Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ
CZĘŚĆ SIEDEMNASTA
Legendy i Mity
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Liceum Lelewela#Anna Radziwiłł#Mirosław Sawicki#Stanisław Falkowski#edukacja#PRL#Warszawa#Żoliborz#młodość#wspomnienia
Legendy i Mity
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Liceum Lelewela było swoistym tyglem różnorodności. Z jednej strony znalazły w nim miejsce swoiste legendy tamtych czasów, takie jak pan Nikodem Księżopolski – słynny pedagog i matematyk, pani Anna Radziwiłł – pedagog i nauczycielka historii, Mirosław Sawicki – nauczyciel fizyki, potem minister edukacji, Danuta Wawrzyniak – bardzo ceniona matematyczka, która kreowała wielu olimpijczyków, oraz Stanisław Falkowski – świetny polonista, później wykładowca uniwersytecki.
Z drugiej jednak strony – może z powodu deficytu kadry – zatrudniane były patologiczne trutnie nauczycielskie w postaci pana Eugeniusza Machtyłowicza, który bardziej udawał fizyka, niż nim był. Czy jego kolega, pseudochemik o wadze około 200 kg, którego prawdziwego imienia i nazwiska nigdy nie poznałem, ale który funkcjonował jako „Balon” w świadomości uczniów.
Postać autorytarna, patologicznie zastraszająca uczniów, by potem odsyłać ich na prywatne korepetycje do kolegi Eugeniusza – i odwrotnie, Eugeniusz wysyłał do Balona. Interes kwitł w najlepsze.
Z jednej strony trafiłem pod skrzydła Anny Radziwiłł oraz fantastycznego polonisty Falkowskiego, z drugiej – do Eugeniusza Machtyłowicza. Nie przejmowałem się tym zbytnio, ponieważ byłem zwolniony z obowiązkowych lekcji rosyjskiego jako były emigrant z Zachodu, a z drugiej strony nie musiałem uczęszczać na niemiecki, bo awansem miałem ten język zaliczony.
Pojawiało mi się sporo tzw. okienek, które wykorzystywałem do tego, aby samodzielnie decydować, na jakie zajęcia i do której klasy okazjonalnie będę chodzić. I tak zostałem uczniem Mirosława Sawickiego, fizyka, który formalnie nie był przypisany do mojej klasy.
Generalnie panowała w tym liceum bardzo intelektualna atmosfera. Dobrze się czułem w środowisku elitarnej opozycji i mimo ciężkich czasów w Polsce znalazłem spokój oraz warunki do własnego rozwoju. Zaczytywałem się w wykładach Feynmana z fizyki, w poezji Norwida i Leśmiana, a także w Bułhakowie i Dostojewskim.
Moje pasje rekompensowały mi trudy dnia codziennego: coraz bardziej napiętą sytuację polityczną, kartki na żywność i ogólną, wyczuwalną frustrację ludzi. Chwilami tęskniłem za kolorowym, ustabilizowanym życiem na Zachodzie i przede wszystkim za życzliwością i uśmiechem normalnych ludzi.
Ciężko mi było oswoić się z magiczno-patetycznym myśleniem Polaków, z brakiem pragmatyzmu, z polską byle-jakością, z nobilitacją powszechnych prowizorek i z brakiem przywiązania do rzetelności oraz profesjonalizmu.
Walka z ustrojem i z zależnością od Związku Radzieckiego była dla mnie pewną formą oczywistości. Sam system socjalizmu realnego, jaki faktycznie panował w Polsce, był w oczywisty sposób nierealny – niezgodny z naturą i sprzeczny z psychologią człowieka. Podobnie jak w czystej formie komunizm, którego moim zdaniem nigdy w Polsce nie doświadczyliśmy – być może poza stalinowską formą represji, której ofiarą padł również mój ojciec.
Zabawne były dla mnie i nieco prymitywne hasła typu: „Precz z komuną” czy nazywanie socjalistów realnych mianem komunistów. Mnożyło się też bez liku antykomunistów – prawdziwy ich wysyp będę w Polsce obserwować po 2000 roku. To nawet zabawne, bo kojarzyło mi się z Afryką, w której mnoży się populacja antylop, które – oprócz tego, że są roślinożerne – to, załóżmy, polują na lopy jako swoje własne zaprzeczenie czy przeciwieństwo (antylopa). I mnoży się ich coraz więcej. Problem tylko polega na tym, że w Afryce nie było nigdy żadnej lopy, a polowanie i udawanie, że się je tropi, trwa w najlepsze.
Problem polegał na tym, że obserwowałem bardzo prymitywne ataki bardzo prymitywnych i agresywnych ludzi na skorumpowane grono polityków partii i jej członków, choć gołym okiem widać było, że ci drudzy są znacznie bardziej ucywilizowani, inteligentni i wykształceni od atakujących.
Nie sposób było dla mnie identyfikować się ani z jednymi, ani z drugimi.
Polskie elity polityczne w hasłach nawiązywały do nobilitacji grup robotniczo-chłopskich, jakiegoś prostego proletariatu, ale dawno nim przestały być, zamieniając się w wielce skorumpowane i cyniczne grono całkiem nieźle wykształconych ludzi.
Obserwowałem dwa główne, trochę ścierające się nurty narracji opozycyjno-politycznej. Jeden – niezwykle agresywny, momentami chamski, żądny krwi, zemsty, rozliczeń i eskalacji nienawiści. Drugi – magiczno-mesjanistyczno-artystyczno-romantyczny, rozśpiewanych w patriotycznych utworach idealistów.
To drugie grono było mi znacznie bliższe, ale brakowało mi w nim pragmatyzmu, analizy i strategicznego podejścia do problemu.
Cholera, w Polsce niezwykle trudno było wtedy być kimkolwiek, kto by którykolwiek z tych dwóch nurtów reprezentował, a tylko one były powszechne i uznawane. A z drugiej strony jeszcze gorzej byłoby przynależeć do fanatycznych czy skorumpowanych towarzyszy partyjnych.
Na pytania o realne plany poprawy sytuacji słyszałem albo narrację partyjną w postaci: trzeba rozprawić się ostatecznie z opozycją i wzmocnić sojusze socjalistyczne. W ich narracji za całe zło panujące w Polsce odpowiedzialna była opozycja, ponieważ skutecznie pierze mózgi ludzi i buntuje studentów, a to strajki właśnie powodują niepowetowane straty gospodarcze i stąd bierze się coraz większy kryzys. Pewnie nie brakowało ludzi wierzących w taką narrację.
Druga, opozycyjno-prymitywna, mówiła o potrzebie wyrżnięcia komunistów i zerwania z sojuszem ze Związkiem Radzieckim. Panowało takie przekonanie, które mnie ścinało z nóg. Opowiadano sobie powszechnie, że Polska masowo wysyła nie tylko węgiel, ale żywność i wszelkie dobra na Wschód i dlatego tak biednieje. Panowało przekonanie, że gdybyśmy zatrzymali te liczne pociągi w kraju, Polska w ciągu jednego roku byłaby bogatsza niż Szwajcaria. Czyli wielu Polaków naprawdę wierzyło w to, że Polska jako wasal ZSRR utrzymywała całe komunistyczne imperium.
Trzeci nurt narracji to narracja mesjanistyczno-romantyczno-artystyczna, z charakterystycznym dla niej myśleniem życzeniowym, magicznym i irracjonalnym. Irytowała mnie narracja martyrologiczno-cierpiętnicza, ponieważ nic kompletnie twórczego z niej nie wynikało – można by było tylko liczyć na litość ze strony innych nacji. Ale czy litość może zastąpić solidny plan Marshalla? Bardzo w to wątpiłem.
Nurty bogobojne i wyznawców absurdalnych teorii spiskowych pomijam.
Czułem, że pod kątem politycznym nie ma w Polsce dla mnie miejsca, dlatego skupiałem się na swoim własnym świecie.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com