Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ

CZĘŚĆ DWUDZIESTA PIERWSZA

Zdjęcie rodzinne…

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#rodzina#relacje rodzinne#wspomnienia#dzieciństwo#więzi rodzinne#konflikty rodzinne#dziedziczenie#opieka nad bliskimi#doświadczenia życiowe

Zdjęcie rodzinne…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Moja mama miała starszego brata Andrzeja. Mój wujek był w porządku – prosty, ale pogodny człowiek, zniechęcony do partii, systemu, typ buntownika od urodzenia. Wiem, że kochał się całe życie w pewnej Stefci, która nie zyskała aprobaty moich dziadków, a w zamian uwiodła go jego sąsiadka, symulując ciążę, co skutecznie, z poczucia odpowiedzialności, zawiodło go przed ołtarz.

Takie małżeństwo „na siłę”, z obowiązku, bo tak wypada, skazane jest najczęściej na absolutną katastrofę. I tę katastrofę wyczuwało się przy każdym niemal spotkaniu rodzinnym. Ze związku tego pojawiły się dwie moje siostry cioteczne, Kasia i Magda. Nie potrafiły ukrywać zazdrości, zawiści i niechęci do mnie właściwie od wczesnego dzieciństwa. Prawdopodobnie z powodu naszego stanu posiadania, ale i dlatego, że moi dziadkowie mało dyplomatycznie czy pedagogicznie często otwarcie dawali do zrozumienia, że jestem ich ulubionym wnuczkiem. Nigdy razem nigdzie nie wyjechaliśmy, nie spędzaliśmy razem czasu, z wyjątkiem obowiązkowych spotkań rodzinnych.

Ze strony mojego ojca rodzina była i jest bardzo liczna, zgromadzona głównie w Lublinie i okolicach. Mój ojciec miał chyba ośmiu czy kilkunastu braci przyrodnich, nie pamiętam. Właściwie prawie ich nie znam. Nikt z nas nie wykonał nigdy tego ważnego pierwszego kroku, by przełamać pierwsze lody. To rodzina niezwykle bogobojna, kościołkowa, odnawiana wiecznie w grupach Odnowy w Duchu Świętym i podczas licznych pielgrzymek, więc i tak nasze kontakty bliższe skazane by były na wieczne konflikty, jawne czy tłumione.

I jeszcze jeden odłam rodzinny, z którym chyba najmniej miałem do czynienia. Mój prapradziadek, Żyd prowadzący prawną kancelarię w Wyszkowie pod Warszawą, nazywał się Błaszczak. Miał dwóch synów, z których jeden był moim dziadkiem, a drugi dziadkiem niejakiego Mariusza Błaszczaka. Pamiętam jakieś dawne próby spędzania razem świąt czy nawiązywania kontaktu, ale niemal wszystkie kończyły się kompletnym niepowodzeniem.

Typowa rodzina słoików, drobnomieszczańska, która powinna nazywać się Dulscy, a nie Błaszczakowie. Wiele lat później, gdy będę niewinnie aresztowany, znany polityk Mariusz Błaszczak zatrzaśnie drzwi przed nosem moim rodzicom i wykrzyczy zza drzwi w desperackim tonie, że nie jesteśmy żadną rodziną.

Mam jeszcze przyszywanego wujka Januszka, który został do rodziny przygarnięty jako sierota z getta warszawskiego, ale tak wielką przeżywał traumę, że na pokaz został fanatycznym katolikiem i tak mu już na starość pozostało. Do dziś myśli, że musi przed rodziną ukrywać swoje prawdziwe pochodzenie. Myślę, że jedynie mój ojciec cierpiał z powodu braku kontaktu z rodziną, ponieważ z natury swojej był bardzo rodzinnym człowiekiem, ale dla mnie moja dalsza czy bliższa rodzina, poza moimi rodzicami, praktycznie nie miała znaczenia.

Zresztą niekoniecznie jestem typem rodzinnym. Już jako nastolatek często myślałem sobie, że to pokłosie dawnych hord ludzkich, dawnych prymitywnych ludów. Takie ciągłe, nieustanne hołubienie rodziny i relacji rodzinnych. Przecież to absurdalne.

Rodzimy się przecież kompletnie przypadkowo w takiej lub innej rodzinie, mając od najwcześniejszych lat narzucone, deklaratywne relacje. Przecież nasz sąsiad, przypadkowo poznany człowiek na mieście czy poza miastem, może być wielokrotnie bardziej nam oddany i znacznie bardziej wartościowy niż jakikolwiek wuj, ciotka czy pociotek.

Do tego dochodzi jeszcze jeden szczegół. Pamiętam, że zawsze pomoc rodzinie była szczególną troską tak mojej mamy, jak i mojego ojca. Za każdym razem, przy każdym przyjeździe do Polski, szykowaliśmy tony prezentów i darów. Moi rodzice zawsze byli gotowi pomagać komukolwiek z rodziny. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, mimo usilnego wytężania pamięci, aby ta relacja była w jakikolwiek sposób dwustronna.

Od najwcześniejszych lat wiedziałem w jakiś intuicyjny sposób, że nigdy żadnej pomocy czy nawet zainteresowania nie mogę się spodziewać od mojej dalszej rodziny.

Mój ojciec wykupił w imieniu moich dziadków ich dawne mieszkanie, ale pozostawił je przepisane na nich. Moi rodzice do samego końca bardzo czule i oddanie opiekowali się moimi dziadkami.

W ostatnich latach sprowadzili ich do siebie, do Podkowy Leśnej pod Warszawą. Stare ich mieszkanie dziadkowie przepisali na mnie. Pamiętam jedno z ostatnich spotkań rodzinnych na sali sądowej, gdzie moje niezaspokojone siostry cioteczne jak lwice walczyły najpierw o spadek, podważając testament, a gdy się nie udało, o tak zwany zachowek.

Szkoda, że nie wykazywały takiej aktywności, gdy dziadkowie byli schorowani i wymagali stałej opieki. Ostatni pokaz rodzinnej zawziętości miałem ostatnio przed śmiercią mojej mamy, gdy młodsza z sióstr, Magda, na łożu śmierci podsuwała mamie sfałszowany testament, aby zyskać dom po moich rodzicach.

Nie wiem, czy miałem wyjątkowe nieszczęście do swoistych ludzkich hien w mojej rodzinie. Tak czy owak, na co dzień nie było żadnych kontaktów, co zapewne dobrze wpływało na mój stan umysłu.



MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się