Artykuł
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 52
Fascynujący świat elit krakowskich Jawne komplety u Hasiora…
Fascynujący świat elit krakowskich Jawne komplety u Hasiora…
(Moje Życie – z subiektywnego mojego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Wydawałoby się, że krakowski świat zarówno nauki, jak i sztuki jest jakąś zamkniętą enklawą środowisk, które niekoniecznie są entuzjastami środowisk warszawskich, które zazdrośnie izolują się we własnym gronie. Być może tak się dzieje w innych dziedzinach lub na innych szczeblach intelektualnych, ale nie w środowisku, o którym będę pisać.
Prawdziwa nauka, prawdziwa sztuka nie tylko nie uznaje żadnych granic, ale sama jest nielokalna, nieprzywiązana fizycznie ani do żadnego regionu, ani do specyficznej grupy ludzi. Dlatego nikt nie miał żadnego problemu, aby mnie przyjąć i zaprosić do swoistego salonu krakowskiego, czyli na Spotkania u Władysława Hasiora.
Hasior był rzeźbiarzem, malarzem, scenografem i swego rodzaju szamanem polskiej wyobraźni. Pewnego dnia zaprzyjaźniony aktor Marian Glinka zakomunikował mi, że zabiera mnie do Zakopanego do zaprzyjaźnionych góralek – zażartował, ale przy okazji wpadniemy do Władka Hasiora i przedstawię cię jemu – powiedział.
Byłem zachwycony, ponieważ kojarzyłem niektóre dzieła Hasiora – pełne symboliki bólu, ale i prozaicznej wzniosłości. Takie jak „Organy” czy wózek dziecięcy z krzyżami.
Nie byłem zachwycony estetyką jego dzieł, ponieważ były dla mnie raczej antyestetyczne, ale zachwycały mnie trafnością i porażającą dosłownością jego obrazów i rzeźb. To wyglądało tak, jakby Hasior odbijał polską, chorą martyrologię, a nawet mentalność w artystycznych, wielkich zwierciadłach. To nie było piękne ani estetyczne, ale było porażająco prawdziwe i dosłowne.
Tak jak życie przeciętnych Polaków nieustannie miesza wzniosłą mitologię z prozaicznością czy nawet banałem życia codziennego, tak rzeźby i obrazy Hasiora składają się z przedmiotów codziennego użytku, ale sklejone czy splecione razem budują patetyczne dzieła.
Głównym – nie domem, ale swoistą Galerią – Hasiora była przestrzeń artystyczno-mieszkalna na Jagiellońskiej w samym sercu Zakopanego.
Myślę, że polubiliśmy się szybko. Hasior powiedział, że mam serce artysty, umysł wędrowca, a duszę fantasty. – To dobra mieszanka – powiedział. Rozmawiałem z nim o tym, że moim zdaniem sztuka ani nie jest intuicjonistycznym, alternatywnym pojmowaniem świata, jak chciał Bergson i jego uczniowie, ani obrazowaniem świata wewnętrznego, ale czymś znacznie bardziej tajemniczym, bo komplementarnym dopełnieniem Nauki, tak jak Nauka jest komplementarna wobec Sztuki. Komplementarność ta przejawia się zarówno w samej istocie procesu, jak i w funkcjonalności, czyli z jednej strony może obrazować, wizualizować abstrakcyjne, piękne symetrie fizyczne lub całe geometrie, a z drugiej strony manifestuje się w działaniu – czyli prawdziwy artysta musi być nie tylko twórczy, ale musi znać swój warsztat, czyli być jednocześnie, jeśli nie naukowcem, to przynajmniej inżynierem sztuki. Podobnie prawdziwy naukowiec musi mieć wyobraźnię wybitnego artysty i nie bać się najbardziej odległych skojarzeń.
Władysław Hasior zaprosił mnie do swojego salonu, czy jak sam o nim mówił, do swojej artystycznej pracowni. Wizyty u niego kilka razy w roku staną się moim stałym zwyczajem, a właściwie zawsze, jak będę w Zakopanem, będę również u Hasiora.
Pamiętam, że wyobrażałem sobie, na podstawie tego, co tworzył, że ma raczej radykalne, prawicowe poglądy, tymczasem okazało się, że wręcz przeciwnie. To dodawało jego dziełom dodatkowy rys interpretacji jako zamierzonej, świadomej groteski.
Z biegiem czasu coraz mocniej utożsamiałem dzieła Hasiora z elementami tradycji podhalańskiej. W dziełach Hasiora nie było zabytków góralskich ani góralskiego, turystycznego kiczu, ale była pewna, nieokiełznana surowość samej natury z nagim instynktem przetrwania.
Sztukę odbierałem zawsze przez pryzmat heglowskiej walki pomiędzy symetrią (niekoniecznie dosłowną, czasem abstrakcyjną, czyli dążeniem do harmonii), a z drugiej strony z łamaniem symetrii, dysharmonią. Czasem oba te żywioły wygrywały jednocześnie, czasem jeden z nich, a nieraz obydwa przegrywały.
Już wtedy wydawało mi się, że sztuka ma dokładnie te same dylematy co fizyka. Po pierwsze, nie bardzo wiadomo, czy to, co interpretujemy, jest emanacją świata umysłu, czy jeszcze rzeczywistości, czy patrzymy na wnętrze umysłu, czy na interpretację świata zewnętrznego. Po drugie, ani fizyka, ani sztuka nie potrafi odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, skąd się wzięła, skąd się sama bierze i skąd się biorą prawa, symetrie czy reguły natury.
Z moich opisów można odnieść wrażenie, że wyjątkowo dobrze znam się na sztuce, na świecie artystycznym. Moim zdaniem, tak jak nikt z naukowców nie rozumie dogłębnie fizyki, tak żaden artysta nie rozumie w pełni kodu sztuki. Ja także nie mam zbyt wielu złudzeń co do samego siebie.
Kiedyś wybrałem się na 30. piętro PeKinu – Pałacu Kultury w Warszawie – na wystawę sztuki współczesnej, podekscytowany, że obejrzę najnowsze trendy w sztuce. Nie pamiętam nazwisk artystów, ale zdumiał mnie fakt, że oglądałem dziwne rzeczy, które jako żywo żadnych artystycznych dzieł nie przedstawiały, a były jako takowe prezentowane.
Pamiętam, że był kartofel z wbitymi łyżką i widelcem, trzepak ze strachem na wróble przypominającym chochoła, dziurawy garnek wypełniony styropianem i podobne rzeczy.
Pomyślałem wtedy, że przesłanie może być proste: wszystko może być dziełem sztuki, a o tym, czy jest, czy nie, decyduje odbiorca, a nie artysta, przynajmniej nie tylko artysta. Ale czyż nie opisywał tego zjawiska Wittgenstein w odniesieniu do filozofii? W kontekście takim, że filozofia operuje nic nieznaczącymi słowami, bo już dawno przekroczyły swój zakres znaczeniowy, i dlatego różne pojęcia filozoficzne mogą oznaczać wszystko, co jest równoważne z tym, że nic.
Zatrzymałem się natomiast przy potężnym splocie czerwonych i niebieskich rur, które mogły obrazować złożoność naszego świata i prostotę jednocześnie – ze względu na prostotę i czystość wody, która w nich płynie. Pamiętam, że jeden z cieciów zatrudnionych przy wystawie bardzo podejrzliwie mi się przyglądał.
Ponieważ stałem w podziwie dłuższą chwilę, podszedł do mnie i zapytał: – A pan, przepraszam, to zainteresowany instalacją i coś pan kombinuje, czy interesuje się pan sztuką? – Aaa, „Instalacja” to dzieło się nazywa? A gdzie tabliczka z nazwiskiem artysty? – zapytałem. – Panie, jakie dzieło? To zwykła instalacja wodna, wkomponowana na stałe, bo kiedyś zabrakło miejsca w kotłowni.
Nagle mnie oświeciło, że rzeczywiście słyszę w owej instalacji przepływ wody. Pamiętam, że zaniemówiłem z powodu wewnętrznego śmiechu. No to się ładnie skompromitowałem.
Nic nie mówiąc, lekko zawstydzony, poszedłem do następnej sali. Usłyszałem jeszcze, jak cieć wymamrotał przez zęby: – Analfabeci, kurwa, przyszli sztukę podziwiać.
Tak to było z moją znajomością sztuki.
Wracając do Władysława Hasiora i jego galerii-salonu przy ul. Jagiellońskiej – spotkania u niego zawsze miały jakiś plan. Najpierw Hasior prowadził coś w rodzaju prezentacji-wykładu, potem była dyskusja, a później swobodne rozmowy i wymiana bardzo ciekawych poglądów wybitnych ludzi. W tej przestrzeni, przesiąkniętej zapachem kawy, dymu i farby, ścierały się poglądy wybitnych ludzi, takich jak :
Józef Bińczycki – filozof i etyk,
Jerzy Bińczycki – wybitny polski aktor („Noce i dnie”),
Jerzy Duda-Gracz – wybitny polski malarz, rysownik i scenograf,
Zdzisław Beksiński – słynny malarz, rysownik, rzeźbiarz i fotografik,
Andrzej Parczewski – wybitny chemik (profesor UJ w Krakowie),
Antoni Rząsa – wybitny rzeźbiarz, bliski przyjaciel Hasiora i sąsiad,
Tadeusz Brzozowski – jeden z najwybitniejszych polskich malarzy powojennych,
Grzegorz Pecuch – rzeźbiarz, część zakopiańskiego środowiska twórczego,
Artyści z kręgu Antoniego Kenara – Hasior był uczniem Kenara.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com