Artykuł

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 1

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Pierwsze okruchy pamięci. O życiu za Murem i polskim „Trzecim Świecie”

Pierwsze okruchy pamięci. O życiu za Murem i polskim „Trzecim Świecie”

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Ilustracja 1 z 2 do materiału „CZĘŚĆ PIERWSZA Pierwsze okruchy pamięci. O życiu za Murem i polskim „Trzecim Świecie””

Urodziłem się w Warszawie jako jedynak. Moja mama była geografem badającym stosunki międzynarodowe, a ojciec – chemikiem jądrowym w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. Miałem ogromne szczęście, bo oboje byli mądrymi, kochającymi i bardzo patriotycznymi ludźmi.

Jednak przez pierwsze lata mojego życia moi rodzice byli rozdzieleni. Ja mieszkałem z mamą w Berlinie Wschodnim (stolicy NRD), a ojciec pracował w Berlinie Zachodnim. Granice były zamknięte. Nie mogliśmy się odwiedzać.

Moje najwcześniejsze wspomnienia to Berlin. Odkąd sięgam pamięcią, to było moje miasto. Miejsca, z którymi jako dziecko mocno się identyfikowałem.

Do pierwszej i drugiej klasy chodziłem na Fischerinsel, a potem na Andreasstraße, blisko centrum. Mama pracowała w Polskim Instytucie Kultury, więc dbała o to, bym dwa razy w tygodniu uczęszczał do polskiej szkoły.

Ale to enerdowska szkoła publiczna ukształtowała mnie najbardziej. Pamiętam całą egzotykę tego systemu z jego oprawą propagandową.

Co robiłem w czasie tych obowiązkowych, 30-minutowych apeli, które zaczynały się codziennie o 7:30 rano? Po prostu spałem dłużej. A gdy już byłem w szkole i zależało mi na szybszym powrocie do domu – ostentacyjnie czekałem na ławce, z dala od zgiełku apelu, w swoim własnym, niezależnym świecie.

Śmieszyła mnie ta cała sztuczność i pompatyczność pionierskich celebracji. Nie przynależałem do pionierów, nie brałem udziału w partyjnych uroczystościach. Czułem się rebeliantem. Szkoła często interweniowała w ambasadzie, by przywołać mnie lub mamę do porządku, ale na szczęście tolerowano moją odrębność bez dotkliwych represji.

To był arcyciekawy okres niemieckiej dwoistości. Jako uczniowie byliśmy namawiani do donoszenia i szpiegowania własnych rodziców – czy np. oglądają zakazaną telewizję zachodnią.

Wtedy ukształtował się w mojej głowie obraz dwóch równoległych światów. Jednego – zakazanego, w którym pracował mój ojciec. Kolorowego świata wolności. I drugiego – siermiężnego, ale pełnego optymizmu, rodzącego się świata Nowych Niemiec.

Pamiętam, jak z kolegami wdrapywaliśmy się na okoliczne wzniesienia, by spojrzeć na ten niedostępny świat „zgniłego zachodu”, który mienił się nam z daleka kolorami tęczowych reklam. Staliśmy tak czasem w całkowitym milczeniu, prawie przez godzinę. Pamiętam, jak raz jeden z kolegów wyszeptał: „kiedyś tam będę mieszkał”.

Granica była dla mnie czymś w rodzaju Horyzontu Zdarzeń – poza który można było sięgnąć tylko wyobraźnią. Świat ten krył tajemnice: tajne tunele, zalany bunkier Hitlera i „stacje duchy” metra prowadzące na zachód.

W pewnym momencie udało nam się jednak zdobyć przepustkę na zachód, w ramach programu łączenia rodzin.

Nagle otworzył się przede mną zupełnie inny świat. Zamieszkaliśmy w willowej dzielnicy Wannsee – wśród jezior i lasów. Formalnie był to Sektor Amerykański. Szok przeżyłem w nowej szkole, do której chodziły dzieci niemieckie i amerykańskie. W przeciwieństwie do wschodniego drylu – panował w niej luz, partnerstwo z nauczycielami i radość z nauki.

Niezależnie od tego, dwa razy w tygodniu jeździłem do Berlina Wschodniego do polskiej szkoły. Cały czas żyłem na styku równoległych światów jednego, podzielonego miasta.

To były lata 70. Pamiętam, jak otwarto granicę z Polską i jak masowo przyjeżdżali odwiedzać Berlin Wschodni Polacy. Oprócz świąt i wakacji, to był mój jedyny kontakt z rodakami.

I tu nastąpiło zderzenie. To był dla mnie dosłowny „Trzeci Świat”.

Nie tylko ze względu na materialne zacofanie PRL-u, ale przede wszystkim ze względu na czas własny.

Ja – czy to w Berlinie Wschodnim, czy Zachodnim – żyłem w lokalnej Przyszłości. W świecie nastawionym na budowanie jutra, bez ciągłego rozdrapywania przeszłości. Wyrastałem wśród niemieckich i amerykańskich rówieśników, którzy w żaden sposób nie identyfikowali się z II wojną światową.

W Polsce i wśród Polaków przyjeżdżających do Niemiec czułem się w zupełnie innej temporalności. Tak, jakby wojna skończyła się dla nich zaledwie kilka tygodni temu.

W drugim odcinku opiszę sytuacje, których byłem bezpośrednim świadkiem. O których w Polsce nigdy się nie mówiło, które przez te wszystkie lata były wstydliwie przemilczane i w które do dziś pewnie niewiele osób uwierzy.

Ilustracja 2 z 2 do materiału „CZĘŚĆ PIERWSZA Pierwsze okruchy pamięci. O życiu za Murem i polskim „Trzecim Świecie””

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Premium

To dopiero początek. Pełna, obszerna wersja tej publikacji jest dostępna dla użytkowników Premium. Odkryj dalszą część i poznaj całość bez skrótów.

Zaloguj się lub załóż konto, aby uzyskać dostęp do pełnego materiału.

Społeczność

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Piotr

Świetnie się czyta.

faderbit

Urodziłem się w PeeReLu, zupełnie nieświadomy miejsca, ani czasu. Po prawie siedemdziesięciu latach doświadczania rzeczywistości, nie wiem, czy moje całkiem udane życie było przypadkowe, czy może zdeterminowane niewyjaśnionym do dzisiaj zjawiskiem przeznaczenia. Mogę tylko ocenić jedno. Wszystko wtedy wydawało się być zupełnie zwyczajne i normalne. Prawdopodobnie z przyczyny braku dostępu do innych doświadczeń zagranicznych, a może tym bardziej. Druga Wojna trwała w mentalności do lat 60 i 70 , pomimo że skończyła się trzydzieści lat wcześniej, przy aktywnym udziale telewizji i filmu i za pomocą seriali "Czterej Pancerni i Pies" albo "Stawka Większa Niż Życie" i wielu innych. Dla Piotra , będzie to trudne do zrozumienia z powodu różnicy warunków egzystencjalnych, ale niech będzie żywym świadectwem z samego środka tych czasów.

Zaloguj się