Artykuł
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 64
CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA CZWARTA
Kapitalizm w proletariackim kraju
To ryzykowne i niewdzięczne – być prekursorem
Kapitalizm w proletariackim kraju
To ryzykowne i niewdzięczne – być prekursorem
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Konsekwentnie rozwijam swoją działalność gospodarczą o nazwie Greenpol, budując jej przedstawicielstwa w różnych miastach w Polsce. Zajmuje mi to ogrom czasu i energii. Z jednej strony zbieram kadrę w postaci młodych nauczycieli języków obcych oraz trenerów szybkiego uczenia się. Grupy liczą od kilkunastu do dwudziestu osób – Polacy pragną jak najszybciej opanować różne języki. Najbardziej popularny jest oczywiście angielski, ale również niemiecki, hiszpański, francuski. Z czasem zatrudniam coraz więcej native speakerów, tym samym dystansując pojawiającą się konkurencję. Reklamuję również angielski w wersji American English – co się cieszy bardzo dużym zainteresowaniem.
Polacy znajomość danego języka traktują jako klucz do ewentualnej emigracji. Po raz pierwszy dołączam do mojego zestawu szkoleń – szkolenia umiejętności miękkich takie jak: negocjacje, mediacje, asertywność. To będą pierwsze innowacyjne wnioski z Teorii Q – która powoli zaczyna definiować Nową Psychologię i zupełnie w Polsce nieznane podejście do negocjacji. Okazuje się, że ludzie dzwonią z prośbą o wyjaśnienia – bo większość nie rozumie znaczenia tych słów.
Ogarnia mnie w tym czasie trudna do opisania fala entuzjazmu. Ale nie dlatego, że oczekuję czegoś w prezencie od polityków czy dalszych zmian ustrojowych, ale widząc fantastyczne efekty moich własnych działań, zarabiając coraz większe pieniądze. Można powiedzieć, że byłem w Polsce przykładem jednego z pierwszych beneficjentów wolności gospodarczej realizujących American Dream w Polsce.
Nie jestem sam – wokół siebie obserwuję ludzi, którzy nagle jakby budzili się z jakiegoś letargu, widzę coraz częściej podobny entuzjazm u ludzi zakładających coraz więcej prywatnych firm.
Polacy rozwarstwiają się na moich oczach na kilka warstw gospodarczo-społecznych:
Po pierwsze, na najliczniejszą grupę, przynajmniej wokół mnie, przedsiębiorczych obywateli – którzy zakładają spółki, firmy, działalności gospodarcze, ciesząc się wolnym rynkiem, jego potencjałem i nieograniczonymi możliwościami. Po drugie, licznych etatowców, którzy wędrują od spółki do spółki w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy niż w państwowych przedsiębiorstwach czy w administracji. Ich zakładanie własnych firm czy samodzielność przerasta i przeraża jednocześnie. Nie czują się ani kompetentni, ani dość silni, aby czymkolwiek przebijać się na rynku.
Po trzecie, liczne rzesze malkontentów – głównie emerytów, powtarzających, że nie o taką Polskę kiedyś walczyli i nie dla takiego kraju ciężko pracowali. To ludzie o postawach pełnych lęków, nastrojach katastroficznych i cierpiętnicy.
Jest jeszcze warstwa największych beneficjentów zmian ustrojowych, ale wbrew pozorom to nie bogaci inwestorzy z Zachodu, ale partyjni byli towarzysze masowo uwłaszczający się na majątku narodowym – wspierani przez współpracujące z nimi służby. Oni tworzą zamknięte koterie towarzyskie i enklawy wzajemnego wsparcia. Przez następne lata będę ich poznawać coraz więcej. Prawie żaden z nich nie będzie przykładem kreatywnego inwestora ani innowacyjnego twórcy, raczej przeciwnie, będzie to obraz pazernych gospodarczych baronów o niskich walorach intelektualnych.
Powoli zaczynam odczuwać konkurencję. Jednak cały czas czuję się na przedzie tego kapitalistycznego wyścigu. Postawiłem na młodych lektorów – dla których nauczanie jest pasją – którzy przebijają umiejętnościami nauczycieli szkolnych. Płacę im coraz więcej – budując dla nich stabilność finansową.
Z biegiem kolejnych miesięcy odkrywam, że muszę postawić mocniej na stabilizację niż na dalszy rozwój. Okazuje się, że znacznie trudniej jest utrzymać coś w konsekwentnym działaniu niż rozwijać. A najtrudniejszym elementem tak rozwoju, jak stabilizacji, nie jest ani reklama, ani marketing, ale praca z ludźmi. W mojej licznej grupie trenerów i nauczycieli, których zatrudniam – najczęściej na stałe stawki godzinowe, pojawiają się pierwsi niesolidni, którzy odwołują albo nie stawiają się na zajęcia. Powstaje konieczność budowania zaplecza – zapasowych trenerów na takie okazje.
Trenerom swoim proponuję układy prowizyjne – w zależności od tego, ile osób trafi do danej grupy – prawie nikt na to się godzi. Znakomita większość wybiera mniejsze stawki, regularne pensje – niż znacznie większe pieniądze, ale płynne. W sumie to buduje tym większe moje zyski, więc nie nalegam za mocno.
Tworzę obrót liczony w dziesiątkach tysięcy dolarów miesięcznie. Nigdy wcześniej nie miałem z tak dużymi pieniędzmi do czynienia. Pieniędzmi tymi dzielę się z moimi zaufanymi przedstawicielami w poszczególnych miastach. Zależy mi na konsekwentnym utrwalaniu mojej marki.
Z biegiem kolejnych miesięcy będę miał z nimi coraz więcej problemów. Psycholog, z którą współpracuję w Poznaniu, dochodzi do wniosku, że łatwiej jej będzie przechwycić moich trenerów i nauczycieli niż szukać nowych na rynku. Zakłada własną firmę i z licznymi trenerami odcina się ode mnie. Podobnie się dzieje w Trójmieście oraz w Krakowie.
Wszystkie te próby ich samodzielnej działalności z czasem skończą się kompletnym fiaskiem, ponieważ żaden z moich byłych przedstawicieli nie rozumiał, ile pieniędzy trzeba wydawać na reklamę oraz jak strategicznie się promować – nie mówiąc o tym, że trzeba się wykazać pewną charyzmą, aby przekonać do siebie nauczycieli i trenerów.
Niezależnie zdarzają się trenerzy, którzy mówią swoim kursantom wprost na zajęciach, po co mamy się dzielić z jakimś Tymochowiczem z Warszawy i jego firmą, jak przecież możecie mi płacić bezpośrednio, a ja nawet mniej od was wezmę pieniędzy. Polacy, ani trenerzy, ani kursanci, nie widzą w takim podejściu niczego niestosownego. Jak kapitalizm – to kapitalizm na całego.
Prawie nikt nie rozumie, albo udaje, że nie rozumie, skąd się biorą kursanci na zajęciach, ile energii i pieniędzy należy włożyć, aby znaleźć i pozyskać klientów.
Czuję, jak powoli dbałość o moją działalność pochłania mi coraz więcej czasu i energii. Czuję także narastającą frustrację w pracy z dużymi grupami ludzi, ale za to zdobywam coraz więcej cennych doświadczeń rynkowych.
Zaczynam także zauważać coś, co do tej pory umykało mojej uwadze. Okazuje się z czasem, że Polska nie jest środowiskiem jednorodnym pod kątem współpracy z ludźmi. W Krakowie niektórzy zaczynają jawnie demonstrować niechęć wobec mnie i mojej działalności tylko dlatego, że czują niechęć do samej Warszawy czy Warszawki, jak często mówią. Nigdy nie odczułem czegoś podobnego w przeciwnym kierunku, ani na przykład w Trójmieście czy w Katowicach.
Zaczynam ograniczać moją ekspansję – rezygnując powoli ze wszystkich przedstawicielstw poza Warszawą. Czuję, że muszę się skupić na ugruntowaniu swojej marki oraz na tym, aby nie robić czegoś, co inni mogliby łatwo powielić. Odczuwam potrzebę posiadania własnego nie tylko brandu, ale własnego niepowtarzalnego autorskiego programu, niemożliwego do kradzieży czy nawet chwilowego przechwycenia.
Nie muszę daleko szukać – ja mam taki program od wielu lat. Teorię, którą konsekwentnie przez te wszystkie lata z sukcesami rozwijam. Teorię Wszystkiego – która również łączy psychologię z fizyką i matematyką. Następuje ciekawe odwrócenie ról – to już nie ja zasilam swoją teorię nowymi ideami, ale raczej odwrotnie – coraz częściej ja sam uczę się od swojej własnej teorii.
Uczę się coraz liczniejszych wniosków, które z niej wynikają. A stopniowo wyłania się z niej zupełnie nowa psychologia. W szczególności – nowa psychologia realnego oddziaływania na innych ludzi.
Teoria wymaga testów. Prowadzi do absolutnie sensacyjnych wniosków, ale wymaga potwierdzenia w realu, jakiegoś swoistego poligonu doświadczalnego. Z drugiej strony, aby skuteczniej działać na rynku szkoleniowym, muszę mieć bardzo mocne wyróżniki – właśnie na przykład w formie wyróżniającej się teorii czy programu autorskiego.
Ograniczam się zatem tylko do Warszawy, nie bez żalu, bo przyzwyczaiłem się do licznych podróży po Polsce. Dalej rozbudowuję swoją teorię i rozpoczynam współpracę z małymi i średnimi firmami – które szukają skutecznych form reklamy i marketingu, a na tym polu osiągam coraz więcej sukcesów.
To były rzeczy zupełnie niepojęte dla wielu Polaków. Teraz może trudno w to uwierzyć, ale wolny rynek nie powstawał wcale jako coś oczywistego i wartościowego, ale przebijał się czasem mozolnie przez ludzkie bariery świadomości i złogi socjalistycznych uprzedzeń.
Pamiętam jakieś spotkanie rodzinne w tym czasie, kiedy skądinąd inteligentny, jakiś kuzyn po politechnice warszawskiej zapytał mnie – a co ty właściwie robisz? Jak zarabiasz pieniądze? Odpowiedziałem wtedy lapidarnie, że ostatnio koncentruję się na pracach zleconych w zakresie marketingu i reklamy. Pamiętam jego pogardliwe wtedy spojrzenie – i samopotwierdzające, mrukliwe stwierdzenie: no tak, myślałem, czyli żaden konkret – a takie lanie wody, lelum polelum, aby z ludzi robić wariatów, a z ich mózgów siano.
Dlaczego tak uważasz? zapytałem.
Pamiętam, że jego odpowiedź była dla mnie rozbrajająca – ale i typowa na tamte czasy.
Przecież jak coś jest dobre, nie potrzebuje żadnej sztucznej reklamy, samo się sprzeda. A jak coś trzeba reklamować – to wiadomo – gówno warte – i tyle w temacie.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com