Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ

CZĘŚĆ TRZYDZIESTA CZWARTA

Po drugiej stronie lustra

#Piotr Tymochowicz#autobiografia#Moje życie#Polska 1983#Jan Paweł II#religijność#psychologia tłumu#społeczeństwo#uprzedzenia#media#komputery#Halo Komputer#technologia#PRL#lata 80.

Po drugiej stronie lustra

(Moje Życie – z mojego subiektywnego punktu widzenia)

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Ostatnio opisywałem ludzi znanych, z którymi się zapoznawałem lub z którymi rozpoczynałem współpracę. Jak natomiast wyglądał obraz na zewnątrz? Poza światem komputerowym, po przeciwnej stronie powiewu tamtejszej współczesności?

Tam, po drugiej stronie lustra, nie było zachwytu nad technologią. Były lęki, niedowierzanie, uprzedzenia i stare, utarte schematy myślowe. Nieformalnie stan wojenny został zawieszony 31 grudnia 1982 roku, ale zniesiony oficjalnie będzie dopiero 22 lipca 1983 roku. Druga pielgrzymka papieża Polaka odbyła się natomiast w czerwcu 1983 roku.

W Polsce trwał swoisty amok, ekstaza tłumów na widok papieża, ślepa wiara w jego moc sprawczą – jakby miał za swoimi plecami samego Pana Boga. Obserwując tłumy w Polsce, miałem wrażenie, że osoba papieża jest dla ludzi żywym „dowodem”, substancjalizacją osobową faktu, że to Polska jest wybranym narodem. Aż dziwne – myślałem – że na tle religijnym nie doszło do wojny polsko-izraelskiej o prawa do określenia „naród wybrany”.

Miałem wrażenie, że rynek polityczny staje się w Polsce swoistym targowiskiem i rywalizacją o to, kto więcej ucierpiał, kto bardziej był upokorzony, kto poniósł więcej przykładnych ofiar: naród żydowski czy polski. Miałem wrażenie, że wielu Polaków zazdrości pojęcia „holokaust”, że powstanie konkurencyjne słowo „polokaust”.

W rywalizacji o pojęcie narodu wybranego, którego polskim dopełnieniem był mesjanizm – pojęcie „Chrystusa narodów” – w Polsce wygrywała zdecydowanie Polska. Nie doszło do wojny religijnej chyba tylko dlatego, że Żydzi bali się wdawać w jakikolwiek publiczny dyskurs. Wyobrażałem sobie, że dla własnego bezpieczeństwa masowo uczyli się wtedy przeżegnania, „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” na wszelki wypadek, jakby ktoś z łapanki chciał ich sprawdzić.

Widziałem pewne niepokojące zjawisko psychologiczne w stosunku do bardzo podobnych do siebie osób, ale i narodów. Ludzie i całe narody zachowują się tak, jakby najbardziej wcale nie nienawidzili tych różniących się od nich, ale przeciwnie – tych najbardziej do siebie podobnych. Wtedy najłatwiej przerzucić na podobne osoby, podobny naród wszystkie głęboko skrywane kompleksy, wszystkie wypierane wady, lęki, ciemne strony.

Polska i Polacy wykazywali i wciąż wykazują w zestawieniu z Izraelem znacznie więcej podobieństw względem siebie, niż się wydaje. A ściślej: podobieństw, wad, uprzedzeń, tabu i kompleksów. Myślę, że identycznie jak Izrael mamy nieprzepracowaną historię, podobny mesjanizm, podobny dualizm partyjny, podobną rywalizację na ofiary i podobnie odczuwaną ekstazę w roli wiecznej ofiary.

Jednym słowem – Polska klerykalna w 1983 roku święciła powrót do swojej świetności.

Pamiętam bardzo mocny artykuł w „Expressie Wieczornym”, który zszokował mnie, ale i który minął niezauważony, bez echa. Tak jakby dziennikarze, publicyści, a nawet zwykli czytelnicy wstydzili się tak indywidualnie albo zbiorowo, albo – co jeszcze mocniejsze – identyfikowali się z opisaną tam niewiarygodną ciemnotą religijną. Być może nie było komentarzy, bo nie licowało to z pielgrzymką papieską i całym blichtrem katolickim wokół niej.

A oto sens przytaczanego reportażu z pobliża jednego ze świętych miejsc, które nawiedzał papież.

Pewnego słonecznego dnia z nieba nie kapał deszcz ani grad, ani nie lała się manna, ani nawet kasza manna, ale coś jednak z łomotem spadło i lśniło błękitną poświatą w polu. Zlecieli się ludzie z okolicznej wioski, wezwali na pomoc intelektualno-poznawczą samego księdza i zabrali się do zbierania kolorowych, z przewagą błękitnego, koralików. Ksiądz oświadczył, że to cud, że Bóg obdarował biedną wieś błękitnymi diamentami prosto z nieba. Ludzie pół dnia – na wiadomość o darach z nieba – leżeli na polu krzyżem, niektórzy w kościele pobliskim. Jeden z chłopów z chciwości zjadł kilka takich koralików na miejscu, inny cichcem ukrył w kieszeni, by zanieść do domu, inni zbierali dla księdza, do kościoła. Kapłan jeszcze tego samego dnia wystawił koraliki na głównym ołtarzu i czuwał przy nich całą rozmodloną noc.

Następnego dnia przyszły ludziom do głowy pewne refleksje. A może to kosmiczne meteoryty? A może są radioaktywne? Jeden ze światlejszych chłopów zapytał o licznik Geigera na plebanii. Niestety, ksiądz nie wiedział, o co chodzi.

Na wszelki wypadek ksiądz poświęcił wszystkie koraliki, a raczej to, co z nich pozostało, bo jakby rozpuściły się wszystkie. Niestety, zapach stęchlizny kościelnej mieszał się z coraz bardziej nieprzyjemnym zapachem. Jeden z chłopów przyznał się księdzu, że zjadł tego sporo dla zdrowotności i czuł się coraz gorzej. Debatowano, czy wezwać znachora, egzorcystę, lekarza czy służby sanitarne, by zbadały poziom promieniowania. Jak na światłą wieś przystało, wezwano służby sanitarne, ale w międzyczasie z okolicznych wiosek i pobliskiego miasteczka już zaczynały nadciągać tłumy wiernych, wiedzione przekonaniem, że Bóg dary z nieba przysłał.

Jakież było zdziwienie ogólne, gdy badacze stwierdzili obecność bakterii kałowych i zdiagnozowali kolorowe koraliki – dawno stopniałe – jako zwykłe ludzkie odchody zlepione z niebieskim środkiem dezynfekcyjnym wypuszczonym najprawdopodobniej prosto z przelatującego nad wsią i polami samolotu pasażerskiego. Ludzie w popłochu się rozeszli, ksiądz szybko sprzątnął resztki z ołtarza i stanowczo zakazał wszystkim o tym z kimkolwiek rozmawiać.

To był element polskiej rzeczywistości „po drugiej stronie lustra”.

W redakcji „Halo Komputer” doświadczaliśmy czegoś bardzo podobnego do opisanej manifestacji głupoty wzniesionej na wyżyny religijnych przeżyć. Biskupi polscy napisali wspólnie list do przewodniczącego Radiokomitetu, aby natychmiast zdjąć program „Halo Komputer” z anteny, ponieważ ich zdaniem promowaliśmy narzędzie szatana, diabła, belzebuba, które ma tylko jeden cel: odciągnąć wierne owieczki od pasterza i kościoła. Na szczęście prezes nie pochodził z opisanej wsi ani nie był tajnym wysłannikiem episkopatu. To była rzeczywistość i prawda tamtych lat.


MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Społeczność

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Rozpocznij rozmowę — nie ma jeszcze komentarzy.
Zaloguj się