Artykuł
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 65
CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA PIĄTA
Moje Przygody z Gazetą Wyborczą
Moje Przygody z Gazetą Wyborczą
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Od czasu do czasu odwiedzałem mojego znajomego – Jurka Szczęsnego, zaciekłego opozycjonistę, którego poznałem kiedyś dawno temu, gdy zaliczałem praktyki szkolne. To on wskazał mi wtedy znajomą dyrektorkę, która wpisała mi takie zaliczenie po znajomości. Poza tym Jurek jest ojcem Kasi, z którą później byłem przez jakiś czas związany. Ma przesympatyczną żonę Barbarę – niezwykle mądrą i gościnną kobietę.
Jurek został zaangażowany w „Gazecie Wyborczej” – nowej gazecie opozycyjnej, która tworzyła własną enklawę salonu warszawskiego. Prowadziłem z nim dyskusje na tematy polityczne. Czasem odwiedzaliśmy innego fotoreportera GW – Krzysztofa Millera, legendę tamtych czasów. Mieszkał niedaleko, na Piaskach w Warszawie. To mój równolatek, bardzo odważny, ale i kontrowersyjny człowiek. Był pierwszym reporterem wojennym „Gazety Wyborczej”, wcześniej studiował na AWF w Warszawie i specjalizował się w skokach do wody.
Zmagał się ze strasznymi wspomnieniami wojennymi. Pamiętam, jak pokazywał nam wstrząsające zdjęcia niewyobrażalnego bestialstwa ludzi w różnych regionach świata. Między innymi zdjęcia dokumentujące ogromne cierpienia i śmierć dzieci, które czasem umierały na jego rękach. Nie dał sobie rady z podobnymi wspomnieniami. W 2016 roku popełnił niestety samobójstwo.
Mieszkanie Jurka było zawsze otwarte, zawsze pełne ciekawych postaci. Właściwie zaprzyjaźniłem się z całą rodziną Jurka. Sam Jurek jest niebywale otwartym i bezpośrednim człowiekiem, ciekawym ludzi i świata, ale niestety z narastającym problemem alkoholowym. Uwielbiam jego opowieści i sarkastyczne poczucie humoru.
Juliusz Rawicz – jeden z czołowych opozycjonistów – jest jednym z naczelnych „Gazety Wyborczej”, a jednocześnie bliskim sąsiadem Jurka i przyjacielem rodziny. Poznaję go jako bardzo ciepłego, sympatycznego człowieka, zupełnie niepasującego do zwichrzonego świata dziennikarskiego. Juliusz był tytanem pracy, zastępcą redaktora naczelnego Michnika i, jak się później okaże, autorytetem moralnym ceniącym etos pracy dziennikarskiej – co nie było standardem w tej redakcji. Łączy nas wspólna historia współpracy z „Przeglądem Technicznym”.
Pewnego dnia Jurek oznajmia mi, że zabiera mnie ze sobą do redakcji „Gazety Wyborczej”. Jadę z nim z ciekawości. Nie wiedziałem, że ma ukryty plan, by przedstawić mnie jako niezwykle utalentowanego człowieka, który chciałby pracować jako dziennikarz. Nie wiem tego do dziś, ale pewnie rozmawiał na ten temat wcześniej z Juliuszem. Jestem tym oczywiście zaskoczony, ale też z ciekawości nie oponuję, bo przecież mam już spore doświadczenie w pracy w telewizji, radiu oraz w redakcji „Przeglądu Technicznego”. Mam też w związku z tym aktualną legitymację dziennikarską, zarówno telewizyjną, jak i ogólną.
Zostaję niemal od razu przyjęty na praktyki dziennikarskie. Kojarzą mnie trochę z mediów, więc jakiś tam szlak mam już przetarty. Pomyślałem sobie, że to zupełnie inny świat niż znajome redakcje, w szczególności redakcja „Przeglądu Technicznego” – dla mnie to była niesamowita, nowa przygoda.
Redakcja „Gazety” mieściła się wtedy przy ulicy Iwickiej 19 w Warszawie, w siedzibie byłego żłobka, co stwarzało zabawny obraz: dziennikarze podczas kolegiów siedzieli na malutkich, dziecięcych krzesełkach, robiąc skuleni notatki. W cieplejsze dni kolegia odbywały się na zewnątrz, w piaskownicy. Sam Adam Michnik jako naczelny „Gazety” pojawiał się okazjonalnie, głównie dowodząca była Helena Łuczywo – ambitna, aktywna kobieta, znająca się świetnie na dziennikarstwie.
Lubiłem bywać na kolegiach, ponieważ omawiano tam studia absurdu tamtejszych czasów. „Gazeta” nie miała wtedy sztywnej struktury. Stały zespół liczył może kilkanaście, może dwadzieścia kilka osób, reszta to była grupa ochotników, współpracowników zatrudnianych podobnie do mnie.
Ale tworzyło to fantastyczną atmosferę kreatywności i współuczestniczenia w rewolucyjnych zmianach na rynku wolności medialnej. Pamiętam wiele wybitnych postaci tamtego okresu, które później urastały do rangi symboli, legend czy postaci wręcz pomnikowych.
Pamiętam niezwykle kłótliwego i zadziornego Józefa Kuśmierka – absolutnego mistrza reportażu, który potrafił się sprzeciwić całemu kolegium i często miał w danym temacie swoje odrębne, niestandardowe zdanie. Ale nade wszystko był wyczulony na punkcie jakiegokolwiek, nawet w dobrej wierze, fałszowania rzeczywistości.
Mawiał, że naszym dziennikarskim „psim obowiązkiem” jest relacjonować rzeczywistość, czy ona nam się podoba, czy nie, a nie kreować jej na swój, nawet idealistyczny, obraz. Wezmę sobie do serca opinię Józefa i kiedyś będę jego słowami wypominał grzechy GW, co stanie się bezpośrednim powodem mojego rozstania z „Gazetą”.
Pamiętam swoją osobistą rozmowę z Józefem Kuśmierkiem, który w bezpośrednim kontakcie był bardzo otwartą i empatyczną osobą. Kiedyś pobiegłem za nim, gdy przyniósł swój tekst i znikał na podwórzu kamienicy. Powiedziałem, że chciałbym, aby zdradził mi kilka tajemnic: jak to robi, że wiele osób kupuje GW niemal wyłącznie dla jego tekstów umieszczanych wtedy w stałej rubryce „Uwaga Kuśmierek”. Poszliśmy sobie do kawiarni i odbyliśmy długą, fascynującą rozmowę.
Pamiętam, że mówił, iż nie czuje się dziennikarzem ani nie czuje, że pisze jakiś tekst na dany temat, ale że przeżywa całym sobą to, o czym pisze, i że poczuwa to jako swoją misję wobec czytelników – misję obrazowania prawdy jak czyste lustro, a nie zniekształcone zwierciadło. Powiedział jeszcze coś, co dobrze zapamiętałem: że jeśli podejmuje jakiś chłopski czy rolniczy temat, to na czas pisania reportażu najpierw owym chłopem i rolnikiem się staje. Jak pisze o problemach niepełnosprawnych, to sam staje się niepełnosprawny; jak o gospodyniach domowych, to sam taką gospodynią najpierw się staje.
Najpierw poznaje ludzi i tworzy z nimi relacje, prawdziwe, na żywo, bez kamery czy aparatu fotograficznego, a dopiero potem pisze jako relację coś, co naprawdę przeżył.
Będę miał okazję poznać w „Gazecie” jeszcze wiele innych sław. Na przykład Leona Bójkę, korespondenta „Gazety” w Moskwie, który rzadko bywał w Polsce, ale jak wracał, było to zawsze wielkim wydarzeniem. Miałem z nim tylko kilka rozmów, ale pamiętam, że mieliśmy od razu wspólną platformę porozumienia – on był chemikiem z wykształcenia, podobnie jak mój ojciec, rozumiał więc ścisłość i spójność poglądów oraz semantyki.
Nie wiem, czy kiedykolwiek istniał w Polsce dziennikarz tak dobrze rozumiejący duszę i naturę Rosji jak Leon Bójko. Nie był typem rewolucjonisty ani agresywnego opozycjonisty. Był człowiekiem o stoickim spokoju, mówiącym bez charyzmy, ale tak, że nie tylko nie można go było nie słuchać, ale także trudno było się z nim nie zgadzać w wielu kwestiach.
Powiedział mi kiedyś, żebym zapamiętał sobie, aby nigdy nie brać poważnie pod uwagę opinii o czymś lub o kimś kogoś, kto nienawidzi czy ma pretensje, oraz abym miał dystans do wszystkich „obiektywnych”, którzy wzorem buchalterów tylko na zimno relacjonują. „Prawdziwe opinie wydadzą ci, którzy kochają” – mówił, ale to nieważne, czy kochają ze wzajemnością, czy jednostronnie, a nawet ci, którzy są zawiedzeni i kochają nieszczęśliwie, ale kochają.
Leon kochał Rosję – może nie tę polityczną, ale tę prawdziwą i tę najwyższej literackiej próby. Widział, jak polityka imperialna niszczyła przede wszystkim samą wrażliwą naturę duszy rosyjskiej, jej dorobek kulturowy, a przede wszystkim jej własnych obywateli.
W środowisku „Gazety” poznam również Wojciecha Jagielskiego, który później zaprosi mnie kiedyś do swojego Tok Show, a także Jacka Żakowskiego oraz Ewę Milewicz. Z Ewą Milewicz nie miałem osobistego kontaktu, ale podziwiałem ją za jej bezkompromisową publicystykę polityczną.
Helena Łuczywo pełniła często obowiązki redaktora naczelnego i do niej najczęściej oddawałem swoje pierwsze teksty. Pamiętam pierwszy kilkustronicowy tekst, który jej dałem do zaopiniowania. Następnego dnia trzymała przed sobą liczne kartki gęsto zapisane na czerwono. Powiedziałem jej, że się pomyliła, że to nie mój tekst, bo ja używałem czarnej czcionki, a nie czerwonej. Uśmiechnęła się wtedy i powiedziała:
– Tak, wiem – ale ten tekst na czerwono to moje uwagi na temat twojego tekstu.
Rzeczywiście muszę to przyznać – przeszedłem swoistą dziennikarską szkołę życia, jaką zafundowała mi Helena, i to ona nauczyła mnie pisać dobre teksty dziennikarskie.
Pewnego dnia Komisja NSZZ „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele odebrała „Gazecie” jeden z jej symboli rozpoznawczych – logotyp „Solidarności” – i wraz z tym aktem zaczynałem dostrzegać czarne chmury nad redakcją „Gazety”. Ale przedtem przeżyję przygody, o których nawet nie śniłem.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com