Moje życie – Piotr Tymochowicz

MOJE ŻYCIE – PIOTR TYMOCHOWICZ - 3

CZĘŚĆ TRZECIA

    Życie  pomiędzy Wyspą Wolności a oblężoną twierdzą

#Piotr Tymochowicz#Berlin Zachodni#NRD#edukacja#propaganda#wolność#zimna wojna

Życie pomiędzy Wyspą Wolności a oblężoną twierdzą

Autor: Piotr Tymochowicz

teoriaq.com

Ilustracja 1 z 2 do materiału „CZĘŚĆ TRZECIA Życie pomiędzy Wyspą Wolności a oblężoną twierdzą”

Byłem zatem w bardzo unikatowej sytuacji. Wyrastałem w pewnym sensie w trzech różnych światach o różnej interpretacji.

W moim świecie bazowym, w Berlinie Zachodnim – swoistej oazie wolności i zachodniego świata, z podziałem na strefy: amerykańską, francuską i brytyjską. Ja żyłem w strefie amerykańskiej – chodząc do szkoły razem z dziećmi niemieckimi i dziećmi oficerów amerykańskich.

Jednocześnie miałem świeżo we wspomnieniach szkołę podstawową enerdowską – naszpikowaną propagandą, z jej programami wdrażania dzieci w walkę o socjalizm, z nastawieniem oblężonej twierdzy wobec całego świata zachodniego.

A kolejnym moim światem był świat odwiedzany wakacyjnie – czyli Polska, ale również polska szkoła przy ambasadzie polskiej w NRD.

To, co natychmiast rzucało się w oczy, a u mnie budowało fantastyczny komfort psychiczny i ciekawość świata, to model nauczania, jaki spotkałem w szkole Conrad Grundschule w Berlinie Zachodnim.

Uczyliśmy się z prawdziwą pasją – ponieważ mieliśmy nauczycieli z prawdziwego zdarzenia, pasjonatów swoich dziedzin, w totalnym luzie – bez absurdalnych nakazów, zakazów, autorytarnego traktowania. Panował tam model partnerski i bardzo indywidualne podejście do każdego ucznia. Nie czułem się ani oceniany, ani pod jakąkolwiek presją. Szkoła kojarzyła się z przyjemnością zdobywania wiedzy oraz ze sportem.

Bardzo duży nacisk był na zajęcia sportowe, które mieliśmy codziennie – włącznie z niektórymi sobotami i niedzielami. Oprócz American football i koszykówki, trenowaliśmy bardzo unikatową grę zespołową, mało znaną na świecie – Praeball (to jakby rodzaj tenisa, gdzie zamiast rakiety używamy zaciśniętej dłoni). Oprócz tego królowały zajęcia z Aikido – które wiele lat później uratują mi życie.

W szkole zachodniej – co warto odnotować – nie byłem programowany ani na wrogość wobec świata wschodniego czy socjalistycznego, ani na konieczność jakiejkolwiek walki o cokolwiek na świecie. Uczyliśmy się tego, co w życiu potrzebne i tego, co pozwalało lepiej rozumieć świat. Był też przedmiot Religia – na którym nie było żadnej katechezy, ale zajęcia, na których jako dzieci poznawaliśmy główne religie tego świata. Bez uprzedzeń, bez osądów, bez opiniowania.

Z wschodniej szkoły pamiętam wpajane przekonanie, że nieustannie ktoś dybie na naszą wolność, ktoś niszczy nasze zdobycze, ktoś pragnie zaatakować nasze wartości. Pamiętam, że o wszystko trzeba było walczyć: walczyć o pokój, walczyć o przekroczenie planu, walczyć z pokusami, walczyć z brakiem dyscypliny, walczyć z wrogami ludu. Każda nowa droga, nowa szkoła, nowy budynek zdobywano nie dzięki ofiarnej pracy, ale dzięki nieustannej walce z przeciwnikami.

Popołudniowa szkoła polska przy ambasadzie – to dopiero była udręka i nieporozumienie. Głównie historia Polski – jako wiecznie udręczonej ofiary, z jej niezliczonymi ofiarami – po wkuwanie składu Komitetu Centralnego Partii Robotniczo-Chłopskiej. Pamiętam, że przedmiot język polski to jakieś składowe analizy zdań – zamiast piękna poezji czy literatury. To obowiązkowe lektury patriotyczne w rodzaju „My z placu broni”, oczywiście Pan Tadeusz i Sienkiewicza kicze „ku pokrzepieniu serc”. Wszystko podawane autorytarnie – jako papka martyrologiczna pokrapiana propagandą i bezmyślnym uczeniem się na pamięć tego, co pani nauczycielka dyktowała.

Z biegiem czasu poruszałem się po Berlinie – tak Wschodnim jak Zachodnim – coraz bardziej swobodnie i samodzielnie. Prawdziwym wytchnieniem było mieszkanie w dzielnicy Wannsee, nad cudownymi jeziorami, pomiędzy wielkimi obszarami lasu. Do szkoły jeździłem przez las ok. 3 kilometry.

Po polsku rozmawiałem tylko z rodzicami i w szkole polskiej. Moim głównym, naturalnym językiem komunikacji stał się niemiecki oraz angielski – ze względu na liczne grono dzieci niemieckich i amerykańskich.

Coraz wyraźniej zaczynałem jako dziecko zauważać liczne paradoksy i fałsz zapisany w tamtej rzeczywistości.

Po pierwsze – wydawało mi się dziwne i niezrozumiałe, jak to się stało, że państwa i narody wygrane w czasie drugiej wojny światowej klepały biedę, bardziej kojarzyły się z upokorzeniem przegranych niż tryumfem i bogactwem wygranych.

Po drugie – na wschodzie przygotowano mnie na skrajną wrogość wzajemną na „zgniłym zachodzie”, na obsesyjną chęć zniszczenia niby konkurencyjnego wschodu, na wredność i podłość właścicieli dóbr materialnych i wyzysk biednych. Tymczasem to wszystko doświadczyłem jako gigantyczny fałsz. Prawdziwie wolny czułem się w środowisku niebywale życzliwych, sympatycznych i otwartych ludzi, z których nikt z nikim nie walczył, nikogo nie wyzyskiwał ani nikogo nie poniżał.

Po trzecie – coraz częściej zauważałem logiczne sprzeczności, choćby w samej konstrukcji muru berlińskiego i budowy zabezpieczeń oraz pól miniowych. Od strony zachodniej można było nie tylko mur dotknąć własną ręką, ale i obserwować wschód z licznych wieżyczek widokowych. Po stronie wschodniej zbudowane były specjalne zasieki, zapory czołgowe i wieżyczki strzelnicze – wszystkie skierowane w kierunku własnych obywateli, w kierunku Berlina Wschodniego. Tak jakby to wszystko służyło temu, by bronić się nie przed „zgniłym zachodem”, ale przed obywatelami własnego państwa – by nie próbowali uciekać na Zachód.

Po czwarte – wielokrotnie wbijano mi na Wschodzie do głowy, jak socjalizm wspaniale służy obywatelom, jak partia dba o swoich obywateli, zapewniając im dobrobyt i codzienną troskę o produkty najwyższej jakości dla ich wyłącznego dobra. Tymczasem nawet zwykłe owoce czy produkty spożywcze odstraszały swoją brzydotą i marną jakością w porównaniu ze wszelkimi produktami zachodnimi, nie wspominając o motoryzacji i porównaniu Trabanta czy Wartburga do Mercedesa, BMW czy Audi.

Po piąte – poziom zadowolenia z życia był nieporównywalny na wschodzie i zachodzie, na korzyść oczywiście zachodu. I jakoś nie było nigdzie widać uciskanej i gnębionej klasy robotniczej.

Po szóste – co miesiąc niemal była jakaś próba ucieczki ze Wschodu, a jakoś dziwnym trafem nikt nie chciał uciekać na Wschód. Przynajmniej nikt o zdrowych zmysłach.

Po siódme – na bazie programów szkolnych oraz codziennej propagandy odnosiło się absurdalne wrażenie, że Niemcy Wschodnie od zawsze były skupiskiem postępowych antyfaszystów w rodzaju Ernsta Thälmanna, Róży Luksemburg, Sophie i Hansa Scholl, a całe zło przyszło z Niemiec Zachodnich. Tak jakby Niemcy Wschodnie istniały od zawsze – tyle że przed wojną i w jej czasie trwania – jako państwo niewidzialne, podziemne.

Po ósme – jakoś dziwnym trafem całe litanie zakazów, nakazów, rozkazów, kar za niestosowanie się do nich, dotyczyły niemal wyłącznie Niemiec Wschodnich. W Berlinie Zachodnim nic nie było zakazane, przynajmniej z owej listy. Nikt nam nie mówił i nie sprawdzał, jakich programów nie wolno oglądać, jakich gazet czytać, z kim budować relacje, a od kogo uciekać i na kogo donosić.

Po dziewiąte – na Zachodzie nie doświadczyłem żadnego kultu jednostek. Nie widziałem ani obrazów byłych faszystów, ani współczesnych polityków. Nikt nie był jakoś specjalnie przez nikogo promowany. Na Wschodzie wszędzie było gęsto od obrazów Ericha Honeckera i jego żony. W obu szkołach, do których uczęszczałem jako uczeń, pamiętam ich obrazy i wizerunki nawet w każdej sali lekcyjnej, na klatkach schodowych, przed szkołą na tablicach informacyjnych – i dosłownie w każdej toalecie nad umywalkami. To nie był zwykły kult jednostek – to było szaleństwo pomnikowo-wizerunkowe. Wszędzie na Wschodzie można się było natknąć na pomniki towarzysza Lenina. Z Berlina Zachodniego kojarzę jeden pomnik futurystyczny – Człowieka Przyszłości w centrum wystawowym przy autostradzie.

Po dziesiąte – wreszcie. Na Zachodzie miałem święty spokój z przynależnością do takich czy innych młodzieżówek. Nikt mi nie nakazywał zapisywania się do Pfadfinder – czyli niemieckich harcerzy – ćwiczących udzielanie pierwszej pomocy oraz orientację w lasach. To ja podejmowałem decyzję.

Widziałem jednak wielką różnicę w sposobie życia i funkcjonowania NRD w stosunku do odwiedzanej okazjonalnie Polski.

Niemcy Wschodnie obsesyjnie kultywowały stosunki przyjacielskie młodzieży państw socjalistycznych – bez przerwy były jakieś zloty i festiwale. To, co najbardziej rzucało się w oczy, to całkowite przeprogramowanie na Przyszłość. Na niebywale optymistyczną, socjalistyczną Przyszłość, na ciągłą kreację, budowanie, planowanie. To zresztą zrozumiałe – bo nie bardzo było do czego się odwołać z Przeszłości z punktu widzenia Niemiec Wschodnich.

Miało się wrażenie, że Niemcy Wschodnie stały się taką swoistą „pokazówką” świata socjalizmu w czasach zimnej wojny. Po to, aby pokazać pokorne wobec Związku Radzieckiego nowe niemieckie państwo i jednocześnie by stanowić przyczółek propagandowy – jak to państwo socjalistyczne może być postępowe i nowoczesne.

Potem, jako młody człowiek, widziałem to jeszcze na jednym bardzo ciekawym polu. Nie sądzę, aby ktokolwiek o tym w Polsce wiedział.

Otóż tym polem dla Niemiec Wschodnich był seks – i wszystko, co z nim związane. No może nie było oficjalnych burdeli ani pornografii, ale swoistą wolność seksualną Niemcy Wschodnie realizowały na innych polach. Było to na tyle intensywne, że naprawdę uważam, że młodzież niemiecką na tyle ta sfera absorbowała, że nie myśleli ani o wywrotowych sprawach, ani o buncie. Przynajmniej na tym polu czuli się rzeczywiście wolni.

Po pierwsze mieliśmy w szkole koedukacyjne szatnie, często promowano kulturę FKK (Freie Körper Kultur – kultura wolnego ciała), na obowiązkowym basenie bywało, że już jako dzieci pływaliśmy nago. Niemcy nie kultywowali żadnej siermiężnej religii, więc łatwo było im propagować naturalny stosunek do ciała, jak i do seksu.

Nie było problemu z wczesnym uprawianiem seksu, nie było wielu tabu, otwarcie można było na tego typu tematy rozmawiać. Niemcy Wschodnie notowały nie tylko dość wczesną inicjację i aktywność seksualną, ale i bardzo młode małżeństwa. Notowały wtedy bardzo korzystny przyrost naturalny i specjalną opiekę państwa nad młodymi obywatelami. Propagowano oficjalnie wiele metod antykoncepcyjnych i nie było problemów z oficjalnym przerywaniem ciąży.

Prawdziwe festiwale wolności w seksie przeżywały liczne zloty młodzieżowe. Stąd myślę brała się także ich wielość i częstość. Wyglądało to tak, jakby seks i naturalny do niego stosunek miał być dla młodych kompensacją braku innych wartości i pokus.

Myślę, że stąd także brało się w Polsce przekonanie, że „Niemki są łatwe” i atrakcyjne.

Ilustracja 2 z 2 do materiału „CZĘŚĆ TRZECIA Życie pomiędzy Wyspą Wolności a oblężoną twierdzą”

MOJE ŻYCIE • PIOTR TYMOCHOWICZ • teoriaq.com

Premium

Historia trwa dalej. Odblokuj Premium i przeczytaj cały odcinek w pełnej, nieokrojonej wersji.

Zaloguj się lub załóż konto, aby uzyskać dostęp do pełnego materiału.

Społeczność

Komentarze (5)

Dodaj komentarz

Jolanta Greczychin

Jestem pod wielkim wrażeniem, dziękuję

Hanna

Ogromne dziękuję za podzielenie się swoją historią. To jest duża wartość. Doceniam to z całego serca.

Agnieszka

Bardzo ciekawa historia, dziękuję za podzielenie się.

Czarek

Superrr mnustwo wiadomosci. Bardzo ciekawy okres.

Piotr

Ciekawe porównanie

Zaloguj się