Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 12
CZĘŚĆ DWUNASTA
Nowa szkoła – część tego samego systemu
#Piotr Tymochowicz#Grzegorz Przemyk#fortepian#fizyka#Chopin#liceum#młodość
Nowa szkoła – część tego samego systemu
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Poszukiwania nowej szkoły nie trwały długo. Dość szybko znalazłem placówkę, która bez problemu mnie przyjęła – jako byłego olimpijczyka z fizyki i matematyki, legitymującego się bardzo dobrymi ocenami. Był to rok 1980. Trafiłem do Liceum Ogólnokształcącego im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego przy ulicy Elektoralnej w Warszawie.
Rozczarowanie przyszło już po kilku dniach. Okazało się, że panują w owym liceum takie same zasady jak w LO Reja, jeśli chodzi o autorytaryzm nauczycieli, prawa ucznia – a właściwie jego pozbawienie – oraz cały program nauczania, narzucony odgórnie przez Kuratorium i Ministerstwo Oświaty. Oczywiście był on ten sam.
Znowu jednak miałem szczęście, jeśli chodzi o nauki przyrodnicze. Trafił mi się kolejny nauczyciel-legenda: pan Czerniakowski. Był nie tylko fizykiem, ale przede wszystkim jej pasjonatem i jednocześnie człowiekiem wyczulonym na artyzm oraz piękno równań i symetrii. On także bardzo mnie inspirował poznawczo, choć – prawdę mówiąc – bardziej niż indywidualnym rozwojem swoich uczniów wydawał się być zainteresowany podrywaniem młodych uczennic. Był z tego zresztą znany i chyba specjalnie tego nie ukrywał.
Nie przeszkadzało mi to jednak, ponieważ byłem już wtedy poznawczo bardzo samodzielny i nie potrzebowałem specjalnego zainteresowania ze strony nauczyciela. Przynajmniej nie przeszkadzało mi to do pewnego momentu. Do momentu, kiedy pojawił się nasz wspólny obiekt westchnień w postaci niezwykle seksownej Pauliny. Do dziś mam jej obraz przed oczami: ponętnej blondynki w charakterystycznych drewniakach. Pamiętam, jak Czerniakowski, wiedziony niezaspokojonym ego, przechadzał się korytarzami szkoły jak napuszony paw czy kogut w haremie młodych dziewcząt.
Obawiam się, że przegrałem tę niezbyt zdrową rywalizację, ale nie straciłem motywacji do fizyki, a wręcz przeciwnie. Czerniakowski wymyślał bowiem bardzo oryginalne zadania i coraz bardziej wymyślne metody ich rozwiązywania.
Po tej krótkiej przygodzie przyszedł czas na bardzo burzliwą młodzieńczą miłość do Kingi Tarasewicz – przepięknej córki słynnego śpiewaka operowego oraz operetki, Ryszarda Tarasewicza, określanego wręcz mianem króla polskiej opery i operetki.
Cóż, nie będę opisywać tu swoich intymnych przeżyć. Nadmienię tylko, że Kinga potrafiła podtrzymywać swoisty ogień miłości i zakochania, będąc wciąż do końca niezdecydowaną, co fundowało mi nieustanną emocjonalną huśtawkę.
Huśtawka ta znalazła swoje ujście w postaci moich działań artystycznych. W tym liceum mieliśmy nie tylko na stałe wystawione stoły do ping-ponga, na których nieustannie ktoś się wyżywał, ale w specjalnym korytarzu przed salą gimnastyczną stało pianino marki Calisia, całkiem nieźle nawet zestrojone. W cięższych chwilach, pomiędzy miłosnymi uniesieniami, z zapałem grałem więc na pianinie różne utwory, które Kinga uwielbiała. Trochę dlatego, by jej oczywiście zaimponować, a trochę po to, by dać ujście własnym emocjom. Dochodziło czasem do tego, że zamiast iść na jakąś nudną lekcję, wolałem spędzić ją przy pianinie.
Skąd wzięła się moja gra? Po pierwsze, mieliśmy w domu stare, wysłużone pianino. Po drugie, kiedyś na wakacjach w Niemczech, w Schwarzwaldzie – będąc na kolonii integracyjnej młodzieży niemieckiej i polskiej – poznałem młodego Edwarda Wolanina, ucznia samego słynnego Zimmermanna. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo szybko. To on właśnie uczył mnie, jak prawidłowo grać. Kontynuowaliśmy tę znajomość – bywał także u mnie w domu, udzielając mi kolejnych lekcji. Pamiętam jego prywatne nieszczęście, jeśli chodzi o grę na pianinie. Także kochał Chopina, ale miał fizycznie zbyt małe dłonie, by móc obejmować tak szerokie rozpiętości, jak się powinno. Tym bardziej motywowało go to do perfekcji samej gry. Z tego, co wiem, obecnie jest uznanym profesorem.
Moja gra na pianinie ma jeszcze inne źródła. Kiedyś, spędzając wakacje w Polsce, zauroczyła mnie pewna, nieco starsza ode mnie dziewczyna. Pamiętam, że nigdy nie widziałem jej spokojnie idącej gdziekolwiek – zawsze biegła niczym powietrzna nimfa, zawsze w towarzystwie dwóch dobermanów, towarzyszących jej niczym psie cerbery. Zawsze była dla mnie nieuchwytna.
Wyobraźcie sobie, że któregoś dnia, przechadzając się po osiedlu żoliborskim, przystanąłem przy sklepie, wsłuchany w piękną czyjąś grę na pianinie. Marsz Turecki, wykonywany perfekcyjnie, tak mnie oczarował, że stałem jak zaczarowany, niczym wryty w słup soli. Nie mogłem się pogodzić z tym, aby po prostu odejść. Postanowiłem odszukać tego kogoś, kto to grał, i namówić go, aby mnie nauczył tego utworu. Już wtedy sam miałem w domu pianino.
To był dwupiętrowy blok z szeroko otwartym oknem na pierwszym piętrze, więc nie musiałem długo szukać. Jakie było moje wielkie zdziwienie, gdy drzwi otworzyła mi ta sama dziewczyna, którą wcześniej byłem tak zauroczony! Pamiętam, że musiała minąć dłuższa chwila, zanim odzyskałem głos. Była zaszokowana moimi motywami i otwartością, ale bez długiego wahania zgodziła się być moją nauczycielką. Cierpliwie mnie uczyła przez następne tygodnie. Nigdy nie zdradziłem jej, jak bardzo byłem nią samą zauroczony, z góry przewidując, że może to popsuć nasze artystyczne relacje. A poza tym była starsza ode mnie i czułem się trochę traktowany przez nią jak dziecko.
Niezależnie od tego, później zapragnąłem bardziej profesjonalnych lekcji i zgłosiłem się do nauczycielki muzyki pobliskiej szkoły podstawowej – Alicji Mossakowskiej. Znowu miałem dużo szczęścia, bo po pierwsze zgodziła się na prywatne lekcje, a po drugie okazała się być legendą tamtych czasów, o czym wcześniej nie wiedziałem. Nie tylko prowadziła chór dziecięcy „Wiwat”, świętujący tryumfy na całym świecie, ale była także wykładowcą w Akademii Teatralnej w Warszawie. Bardzo mile i z wielką sympatią wspominam zajęcia z nią.
Pamiętam, że pewnego dnia, kiedy już utrwaliłem w szkole Modrzewskiego wizerunek pianisty – nawet nadano mi przydomek „Szopen”, nie tylko ze względu na grę i moje uwielbienie dla Chopina, ale z powodu podobnie rozwianych włosów – przysiadł się do mnie młodszy uczeń tej szkoły i zaczęliśmy coś grać na cztery ręce. Był to Chaplin. Od tego momentu zaczęła się nasza znajomość. Przedstawił się krótko: nazywam się Grzegorz, Grzegorz Przemyk.
Tak poznałem legendarną i tragiczną zarazem postać zamordowanego później Grzegorza Przemyka.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com
Premium
Jeśli wersja publiczna wzbudziła Twoją ciekawość, Premium pozwoli Ci pójść dalej. Pełne historie, rozszerzone publikacje i nieznane dotąd materiały czekają po drugiej stronie.
Zaloguj się lub załóż konto, aby uzyskać dostęp do pełnego materiału.