Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 39

CZĘŚĆ TRZYDZIESTA DZIEWIĄTA

Był taki człowiek w Polsce – którego musiałem poznać

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Marek Kotański#Kotan#Monar#Markot#pomoc społeczna#osoby wykluczone#uzależnienia#terapia#empatia#psychologia#druga szansa#Teoria Q

Był taki człowiek w Polsce – którego musiałem poznać

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Z uwagą natomiast śledzę działania samotnego, odważnego rycerza, jakim postrzegam Marka Kotańskiego.

Słyszałem o nim już w 1978 roku, gdy wraz z grupą współpracowników wyprowadził część pacjentów szpitala psychiatrycznego w Garwolinie do zrujnowanego budynku w pobliskim Głoskowie, tworząc pierwszy ośrodek wsparcia. Była to głośna sprawa, ponieważ w tamtym czasie praktycznie nie istniały żadne skuteczne metody leczenia narkomanii, a sam problem był spychany gdzieś daleko poza margines. Narkomani funkcjonowali w świadomości społecznej jako współcześni trędowaci, nędznicy.

Marek Kotański – KOTAN, będę do niego potem mówić – był niekwestionowanym w Polsce Królem Nędzników, pisząc w swoim życiu jakby dalszy ciąg do powieści Wiktora Hugo. Zawsze czułem się wyczulony na niesprawiedliwość, na wykluczanie kogokolwiek. W Marku, w Kotanie, imponowała mi jego odwaga, konsekwencja przy jednoczesnym wielkim cieple i wrażliwości.

Pamiętam, że w 1981 roku zostało w Polsce zarejestrowane Stowarzyszenie Monar – stowarzyszenie pomagające osobom uzależnionym. Pamiętam, że nie działał jak guru, ale organizował sobie wierną społeczność terapeutyczną, pomagającą innym. Rekrutował nowych terapeutów z grona byłych narkomanów. To, że dawał ludziom szansę na nowe życie, imponowało mi bardzo.

Nie musiałem ani jeździć do Głoskowa, ani szukać go po ośrodkach terapeutycznych w Warszawie. Tak się niebywale szczęśliwie złożyło, że był sąsiadem mojej wiernej przyjaciółki – Lidki Klimczak, która mieszkała przy ulicy Gdańskiej w Warszawie. Mieszkał piętro wyżej wraz z rodziną.

Mieszkanie Lidki było zresztą samo w sobie legendarnym miejscem, gdzie kiedyś znajdowała się Główna Kwatera przywódców Powstania Warszawskiego. Lubiłem bywać u Lideczki, nie tylko ze względu na nią samą i liczne dyskusje z nią, ale także dlatego, że mogłem u niej grać na pianinie. Sama grała na pianinie, na gitarze i przepięknie śpiewała.

Pewnego dnia Lidka zapowiedziała Markowi moją wizytę i w umówionym czasie odwiedziłem go, mówiąc, że miałem taki imperatyw wewnętrzny, aby go poznać osobiście i wyrazić mój podziw dla niego. O sobie prawie nic nie mówiłem, może Lidka powiedziała mu coś więcej – tego nie wiem, ale przyjął mnie niezwykle ciepło i życzliwie. Tak jakbyśmy byli wieloletnimi przyjaciółmi.

Była to swego rodzaju męska "przyjaźń od pierwszego wejrzenia".

Powiedziałem mu wtedy: "Drogi Marku, chciałbym umieć tak jak ty tak skutecznie i bezpośrednio się komunikować."

Uśmiechnął się wtedy i powiedział: "Przecież ja nic nadzwyczajnego nie robię ani nie mówię, staram się tylko niczego nie udawać, mówić prawdę i być empatycznym, szczególnie dla wykluczonych, i to wszystko."

Marek zapoczątkował nowy etap w moim życiu. Jeździłem jako obserwator na jego terapie, potem pomagałem mu w przekonywaniu różnych "betonowych" ministrów do jego działań, a wieczorami dyskutowaliśmy często o życiu, a zdarzało się, że również o mechanice kwantowej i teorii względności. Marek interesował się wszystkim, co budziło jego podziw.

Będę z nim okazjonalnie współpracować przez wiele lat i będę miał wrażenie, że nasza znajomość i przyjaźń będzie trwała wiecznie.

Marek bardzo wiele mnie nauczył swoją własną postawą i niezłomnością. Dobrą, bezkompromisową energią zarażał całe swoje otoczenie. Narkomani traktowali go jak dobrego ojca.

Po tragicznej śmierci Marka zatrudnię jego bliskiego współpracownika i także przyjaciela – Krzysztofa Piotrowicza – w swojej firmie jako współwykładowcę, co-trenera. Będziemy mieli wiele okazji, by wspominać razem Marka.

O kontaktach, rozmowach i współpracy z Markiem mógłbym napisać całą grubą książkę. Marek był kopalnią wiedzy psychologicznej, terapeutycznej.

Uczyłem się nie tylko na podstawie tego, co mówił i robił, ale również na bazie jego burzliwego życia. Pamiętam na przykład, jak kiedyś wracaliśmy z ministerstwa po kolejnej nieudanej rozmowie z jakimś aparatczykiem partyjnym, nie rozumiejącym problemu narkomanii, i spieszyliśmy się, ponieważ na Marka czekała duża grupa starszych emerytek, z którymi obiecał się spotkać.

Pamiętam, jak tylko Marek wysiadł z samochodu, podszedł do nich i nie przepraszał za swoje ponad godzinne spóźnienie, ale dziękował im wszystkim, że były cierpliwe i że czekały wytrwale na niego. Mówił do nich "dzieci moje" i przytulał je po kolei. To był niesamowity widok. Aczkolwiek Marek lubił się przytulać na powitanie i niemal każde pożegnanie.

Zadałem mu później pytanie, czy robił to z potrzeby serca, czy jakoś świadomie terapeutycznie. Odpowiedział mi wtedy w taki sposób, że zapamiętam to na całe życie. Powiedział: "Przecież każda z tych staruszek była kiedyś nie tylko młoda, ale każda była dzieckiem. I to dziecko – powiedział – żyje w każdym z nas, trzeba je tylko czasem delikatnie wyciągnąć na powierzchnię egzystencji."

Dodał, że popełniamy taki błąd, który potem nazwę błędem temporalnym, że widzimy i patrzymy na danego człowieka tylko w jego teraźniejszym przekroju czasoprzestrzennym, czyli "tu i teraz", a przecież człowiek to nieustanny proces, proces ewolucji jednostkowej. Potem w Teorii Q napiszę, że powinniśmy patrzeć na człowieka jako na superpozycję całego procesu, jakim był wcześniej, a nie tylko na jego przekrój obecny. To stanie się jednym z ważniejszych fundamentów w budowaniu Nowej Psychologii.

Kiedyś lubiłem jeździć na Mazury, w szczególności do Lasów borowskich, w okolice Maradek czy Sorkwit. I właśnie w gminie Sorkwity wypatrzyłem malowniczy, pagórkowaty teren, łącznie około 30 hektarów, który idealnie by się nadawał na rozszerzoną naszą działalność w Monarze czy Markocie.

Namówiłem Kotana na nową naszą wspólną wizję, którą przez jakiś czas umówiliśmy pozostawić w tajemnicy przed światem.

To był wręcz symboliczny obrazek. Staliśmy razem na wzgórzu i patrząc na delikatną linię doliny, zrobiłem Kotanowi swoją prezentację Przyszłości – i jego, i Monaru, i mojej własnej. Przecież nie będziesz całe dalsze życie tylko buntownikiem i terapeutą. Inni powinni pod twoim okiem przejąć przywództwo. Ty czy my razem powinniśmy być Kreatorami nowej rzeczywistości.

Bo kluczem jest Przyszłość. Ludzie uzależnieni, jak już wyzwolą się z nałogu, mają na ogół przejebane życie tak osobiste, jak zawodowe. Powstaje naturalne pytanie: co i jak dalej? Podobnie zresztą trudną sytuację mają więźniowie opuszczający więzienia, mają samotne matki z dziećmi. Przecież nie wszyscy zostaną terapeutami w Monarze, a nawet jeśli, to mamy postęp geometryczny. To aby ich utrzymać, potrzeba nam 10 czy 20 razy więcej uzależnionych. W końcu to się skończy, będziemy mówiąc żartem zastanawiać się, skąd brać następnych uzależnionych, czy jak ich samemu produkować.

Ludziom takim potrzebne jest "Nowe Otwarcie", jakieś miejsce Drugiej Szansy we własnym kraju, najlepiej wyspa, którą wszyscy by wspólnymi siłami chcieli budować. Zbudujemy własne domy, własne szkoły, własne centra rozrywki, własne knajpy, różne świątynie i kościoły, aby był wybór, ale przede wszystkim jedną wielką Świątynię Nauki. Mówiłem mu, że to będzie nowe kreatywne miasteczko, ewenement na świecie, odwiedzany przez turystów, bo będzie w nim szpital, ale również nie-szpital, ale półotwarty ośrodek dla chorych psychicznie, półotwarty, aby nie tracili kontaktu z rzeczywistością, a rzeczywistość z nimi.

I aby się Markowi przypodobać z tą koncepcją, co zresztą wprost mu powiedziałem: "A teraz coś dla twojego ego, abyś kupił ten pomysł bez sprzeciwu: miasteczko będzie się nazywać Monarkot – od połączenia słów Monar i Markot, albo Joannopol – od imienia twojej ukochanej córki Joanny."

Marek uśmiechnął się i objął mnie niespodzianie, mówiąc: "Tak, jesteś lizus, ale niemożliwy jednocześnie, i to jest genialne."

I nie było to gołosłowie. Marek jakimś cudem wykupił ten teren i organizował dalsze środki z Austrii, tymczasowo organizując tam coś w rodzaju Monar Camp. Brutalnie tę wizję przerwała niespodziewana śmierć Kotana.

Łączyło nas wiele rzeczy, ale jedna z nich była dla nas obu najważniejsza. Obaj wiedzieliśmy, że nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko takie opinie ludzi bezradnych i zrezygnowanych.

Marek realizował rzeczy niemożliwe, postawił wiele funkcjonujących ośrodków, na żaden z nich nie mając uprzednio żadnych pieniędzy. Pokazywał na co dzień, że nawet chwilowy brak środków nie musi być przeszkodą.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się