęła w pięknej sukni i którą wyłowiono jeszcze przed rozkładem ciała.
Dlaczego dziś, ponad 40 lat później, nikt tego nie dostrzega, nie pisze i nie mówi o tym głośno? Czy to możliwe, że nikt w Polsce tego nie dostrzegał i nie dostrzega?
Buńczuczne pokolenie i cała kasta najbardziej prymitywnych opozycjonistów, którzy wykrzykiwali najbardziej agresywne hasła, po ogłoszeniu stanu wojennego pochowała się ze strachu na strychach i w piwnicach swoich domów. Ale gdy będzie znowu bezpiecznie i spokojnie, niczym uśpieni wcześniej rycerze Giewontu, powstaną i dzielnie będą skandować pod willą Jaruzelskiego, że stan wojenny to była zdrada narodu i że należało walecznie ginąć za Polskę.
Dziś ci sami ludzie i ich potomkowie będą to samo albo coś podobnego mówić o porozumieniu zawartym w Magdalence, ponieważ polski romantyzm nie rozumie i nie dopuszcza do siebie ani negocjacji, ani porozumienia z byłym wrogiem, ani koncyliacyjnych rozwiązań, a zamiast tego gloryfikuje i podnosi do rangi chwały i świętości uniesienia pieniackie oraz śmierć za ojczyznę zamiast życia dla ojczyzny.
Z jednym zastrzeżeniem: jakimś cudem to nie oni giną, ale ktoś za nich.
Wiele lat później zaprzyjaźnię się z Jurkiem Urbanem i pójdę razem z nim na jakąś imprezę SLD, na której będzie sprawny jeszcze i żywotny generał Jaruzelski. Będę miał okazję długo rozmawiać z nim na te tematy i uzyskam potwierdzenie swojego toku myślenia.
Podobnie będzie, gdy zaprzyjaźnię się z prawą ręką Jaruzelskiego, Wojciechem Wiśniewskim, który w tym czasie był przewodniczącym związku zawodowego polskiej partii socjalistycznej. Mało kto wie, że istniał taki twór o funkcjach kontrolnych wobec działaczy partyjnych. Wiśniewski wielokrotnie potwierdzi mój tok myślenia.
Cierpliwie żyłem dalej i skupiałem się na zgłębianiu fizyki, a w wolnych chwilach oddawałem się kontemplacji poezją lub upajałem się seksem z moją stałą, wierną partnerką.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com