Moje życie – Piotr Tymochowicz
MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 40
CZĘŚĆ CZTERDZIESTA
Czarne chmury nad Kotanem…
#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Marek Kotański#Kotan#Monar#narkomania#terapia uzależnień#pomoc społeczna#osoby wykluczone#Kościół katolicki#media#propaganda#konflikty społeczne#PRL#Jerzy Owsiak
Czarne chmury nad Kotanem…
(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)
Autor: Piotr Tymochowicz
teoriaq.com

Wydawałoby się, że właściwie wszystko, czy prawie wszystko, w moim życiu układało się bardzo pomyślnie. Żyło mi się twórczo, rozwijałem się w błyskawicznym tempie i cały czas pracowałem nad swoją własną Teorią Wszystkiego. Gdzieś po drodze zdarzali się co prawda rodzice, którzy w niesłyszących widzieli nienormalnych, nauczyciele czy dyrekcja, która patrzyła na relacje Nauczyciel–Uczennica wyłącznie w kategoriach kopulacji, ale to były jakieś wyjątki na kreatywnej, pełnej przygód drodze.
To byłby jednak bardzo nieprawdziwy, czy fałszywy wręcz obraz. Rzeczywistość była niestety o wiele bardziej skomplikowana i nie tak piękna, jak mogłoby się z poprzednich obrazów wydawać.
Żyłem w świecie, który z definicji mnie męczył, który mi nie odpowiadał. Nie miałem odłożonych pieniędzy, aby po odwołaniu stanu wojennego po prostu się wynieść z Polski. W pewnym sensie byłem skazany na Polskę, ale na swój sposób, zamiast się do niej dostosować, w lokalny sposób kreowałem swój własny, lokalny świat.
Nie tylko żyłem własnymi problemami – czasem wczuwałem się bardzo mocno w problemy ludzi zaprzyjaźnionych. I tak było z Markiem Kotańskim.
W pewnym momencie kościół polski, katolicki, zapragnął władzy mocniejszej nad kolejną grupą zagubionych dusz, a niezależnie zamarzyła mu się znacznie większa medialność. Delegował więc swoich funkcjonariuszy do tematów związanych z narkomanią.
Teoretycznie mogłoby się to wydawać czymś dobrym, ponieważ im więcej osób czy instytucji zwracało uwagę na powiększający się problem, tym lepiej. W praktyce chodziło jednak o coś zupełnie innego. W praktyce dostojnicy kościoła katolickiego w swoich dostojnych i barokowych pałacach nagle zaczęli zazdrościć skojarzeń z Dobrocią, z działaniem na rzecz chorych, uzależnionych, trędowatych jednemu człowiekowi, który nie miał na imię Joshua ani na nazwisko Chrystus, ani także nie biegał na każdy wywiad z biblią tysiącletnią w ręku.
Pamiętam, jak wielokrotnie Kotan nie tylko prosił o wsparcie instytucje państwowe i prywatne, ale również próbował zaktywizować instytucje dobroczynne kościoła katolickiego w Polsce. Za każdym razem dostojnicy kościoła zatrzaskiwali przed nim swoje drzwi. Nigdy w niczym nie pomagali, całkowicie odcinając się od osiągnięć Kotana, jak i jego samego.
Raz – tylko jeden raz – Markowi udało się namówić pewnego księdza Nowaka, by zaszczycił swoją obecnością, czy nawet błogosławieństwem, jeden z ośrodków. Po wielu namowach ksiądz łaskawie przybył, i ja byłem świadkiem owego przybycia. Na samym początku odbyła się krótka konferencja prasowa, do grona której został zaproszony ksiądz Nowak. Był przerażony jak spłoszona sikorka.
Na zawsze jednak pozostanie mi w pamięci bardzo wymowny obrazek, gdy po pytaniach dziennikarzy Marek swoim zwyczajem zszedł ze sceny i kolejno przytulał narkomanów, również chorych na AIDS. My, pozostali, natychmiast poszliśmy w jego ślady. Ksiądz Nowak nie zszedł ze sceny. A jak już zszedł, jeden z narkomanów podał mu na podziękowanie i pożegnanie swoją dłoń. Ksiądz z przerażeniem cofnął swoją dłoń, schował ją w czeluściach swojej szaty kościelnej i łamanym głosem pospiesznie powiedział "do widzenia" i zniknął w tłumie, i więcej się nie pokazał.
Kilka tygodni później odbyła się kolejna konferencja prasowa – tym razem z udziałem księdza Nowaka w roli głównej. Oprócz niego stały osoby tak duchowne, jak i świeckie, które rzekomo miały ogromny wkład w zwalczanie narkomanii w Polsce. Wymieniane były ich liczne zasługi, dokonania. Zapomniano tylko zaprosić nie tylko Kotana, ale choćby jednego narkomana. Był ktoś w zastępstwie, kto wyczytał rzekome świadectwa byłych narkomanów, którzy po "przyjęciu" Boga do serca natychmiast wyzwalały się ze wszelkich nałogów.
Z prawdziwego problemu narkomanów kościół zrobił właściwą sobie propagandową szopkę. Było to bardzo przykre pseudo-widowisko. Ale ok, Marek zauważył, że może dobrze, że przynajmniej kościół postanowił dostrzegać sam problem i o tym mówić.
Jakiś czas później natomiast w jednym z ministerstw odbyła się kolejna szopka, tym razem partyjno-kościelna, także z udziałem księdza Nowaka, którego na siłę lansowano jako specjalistę duchownego od narkomanii. Tam również nie zaproszono ani Marka, ani narkomanów, natomiast oprócz księdza Nowaka były wychwalane inne osoby, o których istnieniu dla narkomanów nikt z nas nie słyszał. To już było propagandowe fałszowanie rzeczywistości.
W kulminacyjnym momencie ministerstwo zdrowia zwróciło się z podziękowaniami i jakże wielkim uznaniem dla dokonań samego księdza Nowaka, który rzekomo uratował wiele istnień ludzkich, prowadząc narkomanów do Boga. Sam ksiądz dumnie wypiął pierś, na której zawisł jakiś medal za zasługi. Ksiądz i anonimowe grono uzurpatorów dostało jeszcze stosowne dyplomy uznania.
Potem, przy niemal każdej nadarzającej się okazji, niezmiennie lansowano postać księdza Nowaka. Byliśmy ciekawi, czy rzeczywiście powstał jakiś kościelny nowy ośrodek, czy rzeczywiście narkomani mają się gdzie zwrócić o pomoc i czy taką od księdza otrzymają. W tym celu wykonaliśmy wiele telefonów, przedstawiając się jako pokrzywdzeni nałogiem, nawet bezpośrednio do księdza. Nigdy nikogo nigdzie nie zaprosił, mówił o konieczności modlitwy, spowiedzi i zapewniał o swojej modlitwie.
To był jeden wielki skandal propagandowo-kościelny.
Marek jakoś bardzo się nie przejął, stwierdził, że trzeba dalej robić swoje i nie zważać na to, jakie kościół ma plany.
Problem jednak pojawił się zaraz potem. Okazało się, że polski kościół za pomocą swoich duchownych nie tylko przedstawia fałszywy obraz sytuacji, ale rozpoczyna całą nagonkę na Kotana, nazywając jego metody bezbożnymi, satanistycznymi wręcz. Kościół za pomocą swoich wiernych funkcjonariuszy zaczął ostrzegać przed Kotanem.
Widziałem, jak Marek trochę gasł, jak w takich momentach było mu po prostu przykro. Zastanawiał się wielokrotnie nad tym, dlaczego? Czym takim podpadł hierarchom kościelnym. Marek propagował pewien swoisty luz, partnerstwo z młodzieżą, bez wycierania sobie twarzy z Bogiem, a to jako narastająca konkurencja nie mogło się podobać.
W końcu Marek postanowił odciąć się od zarzutów propagowania szatańskich metod dzięki temu, że przed ośrodkiem wystawi wielką figurę Matki Boskiej, dając tym samym wyraz nie działania w żaden sposób na szkodę kościoła. I tak się stało.
W wywiadach zaczął podkreślać, że jest osobą wierzącą. Niektórzy brali to za przejaw jakiegoś dziwnego nawrócenia Kotana.
Niestety na tym się nie skończyło. W sferze medialnej pojawiało się coraz więcej zarzutów o jakieś rzekome defraudacje, malwersacje finansowe w Monarze. Zalewała nas coraz większa fala wrednych plotek, domysłów i domniemań. Nawet wytykano, że skromny dom, jaki wybudował przez te wszystkie lata dla swojej córki, pochodził z jakichś malwersacji.
Te same metody, te same zarzuty będę wiele lat później obserwować wobec Jerzego Owsiaka. Ot polska rzeczywistość, polskie piekło egzystencjalne.

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com