Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 47

CZĘŚĆ CZTERDZIESTA SIÓDMA

Moja Przygoda z Brazylijską Niewolnicą…

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Niewolnica Isaura#Lucélia Santos#Rubens de Falco#PRL#telewizja#Halo Komputer#Warszawa#lotnisko Okęcie#media#Brazylia#serial brazylijski#kultura masowa#lata 80.

Moja Przygoda z Brazylijską Niewolnicą…

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Pamiętam, że miałem kiedyś wrażenie, iż cała Polska oszalała. I wcale nie dlatego, że zmienił się ustrój, czy że kolejny raz objawi się Jan Paweł II – ten przyleciał dopiero w 1987 roku, a my mieliśmy rok 1985. Początkowo nie rozumiałem, o co chodzi.

Jechałem nagrywać kolejny program „Halo Komputer” z Krzysztofem Surgowtem, a jeszcze przedtem byłem umówiony na prywatne, przyjacielskie konsultacje z Andrzejem Kurkiem i Zdzisławem Kamińskim, którzy nagrywali w sąsiednim studiu. Jechałem tramwajem zamyślony, bo samochód jak zwykle odmówił mi posłuszeństwa.

Wokół słyszałem starsze osoby prawiące o systemie niewolniczym w Brazylii, potem jakieś żywe dyskusje ludzi w średnim wieku, że nie ma gorszego zła jak niewolnictwo. Pomyślałem, że to jakiś zabawny zbieg okoliczności – takie ożywione rozmowy na wspólny temat. Ale kropkę nad „i” postawiła grupka bardzo młodych osób, zakładająca się, czy jakaś niewolnica „da w końcu dupę”, czy się zdoła obronić.

Może, gdyby to były tylko rozmowy, nie zwróciłbym na nie tak mocno uwagi, ale wydawało mi się, że śnię z zupełnie innego powodu. Otóż co kilka przystanków widziałem klony tych samych kobiet, ale i mężczyzn niepokojąco podobnych. Może nie byli dosłownie identyczni, ale mieli niemal identyczne uczesania na głowach. Jakby nagle wszystkich ogarnęło szaleństwo jakiegoś nowego trendu, który przeoczyłem.

Na miejscu, w gmachu telewizji, dopiero dowiedziałem się o pewnym unikatowym polskim fenomenie: oczarowaniu brazylijską niewolnicą Izaurą. Jeszcze pół biedy, gdyby to był jakiś brazylijski reportaż o współczesnej niewolnicy, ale nie – chodziło o zwykły film fabularny, najzwyklejszy brazylijski serial. Ja sam w ogóle nie zarejestrowałem faktu pojawienia się na ekranie tego nowego serialu.

Pamiętam, że nawet zmusiłem się dwukrotnie, aby obejrzeć chociaż fragmenty. Nie dałem rady – tak nudnego i pseudodramatycznego kiczu dawno nie widziałem. Ale powoli zaczynałem ten fenomen rozumieć.

Przecież „Niewolnica Izaura” to karykaturalne wcielenie cierpiącego „Chrystusa Narodów”. Apoteoza cierpienia, nieszczęścia, tragedii, dramatu uciśnionych, niewinnych i pokrzywdzonych – to idealny rezonans z polską martyrologią, poczuciem wyższości moralnej i wreszcie z jakże ulubioną rolą wiecznej ofiary.

Ludzie przestali traktować to jako film fabularny, a zaczęli jako obiektywny zapis faktów, albo przynajmniej film na podstawie faktów, i to wcale nie dawnych.

Fenomen ten został zresztą dostrzeżony zarówno przez twórców serialu, jak i przez aktorów, którzy postanowili z tej okazji specjalnie odwiedzić Polskę. Kraj ogarniało swoiste szaleństwo. Na ulicach pojawiało się coraz więcej fryzjerskich klonów głównie Izaury, ale i Leôncia. Bywało, że emeryci organizowali zbiórki pieniężne na wykupienie i wyzwolenie niewolnicy. Powoli oswajałem się z tym zjawiskiem.

Pamiętam, jak kolejny raz jechałem na nagranie na ulicę Woronicza w Warszawie. Na miejscu okazało się, że nie ma naszych dwóch operatorów kamer, bo z kamerami pojechali na lotnisko Okęcie, uroczyście witać Izaurę, czyli Lucélię Santos, i Leôncia, czyli Rubensa de Falco. Szlag mnie trochę trafił, bo miałem limitowany czas. Zaraz po nagraniu miałem jechać do rodziców na zaległą imprezę urodzinową mojej mamy. Rodzice nie mogli jej zorganizować w kwietniu, a postanowili przenieść ją na koniec maja, właśnie na ten dzień.

Ponieważ to było niedaleko, postanowiłem osobiście pojechać po nich służbowym samochodem na lotnisko i zabrać ich stamtąd do studia. Przedarłem się bez trudu przez tłum i kordon policji, wykorzystując swoją telewizyjną legitymację, ale przy okazji kupiłem po drodze wielki bukiet róż dla mojej mamy.

Z tymi różami znalazłem się przy samym wyjściu z lotniska, dostrzegając w pobliżu stanowiska dla telewizji, gdzie energicznie podążałem. Los chciał, aby dokładnie w tym samym momencie przez wyjście główne wręcz energicznie wyskoczyła Lucélia Santos, znana jako Izaura, prosto na mnie i na mój bukiet kwiatów.

Rozpromieniona podbiegła wręcz do mnie, wyrwała mi cały bukiet i pocałowała mnie na powitanie. Stałem jak wryty, bo jakoś nie spodziewałem się tego, a poza tym martwiłem się, jak jej powiedzieć, że róże nie były dla niej, tylko dla mojej mamy. Ale był zgiełk, krzyk, zamieszanie. Na dodatek Lucélia wzięła mnie na chwilę pod rękę, przeszliśmy kilka kroków, po czym przekazała kwiaty Leônciowi i znikła, witając się z wiwatującym tłumem.

Szybko doszedłem do siebie, odnalazłem operatorów, „zapakowałem” ich z kamerami do samochodu i przebolałem utratę bukietu dla mojej mamy. Po nagraniu kupiłem podobny bukiet na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechałem na spóźnione urodziny mojej mamy, nawet nie wspominając o moim spotkaniu ze znaną aktorką.

Kulminacja moich przeżyć miała jednak nastąpić następnego dnia. Rozdzwonił się telefon od licznych znajomych, którzy gratulowali mi osobistego poznania i powitania na lotnisku Lucélii Santos. Nawet moja mama była wzruszona i nie rozumiała, dlaczego nie pochwaliłem się poprzedniego dnia.

Potem rozdzwoniły się liczne obce osoby, wypytujące mnie, jaka jest Lucélia na żywo, co mówiła, czy była pod wrażeniem powitania. Okazało się, że moje kwieciste, niezaplanowane powitanie Izaury było transmitowane przez wszystkie stacje. Izaura w kilku momentach chwaliła mój piękny bukiet i za niego dziękowała. Potem widniałem na okładkach wielu gazet, jak to uroczyście, z wielkim bukietem róż, witam Izaurę. Myślałem, że śnię. Ale było za późno, aby wszystkim prostować sytuację.

Jedna z gazet napisała wprost, że redakcja programu „Halo Komputer” w osobie Piotra Tymochowicza witała jako pierwsza Izaurę na polskiej ziemi. Niektórzy znajomi z politowaniem komentowali, że nie wiedzieli, iż jestem tak zapalczywym wielbicielem Izaury. Podejrzewam, że podobne zdjęcia były publikowane w Brazylii i w innych miejscach. Tak zostałem Witającym Celebrytą Niewolnicy brazylijskiej na polskiej ziemi.

Zaspokajając może jeszcze niezaspokojoną ciekawość niektórych wielbicieli Izaury, napiszę po raz pierwszy od 41 lat: Cóż, nic szczególnego nie zauważyłem w Lucélii Santos. Ani piękna, ani cierpienia, ani żadnych szczególnych fluidów. Ot, sympatyczna młoda aktorka. Jedyne, co zauważyłem, to lekko zazdrosny wzrok Rubensa de Falco, czyli Leôncia, który zdaje się był już wtedy regularnym mężem Izaury.

Nie wiem w rezultacie, czy Izaura została wyzwolona w filmie i uzyskała wolność, czy nie. Ale wiem, że w PRL-owskiej Polsce czuła się na pewno jak wolna i wyzwolona kobieta. W przeciwieństwie do mnie.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się